Dzisiaj będzie o niczym. Takie tam, ułożyło mi się w drodze z pracy. Korzystając z komunikacji miejskiej można bowiem zaobserwować wiele ciekawych zjawisk. Mnie się jedno wczoraj objawiło. Że zima przypomniała o swoim istnieniu - wiedzą niemal wszyscy, ja się dowiedziałam ostatnia, wczoraj, kiedy to sypnęło śniegiem i powiało zimnem. Zgodnie zresztą z zapowiedziami. Zjawisko, które wczoraj obserwowałam, miało na sobie koszulę z kołnierzykiem, sweterek na koszuli, na sweterku czerwony żakiet, na tyłku dżinsy, zmoczone do wysokości kostek, a na stopach - drewniaki. Tak, drewniaki. No i włączyła mi się wyobraźnia. Ułożyło mi się w głowie kilka teorii, które kolejno obalałam lub dopuszczałam jako "możliwe". Poniżej one:
Teoria 1. Pani wróciła z Egiptu. Może była na dłuuugich wakacjach, na tyle długich, że zapomniała, że w Polsce klimat jest raczej umiarkowany (raczej), a nie śródziemnomorski, co wiąże się z tym, że w okolicach 1 listopada czasami pada śnieg. No zdarza się. Pani więc o tym zapomniała, siedząc w Egipcie i teraz taka nieprzygotowana. Teorię jednak obaliłam - wsiadła w okolicach mocno oddalonych od dworca i trasy na lotnisko. Oraz nie miała walizki.
Teoria 2. Pani jest biedna. Strasznie biedna, a biednym ludziom należy pomóc. Ale, ale... jeden szczegół mnie zaintrygował. Pani nie wyglądała na biedną. Była zadbana, ciuchy były jak nowe niemal, a drewniaki nie miały nawet ryski. No i jakąkolwiek kurtkę czy inne okrycie wierzchnie każdy posiada. Teoria obalona.
Teoria 3. Pani jest głupia. Oraz może nie ma telewizora, radia, ani jednej sztuki znajomego, i nie wiedziała, że w całej Polsce śnieg zasypał nasze drogi....Cóż - głupich nie sieją, sami się rodzą. Może myślała, że nie będzie jej zimno? Znaczy nie pomyślała, że może BYĆ zimno. Wyglądała interesująco na tle ludzi w czapkach, rękawiczkach i zimowych kurtkach. Cóż.. teoria zakwalifikowana jako "możliwa".
Teoria 4. Pani była pijana. Na tyle, że nie odczuwała chłodu. Bo kto trzeźwy chodzi jesienią, na pograniczu zimy, w drewniakach! Wsiadała w okolicach hipermarketu, a tam monopolowy nawet niedrogi jest... Niestety, nie mogłam tego sprawdzić organoleptycznie, znaczy wziąć na węch, gdyż byłam niewystarczająco blisko, aby wyczuć. Jednak teorię dopuszczam jako bardzo możliwą i prawdopodobną.
Teoria 5. Wynika z 3 i 4 - mianowicie pani była i głupia, i pijana. A to jest mieszanka bardzo szkodliwa.
Tak to właśnie wczoraj mi się wracało do domu. Były korki, droga zamiast 10 minut trwała 25, więc miałam nieco czasu, który sobie poświęciłam na wymyślanie głupot :) I tworzenie "teorii".
wtorek, 30 października 2012
niedziela, 28 października 2012
starość nie radość, czyli d...pa blada
Pokarało mnie, dopadła mnie kara niebios. Bo porządny człowiek w niedzielę idzie z dzieckiem do kościoła, a nie wymawia się przenikliwym zimnem, deszczem i kaszlem gruźlicznym, wstawiając pranie. A jeśli tak nie zrobi, to go kara dosięga. Zależało mi na wypraniu kurtek, bo jedną mam oddać i chcę to zrobić jak najszybciej. Wstawiłam - pranie, chciałam schować proszę i ..... nastąpiła d...pa blada, czyli wielkie ałć - zostałam w pozycji "zgięta w pół", wołając męża na pomoc. Mąż żonę pomasował, plastra przylepił, kotonal zapodał i tak żona siedzi, jakby kij połknęła. Pozycja odchylona, pochylona, schylona, zmierzająca ku pochyleniu - nie wchodzi w grę, bo prąd jaki przemierza mój krzyż w kierunku nogi prawej, jest dość bolesny. Ech, ja już chyba stara jestem... a popołudniu miałam iść na siatkę... Jest ktoś chętny, kto za mnie obiad zrobi?
piątek, 26 października 2012
krótka historia sportu w wykonaniu tygrysa
W podstawówce i w liceum sama dla siebie ćwiczyłam elementy gimnastyki. Byłam zawsze bardzo rozciągnięta. W liceum doszedł jeszcze aerobik, codziennie po 10-15 minut, był program w telewizji, nawet go ostatnio znalazłam z ciekawości na youtube. Miałam pewne ograniczenia i prawie 2-letni okres zwolnienia lekarskiego z w-f'u, z powodu szybko (galopującą?) postępującej wady wzroku. Nie wykonywałam wielu ćwiczeń, tylko te "lekkie". I jakoś to szło. Na studiach iść przestało. Znaczy zwolnienie nadal mnie obejmowało, ale ponieważ e bezruchu pozostawać nie lubię, przeszłam na basen. Wyćwiczyłam pięknie żabkę, wyszlifowałam kraula, nadpsułam kolano przy tym, ale ogólnie było pięknie i ładnie, mają bardzo fajną instruktorkę. Studia się skończyły i zaczął się siedzący tryb pracy... 2 kilo plus. Czas się jakoś dziwnie ograniczył, jakoś się człowiek ruszał mniej..... Potem ciąża, to już w ogóle, zmiana pracy, dziecko, praca, drugie dziecko. Ruch ograniczał się da nart zimą (ze 3-4 razy w sezonie) i tenisa latem. Mało, stanowczo za mało, stwierdziłam zeszłego lata dysząc na podejściu na Kozi Wierch. Co tam Kozi! Sapałam podchodząc pod wodospad nawet już. Uznałam - dość! Przecież ja się w takiej kondycji w góry nie nadaję. Zaczęłam biegać. Nawet, nawet mi to szło, czułam się świetnie, ale astma nieco w lipcu zaczęła zawadzać... Przesiadłam się na rower, ale i on ma pewne ograniczenia. Np. deszcz. I zimno. Pojadę raz czy dwa razy do pracy i zatoki zawiane. Poczytałam potem o ekscesach niejakiej Frytki z trenerem i pozazdrościłam, uznając, ze to jest chyba to! W sali, pod dachem i w ciepełku. Nic dodać, nic ująć, postudiowałam oferty i wybrałam jedną dla siebie. Wybór trudny nie był, gdyż to była jedyna siłownia, która nie wymagała ode mnie przystąpienia do klubu, podpisania umowy na ileśtam miesięcy i opłaty administracyjnej w wysokości 100 zł (!) I jeszcze mają zajęcia na te moje problemowe partie. Git! po prostu. To sie kurna wczoraj zebrałam i wybrałam. Pani z przemiłym uśmiechem, zafundowała nam cholernie niewinnie wyglądające ćwiczenia. Bo co to jest takie tam pomachanie sobie nóżką.... Cholernie niewinne ćwiczenia (CNC) spowodowały, że się normalnie spociłam. Ale tak prawdziwie. Strużka płynęła mi po skroniach, a w nodze prawej skurcz był tuż-tuż. Nie wiem czemu tam, bo lewa radę dawała, prawa mniej, musiałam odpuszczać. I tak bite 60 minut. Było zarąbiście! I to nic, że czułam się wczoraj, jakby mi ktoś wyrywał z korzeniami górne partie brzucha, czy kolejno jeden i drugi pośladek. To nic, że dzisiaj mnie one bolą. Nieważne. W poniedziałek idę znowu!!! :D
środa, 24 października 2012
żyję, tylko czasu mam mało
Nie siedzę już na kanapie, po prostu biegam. W zeszły czwartek za namową niektórych pobiegłam do lekarza, z pytaniem na ustach, czemu głowa mnie boli i szyja nie chce się ruszać i też boli. Wróciłam z antybiotykiem i ketonalem. Pomogło, w sobotę już się ruszała i nie bolała. Sobotę spędziłam na gotowaniu, bo wieczorem miały wpaść koleżanki z pracy na jedzonko. Trzeba było stanąć na wysokości zadania i zaserwować obiecaną lasagne. Do dania głównego przygotowałam mega słodki, ale pyszny deser oraz upiekłam rogaliki, półkruche półdrożdżowe :) Lasagne muszę nieskromnie przyznać, wyszła mi jak nigdy, i piękna, i pyszna, i nawet współpracowała przy nakładaniu na talerze (znaczy nie rozjechała się i nie rozsypała). Potem deserek, czyli banany w czekoladzie na biszkoptach pod kołderką z bitej śmietany (ha! jak pięknie i poetycko opisałam, co podałam) - też bomba (nie tylko kaloryczna). I winko (tu byłam nieco poszkodowana...). I wszystkie cierpiałyśmy na lekką przejedzeniozę (cytat z ostatniej ulubionej bajki młodego). W niedzielę więc nie robiłam NIC. Obiad zaserwowała moja mama (dowiozła razem z oddanym w sobotę dzieckiem), wystarczyło podgrzać. Nawet zmywaliśmy po sobocie na raty. Niedziela była dla nas. Dzieci bawiły się i kaszlały we własnym towarzystwie. Bo kaszel i katar to u nas od pewnego czasu pełnoetatowy pasażer na gapę, w wersji przechodniej. Przechodzi z jednego na drugiego. Jak się wreszcie rodzice podleczyli, to dzieci wzięły obowiązek na siebie - zaopiekowania się tym "biedactwem" - coś na kształt "przygarnij kropka". W poniedziałek - ruch w robocie od rana. Widać nie tylko ja odpoczęłam w weekend, klienci również i ruszyli na nas pełną parą. I tak to trwa, nadal. Po pracy - laryngolog. Raz, że młoda musiała sprawdzić migdały, dwa - mamusia zatoki. Młoda okej, pan doktor kazał się odstosunkować od jej migdałów, bo są okej (alergolog kazała sprawdzić). Zatoki - nie bardzo może coś poradzić. Mam skończyć antybiotyk i spróbować kuracji wzmacniającej. Zapisał mi jakiś specyfik za 100 zł (!), który działa jak swoista szczepionka. I mam to zacząć zażywać za 2 tygodnie (chociaż tyle, że po wypłacie). Pomyślę, ale raczej spróbuję. No i prykaz - unikać klimy jak ognia, suche powietrze nawilżać, wzmacniać się, dużo owoców, warzyw, mięska, ograniczyć nabiał i unikać słodyczy (he,he, akurat!). I herbata - z nią nie przesadzać, bo wysusza śluzówkę. A ja lubię herbatę. Bardzo. Earl grey, zielona z opuncją - moje ulubione. Wtorek - dzień pod znakiem - machnę sobie obiad i będę miała na 2-3 dni, apotem luuuuuz. No i machnęłam. Mężowskiemu kotlety, a sobie faszerowaną cukinię. Nie powiem jak bardzo się najadłam... Znowu miałam przejedzeniozę. Spalę we czwartek na fitnesie (podejście nr 2, bo nr 1 nie wypaliło). A dzisiaj jest środa. Pracować mi się nie chce, ale klientów to nie obchodzi. Piszę tego posta na raty, mniej więcej od 7.30, w tzw. międzyczasie. Powinnam zdążyć go skończyć i opublikować przed końcem dnia.
czwartek, 18 października 2012
na tapczanie siedzi leń...
Oj, posiedziałabym sobie. Miałam nie pisać, ale jak nie będę, to będę musiała popracować, a to mnie odpycha znacznie bardziej. Wolę posiedzieć i sobie wylać żale na en ekran. W weekend mąż zaczął szczekać - przysięgam! Zamiast gadać albo siedzieć cicho, jak ma w zwyczaju - on wieczorem zaczął szczekać. Donośnie, porównując do wątłej postawy. No dobra, aż taki wątły nie jest, ze 3 cm mu w pasie przybyło od czasów studiów, chociaż jak dla mnie, to o 10 za mało. W tej kwestii nie chce dorównać żonie... Może by się co zmieniło, gdyby sam sobie te dzieci urodził, ale nie - odmówił, tłumacząc się naturą i anatomią ciała. Musiałam sama. Ale odchodzę od tematu szczekającego męża. Mąż mój, człowiek wyjątkowo odporny na moje fochy, humory oraz wszelkiego typu bakcyle i wirusy, niemal 3 tygodnie temu poległ. Coś go dopadło i zmusiło do pozostania w domu oraz wzięcia chyba pierwszego w życiu L4. Mąż dostał od pani doktor wytyczne, z informacją, że jak mu po 3 dniach zażywania nie przejdzie nic a nic, to ma wrócić. Pokazał się, poprawa jakaś tam była, miał kontynuować, ale jakby nie przeszło całkiem - wrócić po antybiotyk. Mąż dosłyszał obie części wypowiedzi, ale zapamiętał tylko pierwszą, więc na efekty nie trzeba było czekać długo. Jakieś 2-3 dni. W sobotę nastąpiła kulminacja zaniedbania i mąż szczeka. Po tym jak mnie w niedzielę swoim szczeknięciem obudził i wystraszył niemal na śmierć (mimo, że leżałam, to podskoczyłam - serio!), kazałam mu COŚ z tym zrobić. Skoro nie posłuchał wcześniej pani doktor, to może teraz posłucha. Udał się do niej wczoraj i dostał mocniejszy towar, pod pachę zabrał również młodą, która w końcu też się poddała i łazi zasmarkana do pasa. Kupa kasy w aptece została. Z tego wszystkiego, z natężenia wszelkiego ustrojstwa w powietrzu (3 chore koleżanki w pracy), z powodu co miesięcznych przypadłości, które mnie osobiście pozbawiają jakiejkolwiek odporności - wczoraj poległam. Pod wieczór czułam się, jakby mnie ktoś porąbał na drobne kawałeczki i nieudolnie sklepił z powrotem. Głowa, szyja, sztywny kark, ramiona, każdy element kręgosłupa, gardło, nawet zawieszenie szczęki - wszystko mnie bolało. Termometr uparcie wskazywał 37,1 ale jestem pewna, że się mylił :P co najmniej 39 musiałam mieć :P Nic to - zażyłam towar i poszłam spać chyba o 20.30. Jedyny plus dzisiaj jest taki, że jestem wyspana. I kręgosłup mnie nie boli. Bo reszta i owszem. Do soboty muszę stanąć na nogi, bo mam małą imprezkę, której jestem gospodynią - nie bardzo przyjmować gości spod kołdry, co nie? Idę poprawić łączenia porąbanych części. Może je jakoś wygładzę i nie będą takie upierdliwe i bolące....
wtorek, 16 października 2012
przeżyjmy to jeszcze raz...
pacze na stadion i mnie rozpacz ogarnia. po raz 1295436 wspominamy '74 i wierzymy w wygraną z Anglikami. i ten dach... deszcz niczym śnieg drogowców zaskoczył organizatorów. szok! jesienią pada deszcz! niespodzianka! i jak zwykle będą się z nas śmiali...
przepraszamy. - przerwa
Wena mnie zupełnie opuściła. Robię sobie wolne. Czytam Was, czasami komentuję, ale na razie robię sobie przerwę. Chwilowy opad zapału. Skradał się powoli już z miesiąc, a od 2-3 dni dopadł z całą swoją mocą. Także - na chwilę przestaję sobie pisać, bo nie mam o czym, albo nie wiem o czym. Jak wrócę - to będę, ale nie wcześniej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)