wtorek, 13 września 2016

śliwkowy jam

Śliwkowy dżem dżem dżem
sobie jem jem jem
śliwek ciągle chcem chcem chcem

Okej... więcej już dżemu nie robię, a o śliwkach proszę lepiej przy mnie nie wspominać....... dla dobra zdrowia psychicznego....
dowody w garze - jeszcze, bo właśnie zaczynam pakowanie do słoików; butelka dla porównania

środa, 7 września 2016

Urlop, urlop i po urlopie!

Melduję się ponownie.  Oświadczam, iż byłam na urlopie, potem się musiałam zaaklimatyzować do pracy. A to po urlopie nie jest łatwe.
Ostatnio, niestety, mam jakiś medyczny okres... Sypię się chyba ;)
A tak serio, to naprawiam w sobie pewne zużyte części, bo kiedyś trzeba... planuje dożyć setki! I tak na przykład ostatnio leczyłam u ortopedy haluksa, który okazał się nie być wcale haluksem (na oko to mówią, że chłop w szpitalu umarł, a u mnie własnie na oko chirurg leczył palucha stwierdzeniem "kupi se pani szerokie buty, to nie będzie bolało!"). 2 tygodnie zabiegów i noga boli duuuużo mniej (zeszłam z poziomu codziennego "k..., jak napieprza!" na "oo, coś tam dzisiaj troszkę boli" rzucane co kilka dni raptem). Teraz zajmę się swoimi zatokami - tomografię mam wykonać. I jeszcze czymś, ale to nie na bloga ;)
Byłam, jak pisałam na urlopie. W dniu wczorajszym moje dziecko (pierwszak!!!) miało w szkole zajęcia o wakacjach - gdzie byli, co widzieli, a potem mieli za zadanie stworzyć rysunek "Wspomnienia z wakacji". Co zapamiętało moje dziecko z urlopu? Że był w górach, że "weszedł" na górę, że siostra była na wyższej górze, że tatę jeepem z błota wyciągali (nie ufajcie skrótom i nawigacji!!!) i że w Zakopanym to tylko korki są... Dobrze, że pominął, że jakiś gość się zabił na torach wchodząc pod pociąg, jak wracali do domu... Bo dla niego to niestety była atrakcja - tyle policji, straży i karetka w jednym miejscu...
Urlop generalnie udany, córa kolejny szczyt ma na swoim młodocianym koncie. Weszła, zeszła, sama i o własnych siłach. Chociaż jak ją mąż zobaczył po wszystkim to popatrzył na mnie i rzekł tylko"zarznęłaś dziecko". Ale serio - sama chciała, i była z siebie mega dumna!!! Ja z niej jeszcze bardziej :)
Za parę dni wrzucę jakie fotki. Miejcie jeszcze trochę cierpliwości - po ponad 2 miesiącach przerwy, muszę się przyzwyczaić na nowo robić rano śniadanka, szykować wcześniej obiadki w lodówce i w ogóle całe to zamieszanie poranno - szkolne... jeszcze parę dni dla "starych" na ogarnięcie własnego tyłka ;)

wtorek, 9 sierpnia 2016

adaptacja kulturowa

Rozmowa jegomościów dwóch o zarabianiu na życie i zatrudnianiu się u innego jegomościa. Niestety słownictwo można określić jako wysoko niecenzuralne. Jegomoście dwaj przybyli na przystanek i palili brzydko pachnące papierosy. Pani siedząca na ławeczce zwróciła jegomościom uwagę:
- Panowie, na przystanku obowiązuje zakaz palenia. Proszę sobie odejść z tymi papierosami nieco dalej, poza przystanek.

Nie zrozumieli :(

Ten sam tekst, poddany adaptacji kulturowej, czyli dostosowany do realiów kulturowych panów.

Przyszło dwóch facetów na przystanek. Stoją i kopcą fajki jak parowozy. Śmierdzi masakrycznie! Oni oczywiście mają w doopie wszelkie zakazy. Laska się oburzyła i zwróciła gościom uwagę, stosując obfite w epitety słownictwo tychże facetów:
- Panowie, kur... tu jest zakaz palenia. Może by się, kur... panowie stąd odsunęli, bo śmierdzi. Kur... jak nie kuma, co jest napisane, to ma pismo obrazkowe - może pojmie.

:P


poniedziałek, 25 lipca 2016

o tym, jak się tygrys wyrwał na wolność

Nadejszła wiekopomna chwila... że się wyrwałam. Zerwałam ze smyczy, zerwałąm okowy i "wogle" i poleciałam (dosłownie) w odwiedziny do brata i bratowej. Kraj języka Dreamu zwiedzać pobieżnie. Normalnie SAMA!!! Znaczy, towarzystwo miałam, spokojnie, ale nie męża i nie dzieci :D No normalnie mówię Wam!  O tak to wyglądało: w drodze na lotnisko

I poleciała ja w obce kraje na dni kilka. I dni te spędziła ja very intensywnie. W pierwszym dniu to się do tego angolskiego języka przyzwyczajałam. Bo w pierwszej chwili to ja ich pojąć nie mogła. Ale potem coś nawet nawet zaskoczyło... I nawet ja ich kum-kum - understingowałam. W każdym razie - kawę.. oh sorry, Cafe sobie sama kupić umiałam. I o toaletę zapytać też. I nawet usiłowałam symultanicznie przewodniczkę tłumaczyć, tylko Ci Englisz pipol mają taką straszną manierę bycia przesadnie grzecznym na every kroku i to, co wiekowa pani mówiła w 3 zdaniach, ja robiłam z tego only jedno... Bo ja tak strasznie nie lała wody i czasami nie wszystko rozumiała, bo lady była bardzo, soorry - very wiekowa, i ja ją posądzała o wspomnienia z I wojny światowej.

Dreamu - Ty must obejrzeć Asterix i Obelix w służbie jej królewskiej mości - Ty wtedy know, czemu ja tak writing :D

A poniżej nudna relacja foto - niezainteresowani mogą in this moment wyłączyć pejdża :)


Obowiązkowa wizyta w Londku ;)

 W filmie był dużo przystojniejszy...

 Najstarszy pub w mieście! Obowiązkowe fish&chips

 Ja musiała w budce... I ja się starała nie okazywać nadmiernej radości...

 Parking, a wokół tłum ulotek, plakatów i reklam. Cambridge. 

 Taki sobie mały kasztanowiec, co pół kościoła niemal zasłonił. Cambridge. King's college


 Taki sobie angielski park... z jelonkami.

 Katedra w Lincoln, w tle typowa angielska pogoda (jeden dzień się trafił...)

 Wiekowa przewodniczka, co jak mówiła, to się jej ślina w kącikach zbierała i nie mogłam się skupić...

 Piliście piwo w pubie urządzonym w starym nieczynnym kościele? Ja tak. Dziwne uczucie, ale pub genialny!!!

Angielski lunch w angielskim tee room'ie :) Jesooo, jakie dobre oni mają te bułeczki!!! I to niby - masełko!!!


poniedziałek, 18 lipca 2016

chyba muszę zaktualizować bloga....

Lista czytanych blogów mi się jakoś popsuła... się zdezaktualizowała jakoś... część nie pisze, część poszła gdzieś w nieznane i niewiadome... na razie nie mam czasu, ale postaram się niedługo tym zająć. Aktualnie się rehabilituję, znaczy naprawiam. Puszczają mnie jakieś prąda przez stopę, aż mnie w tyłku niemal mrowi, potem mnie to zamrażają i czekają aż odmarznie (bez sęsu...) i parę innych. I mówiom mi, żebym na falę uderzeniową szła.... nie wiem, o co chodzi, ale bić się nie pozwolę, szczególnie, że mówiom, że to boli trochem. Znaczy generalnie chodzi o to, żebym mogła chodzić jak człowiek, a nie udawała, że mnie nic nie boli, wcale a wcale...
No.. to tak w skrócie.... Idem Was szukać!


czwartek, 14 lipca 2016

Kocham polską służbę zdrowia!

Kocham polską służbę zdrowia! Tylko miłością chyba nieodwzajemnioną, tak sądzę.

Według Słownika Języka Polskiego PWN:
służba
1. praca na rzecz jakiejś wspólnoty, wykonywana z poświęceniem
2. instytucja użyteczności publicznej lub wojsko; też: pracownicy tej instytucji
3. działalność tych instytucji
4. obowiązki pełnione w określonych godzinach pracy w niektórych instytucjach
5. daw. wykonywanie pracy służącego w czyimś domu, gospodarstwie itp. za wynagrodzeniem; też: osoby wykonujące takie prace

No więc, wg powyższego służba zdrowia to instytucja użyteczności publicznej, która swoją pracę powinna wykonywać z poświęceniem. Albo przynajmniej porządnie – już nie oczekuję poświęcenia. Ostatnio służba zdrowia jakoś mnie zawodzi… I ze służbą i poświęceniem nie ma wiele wspólnego – sądzę wręcz, że nie przebywała z poświęceniem nawet w tym samym budynku, nie mówiąc o pokoju. Otóż mam problem natury ortopedycznej, który mnie boli jak cholera przy chodzeniu. Z problemem owym udałam się do ortopedy. Pomijam fakt, że „wcisnęła” mnie tam znajoma pielęgniarka, bo terminy są na „za rok”, więc jest szansa, że do tego czasu noga by odpadła i problem by rzeczywiście znikł. Pan przemiły doktor zapytał mnie, w czym rzecz oraz poprosił o prześwietlenia lub inne badania. Na moje oświadczenie, ze nie posiadam, bo poprzedni lekarz leczył mnie wzrokowo (popatrzył i kazał kupić nowe buty), jednak leczenie nie przyniosło efektów i dlatego tu jestem, pan doktor zrobił okrągłe oczy i wysłał mnie na RTG. W ogóle wizyta w przychodni przyszpitalnej, to niezła szkoła przetrwania, ale nieważne. Co się okazało… Mam jednak dużo poważniejszy problem, niż pan „wzrokowiec” wydedukował. Koleżance pielęgniarce chyba jestem winna przysłowiową flaszkę, że mnie „wcisnęła” i to do miłego pana doktora, który popatrzył, ale i dotykał! W poniedziałek zaczynam maraton zabiegów, na razie chodzę z pięknie obklejoną tejpami nózią, za 3-6 miesięcy kontrola i rozmowa, czy operacja jest potrzebna, czy na razie jeszcze odkładamy. Bo wykluczona całkiem nie jest.
No i teraz podsumowanie. Czas oczekiwania na specjalistę – dramat! Albo prywatnie. Dostać się na zabiegi – dramat! Na NFZ można wykonać jednorazowo 5 zabiegów, więc jeśli lekarz zapisał mi 4 rodzaje na 2 nogi, to daje to w sumie 8 zabiegów na raz, więc za dużo – z czegoś muszę zrezygnować, albo dokupić prywatnie… Wkurza mnie, że za coś, co mi się de facto należy, muszę płacić, albo czekać w nieskończoność. Co miesiąc, od paru lat, płacę niemałe pieniądze w ramach składek. Chciałabym coś z tego mieć! A mam – guzik z pętelką, żeby się nie wyrażać. Bez pomocy, „załatwiania”, wkręcania – człowiek może zejść, kończyny odpaść, rak się poprzerzucać, i nic. Trzeba czekać. Nie lubię!

środa, 13 lipca 2016

tadaaaaam!!!

Cześć.
Chciałam powiedzieć, że żyję. Żyję bardzo intensywnie, zabieganie, w ciągłym ruchu, jeśli nie biegu wręcz.
Chciałam powiedzieć, że u mnie jest okej, chwilami nawet bardzo fajnie. Że momenty gorsze są rzadsze, że robi się fajnie.
Co u mnie? Cieszę się każdym dobrym dniem, staram się zmienić podejście z racjonalnego pesymizmu na racjonalny optymizm. Dostrzegać więcej pozytywów, a negatywami się nie przejmować, przynajmniej nie za bardzo.
Męża mam nadal tego samego, dzieci rosną, a pies… pies urósł, szkód narobił i chyba powoli zaczyna być nawet mądrzejszy. Na pewno jest fajny i za nic bym go nie oddała. Lubię te nasze spacery po łąkach, bocznymi ścieżkami.
Czekam na urlop. Z dużym zniecierpliwieniem. Nie mogę się doczekać. Skreślam już po kolei tygodnie i liczę. A po pracy – jeżdżę palcem po mapie i szukam nowych wyzwań i dróg do pokonania.
No nic. Na początek wystarczy. Obiecuję więcej wpisów J

Buziaki!


p.s. ciekawe ile osób zauważy ten pierwszy, po latach niema, wpis???