wtorek, 9 sierpnia 2016

adaptacja kulturowa

Rozmowa jegomościów dwóch o zarabianiu na życie i zatrudnianiu się u innego jegomościa. Niestety słownictwo można określić jako wysoko niecenzuralne. Jegomoście dwaj przybyli na przystanek i palili brzydko pachnące papierosy. Pani siedząca na ławeczce zwróciła jegomościom uwagę:
- Panowie, na przystanku obowiązuje zakaz palenia. Proszę sobie odejść z tymi papierosami nieco dalej, poza przystanek.

Nie zrozumieli :(

Ten sam tekst, poddany adaptacji kulturowej, czyli dostosowany do realiów kulturowych panów.

Przyszło dwóch facetów na przystanek. Stoją i kopcą fajki jak parowozy. Śmierdzi masakrycznie! Oni oczywiście mają w doopie wszelkie zakazy. Laska się oburzyła i zwróciła gościom uwagę, stosując obfite w epitety słownictwo tychże facetów:
- Panowie, kur... tu jest zakaz palenia. Może by się, kur... panowie stąd odsunęli, bo śmierdzi. Kur... jak nie kuma, co jest napisane, to ma pismo obrazkowe - może pojmie.

:P


poniedziałek, 25 lipca 2016

o tym, jak się tygrys wyrwał na wolność

Nadejszła wiekopomna chwila... że się wyrwałam. Zerwałam ze smyczy, zerwałąm okowy i "wogle" i poleciałam (dosłownie) w odwiedziny do brata i bratowej. Kraj języka Dreamu zwiedzać pobieżnie. Normalnie SAMA!!! Znaczy, towarzystwo miałam, spokojnie, ale nie męża i nie dzieci :D No normalnie mówię Wam!  O tak to wyglądało: w drodze na lotnisko

I poleciała ja w obce kraje na dni kilka. I dni te spędziła ja very intensywnie. W pierwszym dniu to się do tego angolskiego języka przyzwyczajałam. Bo w pierwszej chwili to ja ich pojąć nie mogła. Ale potem coś nawet nawet zaskoczyło... I nawet ja ich kum-kum - understingowałam. W każdym razie - kawę.. oh sorry, Cafe sobie sama kupić umiałam. I o toaletę zapytać też. I nawet usiłowałam symultanicznie przewodniczkę tłumaczyć, tylko Ci Englisz pipol mają taką straszną manierę bycia przesadnie grzecznym na every kroku i to, co wiekowa pani mówiła w 3 zdaniach, ja robiłam z tego only jedno... Bo ja tak strasznie nie lała wody i czasami nie wszystko rozumiała, bo lady była bardzo, soorry - very wiekowa, i ja ją posądzała o wspomnienia z I wojny światowej.

Dreamu - Ty must obejrzeć Asterix i Obelix w służbie jej królewskiej mości - Ty wtedy know, czemu ja tak writing :D

A poniżej nudna relacja foto - niezainteresowani mogą in this moment wyłączyć pejdża :)


Obowiązkowa wizyta w Londku ;)

 W filmie był dużo przystojniejszy...

 Najstarszy pub w mieście! Obowiązkowe fish&chips

 Ja musiała w budce... I ja się starała nie okazywać nadmiernej radości...

 Parking, a wokół tłum ulotek, plakatów i reklam. Cambridge. 

 Taki sobie mały kasztanowiec, co pół kościoła niemal zasłonił. Cambridge. King's college


 Taki sobie angielski park... z jelonkami.

 Katedra w Lincoln, w tle typowa angielska pogoda (jeden dzień się trafił...)

 Wiekowa przewodniczka, co jak mówiła, to się jej ślina w kącikach zbierała i nie mogłam się skupić...

 Piliście piwo w pubie urządzonym w starym nieczynnym kościele? Ja tak. Dziwne uczucie, ale pub genialny!!!

Angielski lunch w angielskim tee room'ie :) Jesooo, jakie dobre oni mają te bułeczki!!! I to niby - masełko!!!


poniedziałek, 18 lipca 2016

chyba muszę zaktualizować bloga....

Lista czytanych blogów mi się jakoś popsuła... się zdezaktualizowała jakoś... część nie pisze, część poszła gdzieś w nieznane i niewiadome... na razie nie mam czasu, ale postaram się niedługo tym zająć. Aktualnie się rehabilituję, znaczy naprawiam. Puszczają mnie jakieś prąda przez stopę, aż mnie w tyłku niemal mrowi, potem mnie to zamrażają i czekają aż odmarznie (bez sęsu...) i parę innych. I mówiom mi, żebym na falę uderzeniową szła.... nie wiem, o co chodzi, ale bić się nie pozwolę, szczególnie, że mówiom, że to boli trochem. Znaczy generalnie chodzi o to, żebym mogła chodzić jak człowiek, a nie udawała, że mnie nic nie boli, wcale a wcale...
No.. to tak w skrócie.... Idem Was szukać!


czwartek, 14 lipca 2016

Kocham polską służbę zdrowia!

Kocham polską służbę zdrowia! Tylko miłością chyba nieodwzajemnioną, tak sądzę.

Według Słownika Języka Polskiego PWN:
służba
1. praca na rzecz jakiejś wspólnoty, wykonywana z poświęceniem
2. instytucja użyteczności publicznej lub wojsko; też: pracownicy tej instytucji
3. działalność tych instytucji
4. obowiązki pełnione w określonych godzinach pracy w niektórych instytucjach
5. daw. wykonywanie pracy służącego w czyimś domu, gospodarstwie itp. za wynagrodzeniem; też: osoby wykonujące takie prace

No więc, wg powyższego służba zdrowia to instytucja użyteczności publicznej, która swoją pracę powinna wykonywać z poświęceniem. Albo przynajmniej porządnie – już nie oczekuję poświęcenia. Ostatnio służba zdrowia jakoś mnie zawodzi… I ze służbą i poświęceniem nie ma wiele wspólnego – sądzę wręcz, że nie przebywała z poświęceniem nawet w tym samym budynku, nie mówiąc o pokoju. Otóż mam problem natury ortopedycznej, który mnie boli jak cholera przy chodzeniu. Z problemem owym udałam się do ortopedy. Pomijam fakt, że „wcisnęła” mnie tam znajoma pielęgniarka, bo terminy są na „za rok”, więc jest szansa, że do tego czasu noga by odpadła i problem by rzeczywiście znikł. Pan przemiły doktor zapytał mnie, w czym rzecz oraz poprosił o prześwietlenia lub inne badania. Na moje oświadczenie, ze nie posiadam, bo poprzedni lekarz leczył mnie wzrokowo (popatrzył i kazał kupić nowe buty), jednak leczenie nie przyniosło efektów i dlatego tu jestem, pan doktor zrobił okrągłe oczy i wysłał mnie na RTG. W ogóle wizyta w przychodni przyszpitalnej, to niezła szkoła przetrwania, ale nieważne. Co się okazało… Mam jednak dużo poważniejszy problem, niż pan „wzrokowiec” wydedukował. Koleżance pielęgniarce chyba jestem winna przysłowiową flaszkę, że mnie „wcisnęła” i to do miłego pana doktora, który popatrzył, ale i dotykał! W poniedziałek zaczynam maraton zabiegów, na razie chodzę z pięknie obklejoną tejpami nózią, za 3-6 miesięcy kontrola i rozmowa, czy operacja jest potrzebna, czy na razie jeszcze odkładamy. Bo wykluczona całkiem nie jest.
No i teraz podsumowanie. Czas oczekiwania na specjalistę – dramat! Albo prywatnie. Dostać się na zabiegi – dramat! Na NFZ można wykonać jednorazowo 5 zabiegów, więc jeśli lekarz zapisał mi 4 rodzaje na 2 nogi, to daje to w sumie 8 zabiegów na raz, więc za dużo – z czegoś muszę zrezygnować, albo dokupić prywatnie… Wkurza mnie, że za coś, co mi się de facto należy, muszę płacić, albo czekać w nieskończoność. Co miesiąc, od paru lat, płacę niemałe pieniądze w ramach składek. Chciałabym coś z tego mieć! A mam – guzik z pętelką, żeby się nie wyrażać. Bez pomocy, „załatwiania”, wkręcania – człowiek może zejść, kończyny odpaść, rak się poprzerzucać, i nic. Trzeba czekać. Nie lubię!

środa, 13 lipca 2016

tadaaaaam!!!

Cześć.
Chciałam powiedzieć, że żyję. Żyję bardzo intensywnie, zabieganie, w ciągłym ruchu, jeśli nie biegu wręcz.
Chciałam powiedzieć, że u mnie jest okej, chwilami nawet bardzo fajnie. Że momenty gorsze są rzadsze, że robi się fajnie.
Co u mnie? Cieszę się każdym dobrym dniem, staram się zmienić podejście z racjonalnego pesymizmu na racjonalny optymizm. Dostrzegać więcej pozytywów, a negatywami się nie przejmować, przynajmniej nie za bardzo.
Męża mam nadal tego samego, dzieci rosną, a pies… pies urósł, szkód narobił i chyba powoli zaczyna być nawet mądrzejszy. Na pewno jest fajny i za nic bym go nie oddała. Lubię te nasze spacery po łąkach, bocznymi ścieżkami.
Czekam na urlop. Z dużym zniecierpliwieniem. Nie mogę się doczekać. Skreślam już po kolei tygodnie i liczę. A po pracy – jeżdżę palcem po mapie i szukam nowych wyzwań i dróg do pokonania.
No nic. Na początek wystarczy. Obiecuję więcej wpisów J

Buziaki!


p.s. ciekawe ile osób zauważy ten pierwszy, po latach niema, wpis???


środa, 17 czerwca 2015

pojawiam się i znikam

Długo mnie nie było, prawda? Musiałam odpocząć, nabrać dystansu i ochłonąć. Jeszcze mi się nie udało. Mam problemy, również małżeńskie, które rozwalają mnie psychicznie. Stres, nerwy i wkurzające uczucie bezsilności, ostatnio mnie wykańczają. Ale z drugiej strony, jak nie ja, to kto? Tak sobie tłumaczę i tego się trzymam. Damy radę!

Będzie kilkuwątkowo.

Dziwne zjawiska
W moim domu żyją mutanty. Jednostki zmutowane genetycznie. Ale bardzo fajnie zmutowane! Nie brudzą się, nie pocą, nie paćkają. Nie muszą się więc myć. Nie korzystają z łazienki! Nie korzystają = nie brudzą – nie muszą jej sprzątać. Proste! Tylko ja korzystam i używam, to SOBIE sprzątam. To samo toaleta, podłoga (u nas sama się myje) czy lusterko nad umywalką – krasnoludki je czasami myją. One chyba też gotują obiady, wyprowadzają o 6-tej rano psa i dają mu jeść, szykują ubrania, zbierają pranie, wywieszają nowe, zbierają suche z suszarki, myją balkon, żeby można było swobodnie wychodzić, wycierają kurze…. Itp.

Tylko czasem czują się ciut zmęczone i mają ochotę pier……dyknąć tym wszystkim i wychodzą na spacer, albo rower.

Przeładowanie
Mózg mi się zlasował, pamięć RAM została wykorzystana do spodu, więcej nie przyjmie. Wszystko zapisuję teraz na kalendarzu na biurku, inaczej nie zrobię/ nie pójdę/ nie załatwię, bo zapomnę. Wzięłam na siebie ostatnio sporo rzeczy, problemów, za które czuję się odpowiedzialna, a związany z nimi stres powoduje psychiczne wyczerpanie. Objawia się to czasami tym, że w robocie zasypiam na siedząco. Głowa mi leci, oczy się zamykają i odlatuję. Nie potrafię się skupić, bo po głowie krąży mnóstwo spraw, myśli i problemów. Za dużo tego. Ciągle coś robię, o czymś myślę, planuję i kombinuję, jak związać koniec z końcem. Jak załatać wielokrotnie cerowany materiał, gdy kolejne łaty się odpruwają, a materiał już nie wytrzymuje i wszystko się sypie w rękach…

Matka Polka Wyrodna
Nie będę słodzić, nie będę kłamać – moje dzieci są świetne. I ciężko pracują… żeby mnie doprowadzić do stanu szewskiej pasji… Efekty już są. Mam ochotę na urlop od rodziny. Wcześniej chciałam wyjechać bez męża, teraz również i bez nich. Ostatnio moim marzeniem jest wyjechać na wycieczkę objazdową na Chorwację, albo do Hiszpanii. Pojeździć, pozwiedzać, poznać miejsca z marzeń i przewodników. Chcę zobaczyć Dubrownik, chcę pojechać do Dalmacji, chcę zwiedzić Barcelonę, pojechać do Segovii i jeszcze po Francji… Ale BEZ dzieci. Po prostu. Chcę się skupić na miejscu, na relaksie i przyjemności, a nie na soczku, wodzie, lodzie, siku, nudzimisię, czy jeszcze daleko, i całym stadzie innych pierdół. Chcę JA mieć przyjemność. I nie mam z powodu tego chcenia wyrzutów sumienia. Żadnych.

Psowate

Oprócz bycia wredną suką, w domu mamy jeszcze psa, jak wiecie. Małe to, wredne, zgryźliwe i rozszczekane. Rośnie w oczach. Tempo ma niezłe. Ostatnio zwichnął łapę. Zaliczył RTG, opatrunki, weta i…. wszystko spadło, zjechało, zostało zeżarte, itp. Więc łazi bez, w myśl zasady, że goi się jak na psie i że jakoś to będzie, samo mu przejdzie. I przechodzi. A ja staram się kopiąc go nie trafiać w tą podejrzaną o złamanie łapę (żatuję :P nie kopię go……. zbyt mocno :P). Jeśli nadal będzie rokował poprawę i normalniał, jak do tej pory, to jest szansa, że dożyje kastracji za 3-4 miesiące. Jeśli nie….. well……. Zgłoszę go do badań w kosmosie i będzie robił za następcę Łajki :P

piątek, 15 maja 2015

jak fajnie mieć zwierzaka...

Powiem Wam, że może oszalałam, bo nie wiem, jak inaczej to wytłumaczyć, ale fajnie mieć zwierzaka!
Mimo wycierania siusiu z dywaniku w przedpokoju, mimo, przeganiania z rana, mimo wstawania o 5.30 na spacer, mimo szarpania się czasami... o kapcie, o spodnie, o koc...
to jak przyjdzie wieczorem i się ułoży na nogach, czy przytuli, jak się cieszy, jak wracam z pracy, jak mnie rano skubie po uszach... jak patrzę, jak się pociesznie bawi, gania, przewraca, to się uśmiecham.

Może to antidotum na problemy, taka zasłona dymna - skupiam się na psie, zamiast myśleć o innych sprawach. Może to jakiś podświadomy odczuwany brak dziecka, którego de facto nie chcę (żadne ciąże i pieluchy!). Nie wiem.

Ale jest w sumie fajnie :) cieszy mnie, że reaguje na komendę "siad", że słucha na spacerze, że powoli się "układa" i zaczyna być posłuszny, zaczyna znać swoje miejsce w hierarchii. Dumna jestem jak rośnie. I jak się ludzie nim zachwycają również :D jak mamuśka :D