piątek, 27 grudnia 2013

co się w święta działo, czyli ostatni bastion padł

Otóż... zaczęło się całkiem niewinnie, od imprezki urodzinowej syna.
W sobotę, przed wigilią. U syna bawiło 2 dzieci (szwagierki) i parę osób dorosłych.
W niedzielę wieczorem młoda dostała lekkiej temperatury, więc uznaliśmy, że samo z siebie zapalenie węzłów nie przejdzie, czas skorzystać z recepty na antybiotyk.
Poniedziałek. Młody zaczyna pokasływać, my inhalować. Gorączki nie ma. Ale.... dzieci bawiące się na urodzinach padają - katar, kaszel i temperatura. Pada dziadek. Męża łapie. Super, se myślę.
Wtorek. Dzieci obce nadal z lekką temperaturą, nasz młody zaczyna pluć płucami, męża skrobie i drapie, chrząka i buczy, ja się trzymam.
Środa. Padli dziadkowie dzieci obcych (szwagierkowych) - bawili się z wnukami. Dodatkowo, syn szwagierki zalicza wizytę lekarską ze skutkiem antybiotykowym, bo się zapalenie ucha zrobiło. Nasza młoda okej, młodemu się nie pogarsza, a wręcz malutką poprawę widzę (w postaci przespanej, a nie przekaszlanej nocy).
Czwartek. Boli mnie gardło :(
Piątek. Kurde, dalej mnie boli :( i jakby woda z nosa podcieka. Aspiryna i strzał w głowę, jak nie pomoże.

Jest jeszcze jedno wyjście - pójdę tą zarazę opatentować. Naturalna broń biologiczna o wysokim stopniu zakażalności - zbiję na niej fortunę! Będę ją sprzedawać na allegro :D

wtorek, 24 grudnia 2013

Tygrysa słowo na te święta


Na te święta życzę wszystkim, żeby święta były spokojne, rodzinne, takie, jak sobie wymarzyliście, takie jak chcielibyście, żeby były. 

niedziela, 22 grudnia 2013

taki czas, że zwierzęta zaczynają gadać ludzkim głosem...

... Tygrysy tyż :)

Nie odzywałam się długo, bo się kurde działo! Po pamiętnym poniedziałku co nieco się zmieniło.
Rozwaliłam okulary - kupiłam okulary. Nie byłam z tego faktu zadowolona, bo jak dla mnie, TAKI nieplanowany wydatek, to niestety znaczący wydatek. Ale... łaziłam przez ponad tydzień w okularach zapasowych, które mi non stop zjeżdżały z nosa doprowadzając mnie do stanu zwanego "szewską pasją". Okulary nie-na-nosie równa się gorsze widzenie, a przy mojej wadzie - robi się niebezpiecznie :)
Nic to - okulary wybrane (wyobraźcie sobie mierzenie oprawek z nosem wetkniętym w lustro.... bo widzę na około 15-20 cm), zrobione i wyglądają jakimś cudem świetnie. Kiecka na sylwestra kupiona, wraz z kolczykami i bransoletką (dziękuję ciociu za prezent urodzinowy!). Prezenty gwiazdkowe zakupione, dla domowników i nie tylko ;) dla innych zrobione. Pierniki upieczone i wysłane. Natti - dzięki za piękne karteczki i kalendarzyk!!! Są na prawdę super! Szczególnie podoba mi się ta, której nie zamieściłaś na blogu - była wyjątkowo cudna! Jak wiesz, robię Ci reklamę :)
Młody wyzdrowiał, za to młodej coś zaległo... Ma zapalenie węzłów chłonnych i dzisiaj się poddaliśmy i podali antybiotyk, bo nie przechodzi od 4-5 dni. Nie chcemy się potem szlajać w święta po pogotowiach. Młody skończył 4 lata, a ja się poczułam staro :) przecież niedawno go urodziłam!!! Była ciężka zima, śniegu niemal po kolana i mróz. A teraz? Dzisiaj padał deszcz i na niebie pojawiła się wielka tęcza. W grudniu. Świat staje na głowie.
Zaliczyłam kilka wycieczek po województwie, odwiedziłam swoich klientów, rozdałam prezenty. Od stycznia mam objąć we władanie nowy region, moje terytorium nieco się zwiększy. Już planuję pracę. Cieszy mnie to, bo moje obecne terytorium działania jakby się nieco wyczerpało.... A to nie wszystko. Firma jakby wyczuła, że szukam innych ofert i zaproponowała mi awans. Niestety, póki co nie wiąże się on z podwyżką (buuuuu...), ale będę miała nowe obowiązki i więcej pracy :) nie będę zmuszona pozorować ;) Przeglądania ogłoszeń jednak jeszcze całkiem nie zarzuciłam. W zeszły wtorek byłam w Krakowie - Wawel nocą wygląda pięknie :) Tylko na drogach szaleńcy - tirowiec chciał nas staranować, ale policja, wezwana  na pomoc, cyt. "zostawiła mu słowo boże na dobranoc".

To tyle na razie ode mnie. Szewski poniedziałek zmienił się w całkiem ciekawy okres, mocno zaganiany, w biegu i w locie. Od wtorku sobie dychnę i przysiądę na pośladkach. Życzenia to Wam jeszcze złożę. Na razie świąt jeszcze nie ma :) Pozdrawiam, z południa!

poniedziałek, 9 grudnia 2013

poniedziałek...

1.O, jaki młody cieplutki, jak grzeje mamę w łóżku, przyjemnie.. Czekaj, czekaj.... nie za ciepły? No tak, 38,5 to nie jest norma... super...

2. Zakładam okulary i mi dziwnie, wzrok mi się popsuł, czy jaka cholera? Hmmm... jakoś dziwnie.. patrzę na siebie w lustrze.. okulary jakoś krzywo wiszą... Kurde mol! Złamały się i wygięły! Zajefajnie, dwie stówy nie moje, kolejne dwie na szkła... Żyć nie umierać... dopłata do szkieł dopiero w kwietniu.

3. Jaki piękny śnieg.... biało i ślicznie... było w domu. Na dworze - śnieg się topi, z nieba pada deszcz. Wrrrrr i brrrrr, nie znoszę takiej pogody. Ale spoko, zaraz wskoczę do autobusu, 4 przystanki i jestem w biurze. GUZIK!!!! Cała moja górka stoi i się lekko toczy w dół! Na autobus czekałam 25 minut, a kolejne 40 toczyłam się dół. Jedyny plus był taki, że na łeb mi już nie padało.

4. Komp wywalił mi jakiś error. Dupa, idę do domu, bo dzisiaj jest chyba piątek 13-tego.

czwartek, 5 grudnia 2013

omijam bloga z daleka...

Jakoś mi ostatnio z postami nie po drodze. Niby pomysły się tworzą, ale spisać nie ma kiedy. Niechciej mnie ogarnął okrutny, a niedoczas dodatkowo przytrzymuje, żebym przypadkiem nie uciekła.
Prezenty mikołajowe odhaczyłam jeszcze końcem listopada, czym wprawiłam swoje konto w stan lekko debetowy. Za to nowy miesiąc zaczęłam przyzwoicie i może jakoś wytrwam :)
Do zakupienia mam jeszcze: grzechotkę - lusterko z biedronki oraz coś związanego z lego ninjago (figurki lub grę, cośkolwiek). I tyle. Dla siebie mam nabyć jakiś zarąbisty ciuch, bowiem zostałam obdarowana urodzinowo z zastrzeżeniem "dla Ciebie, anie żeby Ci się w budżet domowy wchłonęło" - przyznam, że mam upatrzoną jedną piękną kieckę :)

Co do spraw bardziej interesujących - miałam okazję się wczoraj przekonać, co znaczy przewrotna kobieca natura. Spotkałam jedną zołzę, która mi mocno swojego czasu w paradę właziła. I cóż ujrzały me oczy? Tłustą, zapuszczoną krowę! Nie macie pojęcia, jaka byłam zadowolona z siebie do końca dnia! Może to i płytkie, może nieładne, a jednak poczułam się bosko! Wysmuklałam bowiem, straciłam brzuszek i kilka cm w udach. A ta franca wręcz przeciwnie - zapuściła się i zbrzydła, hłehłehłe!!!! dobrze jej tak!

Co poza tym? Chyba nic.... Jakoś tak zwyczajnie i bezpłciowo... Skończyłam chustę dla znajomej - wyszła zaje...fajnie (niedługo zdjęcia) - chyba najładniejsza ze wszystkich.
Uniosłam się ostatnio czytając fragment artykułu o proteście przeciwników aborcji, którzy byli zachwyceni reakcją dzieci, które to natknęły się na ich "wystawę". Gdyby moje dziecko było w tej grupie, to nie chciałabym być na ich miejscu - chyba bym im nogi z dupy powyrywała, tym "wystawcom".  Aaaa, w kinie byłam! Nooo, wyrwaliśmy się, a jak! W sobotę odwieźliśmy dzieci do pani matki, poszli na mecz (Mistrz! Resovia!), potem na chwilę do knajpki, a potem do kina :) O czym był film - nie napiszę, bo brakuje mi cenzuralnych słów. Ale miał głębsze przesłanie - również! Ukryło się między bardziej soczystymi scenami. Generalnie film polecam, na prawdę fajny - "Don Jon". Po świętach idę na Hobbita. A teraz jeszcze z dzieciakami na bajkę - Kraina Lodu (dostaliśmy darmowe bilety!). A potem spokój z kinem na kolejny rok pewnie ;) Tak często chodzimy :D

Tak więc - do usłyszenia lub poczytania!

poniedziałek, 18 listopada 2013

razi mię to...

W naszym domu telewizję ogląda się. I już. I nie zamierzam dyskutować, czy to dobrze, czy to źle, taka sytuacja. Lubię w weekend do śniadania pooglądać telewizję śniadaniową, lubię niektóre programy, lubię wrzucić rano wiadomości - coś tam czasem wyłapię. I tu się zaczyna. Mieszkanie duże nie jest, więc czy chcę, czy nie - dzieci telewizję widzą również, a w niej...

Spożywam sobie pyszną kanapkę z szynką, na niej widnieje również pomidorek, czymś okraszony (szczypiorek, majonezik) - wedle uznania, popijam pyszną herbatą i słyszę, że u jednej takie kobiety pojawia się infekcja. A jak infekcja, to bakterie i możliwość infekcji pochwy. Hmmm.... kanapka jakoś wolniej przełknięta. No nic, poszło, przepiłam, kolejny gryz. A tam... kobieta, która chce być stale w gotowości seksualnej, bo nigdy nic nie wiadomo. Po niej wystąpił pan, który woli jak stoi niż leży oraz pani zmysłowo przeciągnęła się na łóżku, a z niej spadło prześcieradło (chociaż nie pokazali najciekawszego). Tjaaaa.... Były gumki, były infekcje intymne, był seks, pożądanie, stanie i opadanie. I wiecie co? Może jestem pruderyjna, ale mnie to razi! Czekam, aż dzieci zaczną mi zadawać pytania, co to jest seks mamusiu, a ja bym wolała z tą edukacją i uświadamianiem jeszcze troszkę zaczekać, jednakowoż. Piwo można reklamować po 21. czy 22. A środki na grzybicę pochwy puszczają przy śniadaniu. Wcześniej takie nasilenie było w radiu, teraz przeszło na telewizję. Jestem deczko zniesmaczona.

P.S. po prawej stronie zamieściłam linka do galerii moich prac, która to galeria będzie systematycznie (choć nie za szybko) aktualizowana. Aktualnie powstaje jedna mała chusta, a ja czekam na przesyłkę z materiałem, z którego powstanie kolejna chusta i może szal.

P.S. 2 - będę wdzięczna za info, czy link działa, otwiera się i czy widać zdjęcia. Umieszczam tak po raz pierwszy, to jedno, drugie - zależy mi, aby tylko ten album był widoczny. Dziękuję za info zwrotne!

piątek, 15 listopada 2013

jest taki czas....

... w życiu kobiety, że..... no właśnie? co? co chcecie usłyszeć? dlaczego nikt nie słucha mnie? dlaczego nikt nie widzi, ze mi źle? tylko ciągłe pretensje, że się dre... drze, to się kochany stare prześcieradło. i nie mów mi, że mam zachowania agresywne, bo nie mam! słyszysz? nie mam!!! przecież jest miła, nie widzisz? to popatrz dokładniej! może okulary ci trzeba kupić? ja? się złoszczę? przecież jestem potulna jak baranek i słodka jak czekoladka milki z karmelem - do bólu. do rany przyłóż! co nie do twojej? że gangreny możesz dostać? z tobą się nie da rozmawiać wogle! wiesz...... zjadłabym snikersa..... mrrrr, kupiłeś mi! super! jaki ty kochany jesteś!!! choć mnie przytul! lalalalala, ale mam dzisiaj dobry humor! tryskam radością! że co? że byłam niemiła 30 minut temu? prosiłam cię rano - wynieś śmieci! no i oczywiście wszystko na mojej głowie! jak ja nie zrobię - nikt palcem nie ruszy!!! nie, nie jestem zła! nie, nie czepiam się wcale! nie wmawiaj mi, że się czepiam, jak się nie czepiam! zaraz będę zła, jak mi będziesz wmawiał! a dajcie wy mi wszyscy święty spokój, idę na ćwiczenia! do widzenia! może wam za ten czas przejdzie! czepiacie się mnie wszyscy! tak, mam dostać okres! jutro! ale co to ma do rzeczy?!?!?!

wtorek, 29 października 2013

prywata oraz przechwalam się

Witam wszystkich zainteresowanych!
Aktualnie, z uwagi na moje zainteresowania oraz dobroczynny wpływ dziergania na moje skołatane nerwy, zaczęłam się udzielać. Efekty (wybrane) poniżej. Postanowiłam na moim hobby troszkę sobie dorobić do kieszonkowego i sprzedać moje dzieła/ robić na zamówienie. Jeśli ktoś jest zainteresowany - proszę o info. Chustę błękitną robiłam dla koleżanki 2 tygodnie. Chustę rudą - ok. 2,5 (pierwsza w życiu). Mogę zrobić komin (aktualnie skończyłam żółciutki ażurowy, dla młodej dziewczyny - pasuje świetnie na moją córkę).
Wyroby swe sprzedawać chcę za uważam, niewygórowane kwoty. Komin wyceniam na 30 zł plus koszt paczuszki. Koszt chusty to 35-40 zł (w zależności od stopnia skomplikowania wzoru lub wielkości) plus włóczka. Dla przykładu - na chustę błękitną i rudą potrzebowałam 100g akrylu, w cenie 12 zł.
Tak więc - jeśli Wy lub ktoś z Waszego otoczenia chciałby mieć taką ręcznie robioną ozdobno - grzewczą chustę na szyję, plecy - dajcie znać. Czapki klasyczne i szaliki również możliwe do zrobienia (komplet dla córki na wzór na misiu - na niego poszły mi 2 motki włóczki melanżowej Himalaya). Proszę o info, czy zdjęcia są widoczne - ja widzę wszystkie.... pytanie, jak Wy...




A poza tym, muszę się pochwalić. Moja forma fizyczna rośnie. Wczorajsze ćwiczenia wykonywałam niemal z palcem w nosie. Hantelki 2 kg nie sprawiają mi już większego problemu, brzuszki macham do końca, nie robię sobie przerw. Zadyszka na rozgrzewce też coraz mniejsza. Co więcej - skusiłam się wczoraj na zakupach i nabyłam spodnie - w rozmiarze 38, które to wsunęły się na mój "tył" bez najmniejszego oporu, na uda również. Do tej pory musiałam wybierać rozmiar 40-42 :D. Jestem z siebie po prostu dumna :) Brzuszek coraz bardziej płaski, boczki niemal znikły. Więc się chwalę. Wysmuklałam, pozbierałam się w sobie i czuję się przy tym na prawdę rewelacyjnie!

środa, 23 października 2013

Uwaga! ZŁO!!!!!!

Jestem ZŁA!!!! Na wskroś przesiąknięta złem! Jestem kandydatką na pacjentkę dla egzorcysty! A moje dzieci oddałam złu na wychowanie! To przyszli niszczyciele świata i wszelkiego dobra, jakie na nim jeszcze pozostało!
ŁAAAAA!!!! BUUUUUUUUUUUUUU!!!!!
Boicie się? A powinniście!!!!
Jestem ZŁA!!!!!!

A teraz dlaczego...
Czytałam Harrego Pottera.
Czytałam i oglądałam sagę Zmierzch.
Czytałam książki o Hrabim Draculi.
Oglądałam kilka horrorów.
Moje dzieci oglądają bajki "magiczne" - Hello Kitty, Kucyki Pony, Lalka Barbie i Wróżkolandia, córka uwielbia Klub Winx, oglądają i bawią się PetShopami. A co z ZygZakiem? Samochód który mówi? Ma oczy? I bywa na torze niegrzeczny?

Do osiągnięcia dna krateru zła brakuje mi tylko lalek Monster High, bo takich jeszcze dzieciom nie zakupiłam (uważam, że są głupie, brzydkie i nic nie wnoszą). Ale jak czytam wywody księdza Kostrzewy, to mam ochotę to zrobić z czystej przekory.

No więc.... Czytacie blog Złej Demonicznej Kobiety! Być demonem seksu to fajna sprawa, ale być DEMONEM ZŁA! To jest COŚ! Klękajcie narody - nadchodzę grzeszny świecie!

* powodem do zwierzeń był artykuł z gazety wyborczej, odsłaniający przed światem to, co do tej pory skrywałam, a teraz zostałam odkryta:
źródło całego zła na świecie znajdziecie TU

A teraz już troszkę poważniej. Czy niektórzy na prawdę nie mają nic do roboty? Czy doskwiera im nuda? Bo nie wiem, jak inaczej wytłumaczyć takie "rewelacje". Rozumiem, że niektóre zabawki są nieodpowiednie. Sama jestem przeciwniczką serii Monster high. Nie podoba mi się. Ale kucyki Pony? Moje dzieciaki je uwielbiają. Oglądałam tą bajkę z nimi nie raz i jedyne, co mi się rzuciło w oczy to kwestia przyjaźni i pomagania innym. Idąc tropem "zła" powinniśmy zakwestionować bajki Andersena, choćby Królową Śniegu. Przecież i tam są czary. A Calineczka? Może to odpowiednik dzisiejszego dziecka "z próbówki"? Na wszelki wypadek zabrońmy, bo to grzech. Wiersze Brzechwy - ileż tam jest niezgodności i nieprawidłowości! Zabrońmy Piotrusia Pana - on latał i zadawał się z Dzwoneczkiem. Kopciuszek - czarownica w roli matki chrzestnej - niedopuszczalne! Wprowadźmy cenzurę, odetnijmy dostęp do biblioteki, a bawić pozwólmy się - no właśnie nie wiem, czym jeszcze można..... Może ksiądz nam podpowie?
Ksiądz "ostrzega rodziców, że dzieci interesujące się magią nabierają 'mentalności magicznej'. Nie chcą się wytrwale uczyć, skoro wystarczy poznać zaklęcia." No błagam! I on wierzy, w to co sam mówi? To jak mojej córce się nie będzie chciało nauczyć wierszyka, to mam sprawdzić, czy nie próbuje czarować? Zastanawia mnie, czy ten, kto to tworzy, jest trzeźwy i nie nadużywa przypadkiem środków halucynogennych, narkotyków. Ta mentalność magiczna to jest zwykłe lenistwo, i na pewno kucyki Pony nie mają z tym nic wspólnego. Ani żaden Harry Potter. Wspomniany ksiądz chyba nie odróżnia fikcji literackiej od rzeczywistości, a to się leczy. Jest parę klinik w kraju, są na to leki, polecam wizyty u specjalistów - do TYCH lekarzy, to chyba nawet skierowania nie trzeba....

wtorek, 22 października 2013

Mam Talent!

Nie chwaląc się - mam! Do psucia. Nie raz pisałam, że całe dzieciństwo słyszałam od rodziców, że mi to kiedyś w drewnianym kościele cegła na głowę spadnie, o taki pech za mną łazi. Mnie się rzeczy w rękach rozchodzą i rozczłonkowują na części pierwsze. Samochodziki brata, klocki, zabawki, itp. Telefon potrafi mi wypaść z ręki podczas rozmowy i rozłożyć się dokumentnie - tu przód, tam tył, tu bateria, tam reszta. Po złożeniu w całość - o dziwo - działa (ale to stara nokia była, więc w sumie poza konkurencją). Na moim nowiutkim smartfonie pojawiła się kropeczka, taka na pół milimetra. Obecnie "kropeczka" idzie przez całą szerokość ekranu, a ja muszę czekać "byle do kwietnia", bo wtedy mogę przedłużyć umowę i wymienić telefon. Jak to usłyszał mój kolega to zrobił duuuże oczy, bo te ekrany są ponoć bardzo wytrzymałe. Ale dla mnie - nie ma nic trudnego :) Przypuszczam, że umiałabym utopić telefon niezatapialny. Do komputerów też mam dobre podejście. Umiem psuć matryce. Mój komputer przenośny, pracujący w trybie stacjonarnym, raczył mnie takimi różowo-białymi poziomymi maziajami. Czasami to było tylko mignięcie, a czasami na ekranie widziałam jedynie białość paskowatą poziomą.
Wybitny talent jednak mam do żarówek. Nie ma takiej żarówki, której bym nie spaliła. Wchodzę do łazienki i pyk! - połowa światła poszła w cholerę. Wchodzę do pokoju - trzask! poszły dwie na raz. Pokój dzieciaków - ryps! - poszła kolejna. I zapasy w szufladzie zostały wyczerpane. Spalam żarówki w okapie nawet. Największym moim dokonaniem było jednak wybuchnięcie żarówki w przedpokoju, które to zakończyło się wybuchnięciem szklanego abażuru? (jak nazwać to mleczne szklane coś, co ozdobnie osłania żaróweczkę?). W każdym razie - żarówka pierdyknęła, rozpierdykając po drodze lampę i spadając mi za plecy. Huku narobiło, korek wyskoczył, a ja się cieszyłam, że szłam szybko i byłam poza strefą rażenia lecącego szkła. Oczywiście, do dzisiaj nie mam jeszcze osłonki na żaróweczkę, bo niestety muszę kupić całą lampę, gdyż w oryginale była podwójna, a nie da się dokupić jednej osłonki, a do sklepu mi jakoś nie po drodze.
Spisałam sobie to wszystko, bo właśnie w niedzielę wywaliłam kolejne 2 żarówki za jednym zamachem. Ha! Mam Talent! Bez dwóch zdań!

środa, 9 października 2013

słów kilka o przyjaźni

Były sobie dwie dziewczyny, dajmy na to Kasia i Zosia. Mieszkały blisko siebie, miały wspólne zainteresowania - w dość podobnym wieku i podobne problemy dnia codziennego. Biegały razem na spacery, jedna drugą gdzieś wyciągała, czasem wpadały do siebie "na herbatę" i lubiły pogadać. Życie jak to życie, czasami pisze różne scenariusze. Kasia straciła pracę, jej mąż też był tym zagrożony. Kasia chodziła mocno przybita i zdołowana. W końcu z czegoś żyć trzeba, dzieciaki w coś ubrać, do garnków coś włożyć. Stres na każdym kroku, niepokój o jutro. Zosia starała się być podporą - nie chciała się narzucać, po prostu była. Deklarowała chęć pogadania, próbowała wyciągnąć na spacer, na piwo, zrobić cokolwiek. Pomagała przeszukiwać ogłoszenia, nastawiała uszy, czy ktoś nie szuka kogoś do pracy, rozpuszczała wici. Interesowała się, ale starała się nie być wścibska. Czasami miała wrażenie, że Kasia nie korzysta ze znalezionych ogłoszeń, ale to nie było ważne - Zosia się nie przejmowała i pomagała nadal jak tylko umiała. Tylko zaczęła mieć wrażenie, że Kasia się odsuwa. Zapominała o Zosi. Częstotliwość spokań spadła znacząco, nie było już wspólnych spacerów, herbatek, odwiedziny ograniczyły się do pożyczania ciuchów - Kasia pożyczała od Zosi.
Koniec końców, Kasia znalazła pracę, o czym Zosia dowiedziała się przypadkiem, na dwa dni po fakcie. Kasia nie chciała zapeszać - pomyślała, zresztą Kasia to samo mówiła, więc dlaczego miałoby być inaczej? Kasia wpadła w służbowy wir. Mąż też zaczął się odkuwać, zaczęło się układać. I Kasia nagle okazała się być osobą dość zajętą i mającą nowe grono znajomych. A Zosia? Zosia zaczęła mieć własne kłopoty, z którymi radzi sobie sama. Kasia o nich nie wie, bo Zosia jakoś jej nie spotyka i nie było okazji o tym pogadać. Inni znajomi, którzy również przez Zosię byli postrzegani jako "bliscy" też nie widzą. Zosia nie chce nikogo martwić, ani angażować, w końcu to jej problemy, więc powinna sobie poradzić sama. Czasami tylko chciałaby usłyszeć od kogoś "słuchaj, co się dzieje, widzę przecież, że coś jest nie tak". Najwyraźniej jednak Zosia jest zbyt dobrą aktorką i za dobrze ukrywa, że coś jej dolega.

Przyjaźń to taki staromodny twór. Niemodny w obecnych czasach i niezwykle rzadko spotykany. Przyjaźń rządzi się swoimi ponadczasowymi zasadami, które nie są znane wszystkim.Przyjaciel kopnie Cię w tyłek, kiedy trzeba, pocieszy, kiedy tego potrzebujesz, zmotywuje do działania i będzie obok, gdy będziesz miał jakiś problem. I to wszystko bezinteresownie, nie oczekując rewanżu w zamian.

Nie jestem pewna, czy udało mi się kiedyś doświadczyć takiej prawdziwej głębokiej przyjaźni...
http://demotywatory.pl/4210362/and;-Prawdziwych-przyjaciol-poznaje-sie-w-szczesciu-bo-tylko-nieliczni-potrafia-zniesc-nasze-sukcesyand;
" Prawdziwych przyjaciół poznaje się w szczęściu, bo tylko nieliczni potrafią znieść nasze sukcesy" – To on wesprze cię w każdym monecie życia bez względu czy jesteś blisko czy daleko ! Nie odwróci się plecami a poda rękę kiedy jesteś w potrzebie! Przyjaźń to zobowiązanie a nie sztuczne uśmieszki i obgadywanie to Teatr spotykany w śród ludzi!!! Bądź sobą. Jeżeli przyjaciel nie potrafi zaakceptować Twojego stylu życia i zastępuje Ciebie innymi to na ile warta jest przyjaźń? A przyjaźń, która się kończy, tak naprawdę nigdy się nie zaczęła.  (''.) (''.)

wtorek, 8 października 2013

o wszystkim i o niczym

Nie mam weny. Musiałam sobie odpocząć od pisania. Trochę się dzieje, problemy mijają, a zaraz wracają. Ja się odsuwam - od powodu i przyczyny kłopotów. Niby mi złość, wynikająca z bezsilności i naiwności, mija, a zaraz potem gryzę, jestem uszczypliwa i nie umiem sobie darować. Wyłazi ze mnie złośliwa zołza. I jeszcze pogoda... Piękna jest, a ja długo siedziałam w domu. Po tych cholernych zatokach nie chodziłam na ćwiczenia i w weekend poczułam się trochę jak zwierzę w klatce. Wczoraj się wyładowałam, dzisiaj schylanie po kubek w szafce na dole boli. W tyłku boli, ciekawe co jeszcze rozboli w ciągu dnia - ponad 2 tygodnie przerwy dały mi wczoraj w kość. Ale trudno - chcę mieć pośladki twarde jak pesteczki - mus je ćwiczyć :)
Co jakiś czas nasuwał mi się temat na posta, a potem... potem mi się nie chciało.... Nie chce mi się wiele rzeczy. Nie chce mi się wyjść ze znajomymi, nie chce mi się w nic angażować, nie chce mi chcieć. Łapię się, ze mi nie zależy i to mnie nieco przeraża. Dystansuję się od wszystkiego. Wkurza mnie chwilami bezsilność i niemożność zaradzenia rzeczom ot tak, jak za dotknięciem różdżki. Jak naprawię jedno, wali się drugie. Jak mam wrażenie, że jest okej, to się pieprzy. Mam wrażenie, że zamiast iść do przodu, ja się cofam. Jeden krok do przodu, a potem dwa drobne w tył. I chyba mam już tego dość i jestem tym zmęczona. Ulewa mi się.

poniedziałek, 30 września 2013

Jak wrócę...

... to będę. Nie wcześniej. Nie później. Podczytuję, ale nie zawsze regularnie i rzadko komentuję. Uprasza się o wybaczenie.

poniedziałek, 23 września 2013

Jak się polepszy, to się popieprzy?

O i tak. We czwartek poszłam do pracy, niemal w skowronkach. Zła na męża, z uczuciem pewnej ulgi, że dzisiaj w ciągu dnia wyjeżdża i zobaczymy się dopiero w sobotę wieczorem. Tjaaaa... jak to sobie człowiek czasem wykracze....

W czwartek popołudniu zrobiło mi się zimno. I na nic się zdały 2 bluzki (golf i jeszcze jedna sztuka) oraz sweter. Nawet dogrzewająca farelka nie pomagała - nie mogłam się zagrzać i już. Wracałam z pracy z uczuciem zimna i wyciętej połowy mózgu - taka trochę głupia po prostu. Chciałam zjeść makaron ze szpinakiem i kupiłam - szpinak. Poza tym nie miałam pomidorów, sera feta i tylko resztkę makaronu. Tjaa..

Wieczorem zadzwoniłam do szefowej, że istnieje możliwość, że w piątek nie stawię się w pracy, bo chyba mnie coś łapie.

Piątek - koszmar. Mało mi pół twarzy nie odpadło, ciśnienie zmieniało się przy ruszaniu głową - wcale nie musiałam się schylaćg, gardło nasuwało jak wściekłe. Do lekarza idziemy, bo młody smarka na potęgę i trwa to już za długo (niemal 2 tygodnie). Młodego w wózku pchała córka, bo ja nie dawałam rady. Oddychać mogłam ledwo co. Diagnoza - wirus osiadł w gardle i zaatakował mi zatoki. Prochy mam na 14 dni od razu. Błogosławiony niech będzie ibuprom z dodatkiem pseudoefedryny. W sobotę przewegetowałam. Dzieci robiły co chciały, pierdzielnik był w domu niesamowity, możecie sobie wyobrazić. Na kolację, jakbym mogła, to bym im herbatniki dała :)

W niedzielę jako tako stanęłam na nogi i zaczęłam funkcjonować.

Ech.. cholerna jesień i jej skoki temperaturowe, deszcze, mżawki i wilgoć.

I nie będę się już cieszyć, że mąż sobie wyjeżdża precz, obiecuję. Nawet mimo złości, ucieszyłam się na jego widok jak dziecko. W niedzielę miałam podane śniadanko niemal do łóżka :)

wtorek, 17 września 2013

kibelkowy savoir-vivre

REGULAMIN KORZYSTANIA Z TOALETY


1. Po skorzystaniu toaletę zostawiamy po sobie czystą, w szczególności poprzez:
- dokładne spuszczenie po sobie wody (należy nacisnąć przycisk na spłuczce DO KOŃCA i wzrokowe upewnienie się że wszystko zostało spłukane; 
- wytarcie po sobie śladów użytkowania, zarówno na desce oraz obrzeżu muszli, jak i podłodze – o ile takie wystąpią. 
2. Zalecane jest aby panowie korzystali z toalety na siedząco, co sprzyja utrzymaniu higieny i optymalnie miłego zapachu w pomieszczeniu toalety. 
3. Opakowania artykułów higienicznych, jak również zużyte ręczniki papierowe umieszczamy w kubełku na odpady znajdującym się w rogu pomieszczenia WC. 
4. Na koniec dobrze jest zamknąć za sobą drzwi (na klamkę), albowiem - jak wiadomo - toaleta znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie pomieszczeń biurowych, więc niepożądane zapachy toaletowe powodują dyskomfort pracowników oraz klientów naszej firmy. 
Przestrzeganie powyższych zasad pozwoli nam utrzymać podstawową higienę w toalecie, jak również umili przebywanie w tym przybytku bez traumy gdy zdarzy Ci się odwiedzić go bezpośrednio po poprzednim użytkowniku.

Źródło: znalezione w sieci.

Aktualne miejsce: mój biurowy wu-cet. Na przeciwko muszli, na wysokości oczu, do poczytania. Do przemyślenia i zastosowania.

poniedziałek, 16 września 2013

poniosło mnie nieco...

...i nie była to bynajmniej fantazja.
Zaczęło się od robótek zaczętych tydzień temu - chusta dla mnie, a w piątek zaczęłam czapkę dla młodej.
I tak:
Sobota. Moje ukochane dziecko, skarbuś słodki, niuniuś... wstał kuźwa o 6.30!!!!! Wrrrrr. Ja więc wstałam za nim o 7.30, bo jak mi dziecko od 6:30 jęczy o herbatniki, znaczy, że głodne i może matka poda coś pożywniejszego niż ciastka? (tylko, że jej się wstawać to tak jakoś średnio chciało) I tym sposobem dzień wolny zaczął się matce przed godziną 8:00. I okazał się nader pracowity...
Efekt? do 11:00 miałam umyte okna, powycierane kurze, nawet z szafek wysokich (pod sufitowych, tam, gdzie wyciera się rzadko lub jak ma przyjść baba w białych rękawiczkach), wyprane firanki, zmienioną pościel, umytą łazienkę i zrobione pranie codzienne oraz zagniecione ciasto. Obiad dała babcia, więc na tym polu nie musiałam się wysilać.
Potem chwila relaksu - czyli serial Kości (nagranie z tygodnia) i zakończenie chusty i czapki. Efekt? Proszę podziwiać :) do czapki dorabia się mała chusta - jednak muszę dokupić troszkę włóczki, bo mi braknie.



Po południu zawiozłam dziecko na urodziny, a z młodszym poszłam na długi spacer w kierunku domu. Przegoniłam go myślę ze 2-3 km lekką ręką. Po drodze zbieraliśmy kasztany. I tak mi się zeszła sobota. Aaaa, jeszcze wieczorem dokończyłam ciasto, które jakoś dziwnie się rozeszło... w niedzielę ok. 14:00 zostało po nim tylko wspomnienie i parę okruszków...

W niedzielę bumelowałam. Poza machnięciem pysznego rosołu (na życzenie dziecków) i kotlecików devolay (czy jak się to cudo pisze) nie robiłam nic. Tylko nie wiedzieć czemu, miałam nieodpartą ochotę zakneblować i związać moje kochane niuniusie, kwiatuszki słodkie, słoneczka.... Wrrrrrr.... Jak ja mam pms, to one się robią wtedy wyjątkowo uciążliwe i potrafią dowalić.

wtorek, 10 września 2013

odrobina optymizmu wrześniowego

Przełom lata i jesieni to taki ciężki okres dla duszy. Koniec lata, koniec urlopu (dla większości), koniec ciepła, koniec pięknych ciepłych dni - powoli zastępuje to wszystko chłód, więcej deszczu, więcej chmur - i te chmury nawet są jakieś takie inne - deszczowe, ciężkie, jesienne... Wydatków trochę jest, kto ma dzieci w szkole ten wie.... Nic tylko w depresję popadać.

A ja się nie dam. Dzieje się u mnie troszkę, nie chce mi się pisać, bo jakoś mnie niechciej opanował. Nie tylko w tej dziedzinie, żeby nie było. Ale postaram się z nim skończyć. I mam na to sposoby takie:
- zakupy szkolne zamiast w dużym sklepie - robię w pepco - plastelina jest plastelina, Hello Kitty na okładce nie gwarantuje, że dziecko z niej lepiej będzie lepiło! Wniosek - oszczędzam! I powiem Wam - całkiem ładnie oszczędzam :) Ostatnio poszłam do biedronki po chleb, a wróciłam z piórnikiem! Prawie jak moja znajoma, która poszła po chleb, a wróciła z lampka nocną (możliwe, że właśnie to czyta i się uśmiecha).
- aby nie czuć się zaspaną, do pracy będę jeździć rowerem - nic tak nie pobudza jak zajeżdżający drogę kierowca i świeże powietrze. Przy okazji - w kieszeni zostanie mi przynajmniej 60 zł, które wydaję na bilety. A jestem za to bardziej mobilna :D
- w poniedziałki i czwartki zaczynam regularnie chodzić na zajęcia fitness w domu kultury - caaaałe 20 zł na miesiąc - jeszcze mnie stać. Zaniedbałam się w ostatnie 3 tygodnie, tylko rowerem jeździłam. i też nieregularnie. Potrzebuje endorfin - chyba się uzależniłam.
- jak na wrzesień - pogoda jest całkiem niezła. Jutro załamanie, ale.... kochani... mieliśmy w tym roku tyle słońca, że można było wyschnąć na wiór. Poza tym - mam kurtkę przeciwdeszczową (to pod kątem roweru).
- w ramach odnowy w szafie swojej i nie swojej (bo nic tak nie cieszy baby, jak nowa szmatka)- dziergam sobie komplet dla młodej i dla siebie, dla niej szal i czapka, dla mnie szal - chusta. Zamieszczę, żeby się pochwalić, o ile mi wyjdzie, ale co ma nie wyjść (niech se Frytka nie myśli, że tylko ona umi). Będzie takie jak chcę i na pewno nikt takiego mieć nie będzie!
- ponadto do kompletów na szyję zamierzam dorobić sobie sweterek - ostatnio widziałam jeden na dziewczynie, bardzo mi się spodobał, ale nie znalazłam nigdzie takiego na serwisach zakupowych wszelkiej maści. Więc se zrobię. Jak nie spełni oczekiwań - będę go najwyżej w domu nosić ;)
- zorganizuję babskie spotkanie, bo czas najwyższy ku temu, żeby pogadać.
- za miesiąc jadę do stolycy i zamierzam zabrać ze sobą butelkę wina, które degustowałam z siostrą we Francji aż po samo dno butelki (Dreamu - nie pytaj jakie, bo to trochę profanacja wina jest). No i może zostanę tam na cały weekend, o ile jedna Shara będzie chciała się spotkać i znowu czegoś nie wymodzi :P
- chciałabym również rozejrzeć się za nową pracą, ale tu mnie powstrzymuje jakaś wewnętrzna obawa... Wkońcu nie mam 20 lat i taka zmiana jest dla mnie poważnym krokiem. Jednak tutaj powoli przestaje mnie cokolwiek trzymać (poza ludźmi), a w miejsce dawnej frajdy, wchodzi frustracja i nerwy - uważam, że zupełnie niepotrzebnie
- sklejam powoli mój rozbity talerz i maskuję łączenia. Powinno być okej. Zobaczymy. W każdym razie dużo się nauczyłam i stwardniałam (po raz kolejny?) - obym się w jakiegoś pancernika nie zamieniła przypadkiem.
- a w ogóle - jeśli się dzieje, to przynajmniej nie jest nudno, nawet jeśli nie zawsze dzieje się dobrze. Taka kolej rzeczy - jakby tylko było słodko i cudownie, to by człowieka zemdliło.

No. Tak więc - depresjo jesienna - wypieprzaj! Nie ma miejsca dla ciebie u mnie.


piątek, 6 września 2013

no więc...

Niniejszym ogłaszam ten tydzień tygodniem ludzi bezmyślnych, zakręconych i świrów. Ze szczególnym uwzględnieniem poniedziałku. W każdej godzinie tamtego (na szczęście zakończonego!!!!) dnia ktoś usilnie starał się dostarczyć mi dowody na istnienie bezmózgowia, braku wyobraźni lub bycia bałwanem - nad wyraz skutecznie.
Tydzień skażony sobotnim weselem, niedzielnymi poprawinami i małym rodzinnym przyjęciem we wtorek. I nie idzie tu o jakieś strasznie późne godziny powrotu, ale sam fakt "imprezowania" i nadszarpniętych wieczorów.
Tydzień nienormalny, na całe jego szczęście - chylący się ku końcowi.
Tydzień przepełniony niegasnącym odczuciem "cholera, żeby mi się chciało, tak jak mi się nie chce".
Dzień dzisiejszy, piątek, postanowił jednak być nie gorszy od poniedziałku i również zaserwował mi wątpliwe atrakcje. Ech..... Szczęście w nieszczęściu jest takie, że sobotę spędzę sama u mamy i mam wrażenie, że nadgonię z robótką na drutach oraz książką. Będzie błogi spokój... pomijając fakt, że mama jest chora. Jednakowoż nie jest dzieckiem i nie będzie marudzić ;) Taki pacjent jest znośny.
Idę sobie, zanim coś jeszcze "wyskoczy" niczym królik z kapelusza. Mówię Wam - tydzień masakryczny. Mam nadzieję, że weekend się odetnie od pozostałych kolegów z tygodnia.

środa, 28 sierpnia 2013

Górskie wyprawy tygrysa z tygrysiątkiem

Post z dedykacją dla Ewy.

Jak co roku, już drugi rok z rzędu (hłe, hłe, młoda ta tradycja jeszcze) wypuściłam się z córką w nasze piękne góry, a konkretnie Tatry, które kocham, uwielbiam, miłuję, muszę tam być i już. Usiłuję swoje umiłowanie przekazać córce i chyba mi się udaje ta sztuka.

Czwartek, 22.08
Wyjazd z domu, przesiadka w Krakowie, szybka wizyta w decathlonie celem odebrania butów dla córki i jedziemy do Zakopanego. W tym dniu nie robiłyśmy już nic, przeszłyśmy się tylko troszkę, coby okolicę poznać i zobaczyć, gdzie co leży (czytaj sklep na przykład, czy jakaś jadłodajnia). Siusiu, paciorek i spać, bo jutro idziemy zdobywać szczyty. Nocleg miałam w okolicy ulicy Kościeliskiej, boczna uliczka, zaraz obok liceum sztuk pięknych, z widokiem na "Giewonda", jak mówiła moja córa, regularnie przekręcając nazwę. Cicho, bardzo spokojnie, czysto i cenowo stosunkowo okej. I blisko do busów, które odjeżdżają również spod dolnych Krupówek (nie musiałyśmy zasuwać na dworzec!).


Piątek, 23.08
Pobudki nie trzeba było robić, jakoś same wstałyśmy około 7-mej i przed 9-tą już jechałyśmy w kierunku Łysej Polany. Cel - Morskie Oko, które córa chciała koniecznie zobaczyć. Początki drogi były jakieś ciężkie, młoda marudziła, stękała, ale szła. Jakoś. Rozkręciła się przy Wodogrzmotach, które jakieś małe się wydawały, po upalnym lecie - zdarzało się, że jednak było tam więcej wody, niż obecnie. Morski Oko, jak zawsze ładne, malownicze, tylko okrutnie zaludnione - można oszaleć. Zjadłyśmy ciepły posiłek, wypiłyśmy czekoladę i czym prędzej uciekłyśmy w górę - w kierunku przełęczy Szpiglasowej. Trasa na przełęcz jest niesamowicie malownicza. Szlak odchodzi w prawo od MO i wznosi się powoli po zboczu góry. Wąska, ale bardzo łagodna ścieżka prowadzi początkowo przez las. Po około 10 minutach las się nieco przerzedza, a oczom ukazuje się jezioro - błękitne, piękne, oddalone. Na ścieżce jest raptem kilkoro turystów (nie są to turysty z bryczek, ale turyści). Cisza i coraz lepiej widoczne z góry jezioro. Przed nami majestatyczny Mnich,  pochylony, idzie ku szczytom, na lewo kolejne górskie zbocza otaczające MO, po lewej stronie powoli rysuje się niecka Czarnego Stawu pod Rysami, który jeszcze jest niewidoczny - jesteśmy jeszcze na zbyt małej wysokości. Ścieżka powoli wyprowadza nas z lasu, na poziom kosodrzewiny. Zbliżamy się do Mnicha i do kamienistych zboczy. Mijamy kolejny raz strumyczek spływający z góry, ścieżka wije się zakosami, nadal łagodnie i delikatnie. Po nieco ponad godzinie dochodzimy do rozwidlenia szlaków. Mamy widok na Dolinkę za Mnichem, w tle ścieżkę na Wrota Chałubińskiego. Mnich nieco stracił na majestacie, jakby się skurczył... Sama Szpiglasowa Przełęcz i szczyt Szpiglasowy tonie w chmurze, choć na dole świeci słońce. Do szczytu jeszcze około godziny (przy tempie, w jakim szła młoda, myślę, że max 45 minut). Jednak na tym etapie rezygnujemy. Jest już za późno na większy odpoczynek i dalsze wspinanie. Trzeba jeszcze zejść ze ścieżki i wrócić do tego gniazda buczących os nad MO, a potem jeszcze z MO na dół do busa. Droga w dół do MO była lekka i przyjemna, po asfalcie już gorzej, ale przecież nie zostaniemy... Jak się weszło, trzeba i zejść. W Zakopanym byłyśmy około 18-tej. Spało się nam nad wyraz dobrze.
Niektórzy spotykają w górach niedźwiedzie, inni widują kozice, a my spotkałyśmy górali... z góralskiej kapeli :)

 
Pniemy się wysoko, ku Mnichowi

Widok na Morskie, po prawej Czarny Staw się wyłania, a po lewej ścieżka, którą tu dotarłyśmy. Zdjęcie wykonane już podczas zawracania.


Jeszcze raz Morskie z lewej, a Czarny z prawej i zamglone szczyty nad nim. Zdjęcie wykonane już podczas zawracania.

Młoda niemal na rozwidleniu, Szpiglasowa we mgle. Doszłyśmy do tej zielonej "bulwy" nad głową Młodej. Tam nastąpił zawrót.
Sobota, 24.08
Dzisiaj w planie wycieczka na Halę Gąsienicową i Czarny Staw Gąsienicowy. Idziemy od Kuźnic, przez Boczań, Skupniów Upłaz. Ta część wycieczki zajmuje nam 2 godziny. Po poprzednim dniu Młoda jest nieco zmęczona i mękoli, ale jako tako, przed schroniskiem się wreszcie rozkręca i pędzi. Chyba te dwa łyki power rade ją tak na nogi postawiły. Poprzedniego dnia, jak się napiła, to niemal do szczytu Szpiglasowej dobiegła. Hala została zdobyta, pięknie jakimś kwieciem obrośnięta. Z hali krótki postój w Murowańcu, gdzie jadłam chyba najlepszy w życiu żurek z jajkiem, ziemniaczkiem i kiełbasą (i najdroższy zarazem...). Porcja była na prawdę bardzo solidna. Posilone i odpocznięte ruszamy nad Staw. A nad stawem... Jak zwykle pięknie, choć same szczyty we mgle. Ewa, dla Ciebie zdjęcia, ze szczególnym uwzględnieniem Kościelca. Zejście było bardzo interesujące. Jednak z uwagi na ciągłe motywowanie starszej pani oraz jej asekurowanie (wybrały sobie ścieżkę przez Jaworzynkę), nie miałam czasu ani ręki, aby je dokumentować. Ta trasa robi wrażenie - jest przez chwilę (ok. 40 minut) stromo, a potem w nagrodę płasko. Ale pierwsza część daje się we znaki...
W drodze, na Upłazie.
Gdzie jest Wally? Czyli dziecko dociera.

Hala zdobyta - w tle Betlejemka.
 Staw Gąsienicowy - w tle (uwierzcie na słowo) Kozi Wierch, między innymi... Orla Perć.
Kościelec - jedyny nie zasłonięty przez chmurę.

Miejscowa fauna - poza kaczkami były też ryby, które zjadały rzucany kaczkom chleb, zanim wspomniana kaczka do niego dotarła.

Niedziela, 25.08
To już był dzień wyjazdu. Rekreacyjnie zdobyłyśmy Gubałówkę za pomocą kolejki, a tam moje niespokojne dziecko zdobywało park linowy. Wolałam jej dać 20 zł na godzinną zabawę na linach, niż 10 za 5 minut skakania na trampolinie, czy czymś podobnym. Dziecko radziło sobie jak stary wyga - przepinało bloczki, zapinało liny, zjeżdżało na tyrolce... Była kapitalna. Popołudniu wróciłyśmy do domu. Za rok - kolejna wycieczka.


wtorek, 20 sierpnia 2013

absurd absurdem absurd pogania, czyli o rowerach w mieście

Normalnie mnie trafi zaraz coś! Jak co dzień do śniadania robię prasówkę i widzę artykuł o rowerzystach - na moście tym razem. No i czytam, co robię źle, jak zapewne spory odsetek mieszkańców, który aktualnie porusza się na rowerze z przyczyn różnych. Miast się chwali ścieżkami, rowerem miejskim, że przyjazne, że ekologia, i tym podobne szmery bajery. Ale....
I tak oto oczy me widzą taki tekst:
50 złotych kosztuje przejechanie rowerem po chodniku mostu Lwowskiego w Rzeszowie. Takie mandaty wlepiają policjanci rowerzystom, którzy łamią przepisy. Samochody na moście mogą jechać maksymalnie 50 km na godzinę, a w takim wypadku rowerzyści muszą poruszać się po jezdni.

Yhm, czyli dowiedziałam się czegoś nowego - mam szczęście, że ostatnio wracałam od lekarza za darmo, a nie za 50 zł, bo na moście z roweru nie zsiadłam. A tam rzeczywiście ścieżka urywa się przy rozpoczęciu mostu.
W mieście jeździć z przepisami się po prostu nie da... To, co miasto oferuje, to jest jedynie namiastka. Chwalą się, że mamy tyyyle kilometrów ścieżek. Ale... jak zwykle jest jakieś ale. Ścieżki urywają się nagle, nie wiadomo czemu, albo tuż przed przejściem, albo przed parkingiem (wycięty fragment chodnika na potrzeby parkingu), po to, żeby 100 metrów dalej ponownie się zacząć (parking się skończył). Pominę już samochody zaparkowane na ścieżkach, które przylegają do ulicy. Duże skrzyżowanie, światła, kilka pasów i prrr kobyłka, koniec ścieżki, ciąg dalszy za światłami. Jadę taką ścieżką ponad kilometr i nagle stop - powinnam zejść z roweru i przejść przez drogę, żeby po drugiej stronie znowu wsiadać. Okej - rozumiem, przy mniejszych ulicach, gdzie rower może nagle wyskoczyć, ale przy 4-pasmówce, gdzie jest sygnalizacja - nie do końca się zgadzam z takim pomysłem. Przecież na czerwonym nie wjadę, tylko na zielonym. A skoro ja mam zielone, to samochody czerwone - więc w czym problem? W pieniądzach, bo jeśli wyznaczą ścieżkę, to będą musieli dodatkowy sygnalizator dostawić, ze znaczkiem rowerka. Poza tym, mam takie ulice po drodze do pracy i muszę mieć oczy dookoła głowy, bo kierowcy mają w poważaniu zielone na przejściu, jeśli oni mają "strzałkę". Wielokrotnie nawiewałam, czy to na nogach, czy na rowerze, przed takim baranem. Bryluje tu moje ulubione przejście pod realem. Ale idźmy dalej. Jeżdżę wolno, nie szaleję, jeszcze nikomu pod koła nie wjechałam, ani nie rozjechałam pieszego, nawet jak mi wlezie niczym krowa na środek ścieżki, bo piesek chciał na trawkę po drugiej stronie chodnika,

Jeżdżą po chodnikach, tam, gdzie im nie wolno, oraz pokonują przejścia dla pieszych na rowerze. Dlatego patrole policji są uczulone na to, by w swojej codziennej jeździe po mieście zwracać szczególną uwagę na poruszających się rowerzystów. - Chciałbym przypomnieć, że po chodniku rowerzysta może jechać tylko w trzech przypadkach: jeżeli szerokość chodnika wzdłuż drogi, po której poruszanie się pojazdów jest dozwolone z prędkością większą niż 50 km/godz., wynosi co najmniej dwa metry (ok. czterech standardowych płyt chodnikowych) i nie ma wydzielonej specjalnej drogi dla rowerzystów; w razie ekstremalnych warunków pogodowych - burza, śnieg, grad, deszcz, gdy jezdnia jest na tyle śliska, że poruszanie się po niej rowerem jest bardzo niebezpieczne; oraz jeśli opiekujemy się kierującym rowerem dzieckiem, które nie ukończyło 10. roku życia. Pozwolenia na jeżdżenie chodnikiem nie mają jednak opiekunowie podróżujący rowerem z dzieckiem przypiętym do fotelika - wylicza rzecznik KWP w Rzeszowie.

Cały tekst: http://rzeszow.gazeta.pl/rzeszow/1,34962,14393198,Rowerzysci_na_moscie_Lwowskim_lapia_mandaty.html#LokRzeTxt#ixzz2bAVsQMmi


Dodatkowym utrudnieniem jest komunikacja miejska. W Rzeszowie jest zakaz wsiadania z rowerem do autobusu. Ścieżki, które znajdują się np. w centrum, nad rzeką, nad zalewem, są oddzielone od reszty miasta ulicami. Jeśli chciałabym pojechać z dzieckiem na Bulwary, muszę załatwić auto z bagażnikiem i tam dziecko dowieść. Mogłabym autobusem, ale nie wolno. Nawet jeśli jest pusty. Jeśli złapię gumę gdzieś w drodze - to mam murowany spacer. Nawet jeśli autobus jedzie pusty. Wózki z dziećmi wozić można. Rowerów nie można, bo mogą zabrudzić ubranie, uszkodzić odzież lub pasażera, i zajmują za dużo miejsca. Wózki nie zajmują. Oraz wózkiem nikt nigdy komuś w nogi nie wjechał. A rowerem na pewno by to zrobił. Jak miałam wózek, a autobus był wypełniony - nie wsiadałam. Rowerem też bym nie wsiadła. Ale cóż... Ten zakaz jest uważam zły. Uważam, że kierowcy powinni traktować przewóz rowerów zdroworozsądkowo - jeśli jest mnóstwo miejsca - nie wywalać takiego pasażera, bo to się wiąże z dodatkowym skasowanym biletem. Czyli zarobkiem.

Co do konfliktów - jeszcze słów kilka.
Powiem szczerze - między rowerzystami, kierowcami i pieszymi zawsze będą zatargi. Zawsze się znajdzie jakiś baran, który narobi złej opinii, w każdej z tych grup. To fakt, że mijałam wielu baranów - rowerzystów, którzy nagle wjeżdżali na ulicę, lawirowali między pieszymi, z ostrożnością byli na bakier. Ale nie raz i nie dwa było tak, że jadę ścieżką, a tu nagle myk - pieszy sobie idzie. Ostatnio - szeroki chodnik, obok ścieżka, po chodniku idą 3 panie, obok ścieżką pan, osoba nr 4. Oczywiście idą pełną szerokością. Jak użyłam dzwonka, to pan do mnie z tzw. japą "co się czepiasz? miejsca nie masz? ulica jest!". A na ulicy zakaz jazdy rowerem. Odpowiedziałam panu, że skoro jak krowa włazi na środek ścieżki rowerowej, to niech się liczy, że go przepędzą. Nie odezwał się. Jeśli mam gdzieś dojechać, tak planuję przejazd, żeby jechać ścieżkami - ile się da. Szanuję pieszych i nie jeżdżę ich częścią chodnika. O to samo proszę ich. Ścieżek jest mało, więc nie łaźcie po tym, co zostało dla nas. Kierowcy nasz często nie widzą, bo nie są przyzwyczajeni. Ileż to razy musiałam jechać środkiem drogi w obawie przed wyjeżdżającymi autami - nie patrzą, tylko wsteczny i dajesz! A rowerzysta - jego problem. Najwyżej uskoczy, wjeżdżając nagle pod koła innemu.

P.S. żeby nie było, że jednostronna jestem i nieobiektywna - pochwalam takie wpisy: TUTAJ


poniedziałek, 19 sierpnia 2013

dostałam zjebkę

Oj, dawno mi nikt takiego wykładu nie palną, jak w piątek popołudniu. Oj, poczułam się jak uczennica, co wie, że nic nie umie, a stula pod tablicą i plecie farmazony. Rzecz dotyczy mojego leczenia, a konkretnie szczepienia na alergię. Po zażyciu szczepionki mam w przychodni spędzić ok. 30 minut na obserwacji. Potem, po powrocie do domu nie wolno mi podejmować wysiłku fizycznego, spożywać napojów procentowych, zażywać ciepłych kąpieli - to są główne zabronienia. Pech chciał, że moja przychodnia leży za przeproszeniem - w pizduuu, na drugim cholernie odległym końcu miasta. Do niedawna był autobus, który mnie tam woził. Ale nasze przedsiębiorstwo komunikacyjne pozmieniało trasy, wycięło kursy i autobusu od lipca niet. No więc sobie radzę. Albo jadę innym i robię 10 minut spaceru, albo na rowerze. I za ten rower dostałam zjebkę. Bo nie wolno mi. Jakoś sobie nie zdawałam sprawy, że w dniu szczepienia powrót na rowerze, te 10 km, jest nader niewskazany. Ponoć niedawno mieli takiego klienta, co przyjechał, zaszczepił się i do domu nie dojechał, bo po drodze zmarł. Dostał wstrząsu. Oj, nasłuchałam się opierdzielu. W efekcie, ściągnęłam mojego ojca, co bagażnik rowerowy posiada i mnie zwiózł do domu. Chyba więcej już takiej goopoty nie popełnię.

środa, 14 sierpnia 2013

bywa i tak...

... że coś się rozpieprzy, huknie o glebę i rozbije się w drobny mak. I nijak z tego nie posklejasz na nowo, bo z takimi puzzlami to i święty Boże nie pomoże. Wtedy trzeba... nie wiem co... może przeczekać? Chlapnąć głębszego albo dwa? Iść się zarżnąć na rowerze? Może biec przed siebie, ile płuca pozwolą? Może siąść i płakać? Nie wiem. Na pewno ostatnie mi się nie podoba. Nie wiem. Muszę się jakoś pozbierać, bo coś mi się pokruszyło...

wtorek, 13 sierpnia 2013

słodko - gorzki smak

O książce "Macierzyństwo bez lukru" słyszałam już dawno. Jeszcze jej nie zakupiłam, czytałam jedynie fragmenty, a także wycinki blogów dziewczyn, które tą publikację stworzyły. Zapewne się powtórzę, jednak chciałabym po raz kolejny wyrazić swoją własną prywatną aprobatę takich akcji i publikacji.

Jestem za tym, aby głośno i otwarcie mówić, jak jest. Nie popieram zaklinania rzeczywistości i sprzedawania światu bajki o tym, jak jest cudownie, podczas, gdy cudownie jest "czasami", a pozostałą część dnia oraz nocy jest "normalnie". Macierzyństwo to nie je bajka. To jest obowiązek, to jest praca na pełny etat, to jest ogromna odpowiedzialność. Nie da się podjąć decyzji o zostaniu rodzicem, bez poznania wszystkich stron i kolorów tego przedsięwzięcia. Ktoś się naczyta poradników, kolorowych gazet, a potem nagle doopa - nie wygląda to wcale tak, jak miało być, jak się zaplanowało, jak się to wyobrażało. Przychodzi rutyna, codzienność, nuda, zmęczenie, permanentne niewyspanie i zdziwienie. "Przecież miało być tak pięknie, a jest kurna tak normalnie!". Upada mit o tym, że dziecko scala związek, bo okazuje się, że związek schodzi na plan drugi (jak nie trzeci) i jest tak na prawdę wystawiony na nie lada próbę. Fakt, że jeśli ją przetrwa, to jest to oznaką, że da radę przetrwać niejedno. W końcu próbę ogniową już ma za sobą.
Świat, w każdym swoim aspekcie, nie jest czarno-biały. Ma różne odcienie szarości, ale również mnóstwo wszelakich barw. I to jest piękne. Kobieta idąc do sklepu z butami kilka razy się zastanowi, zanim kupi tą jedną parę, tą modną. Nie sztuka kupić buty, w których się nie da potem chodzić, bo gryzą, bo obcierają, bo nogi można połamać. Nad butami się czasami dłużej zastanowi, niż nad decyzją, czy posiadać dziecko. Bo przecież dziecko to taki fajny gadżet, koleżanka ma, to może ja też? Przecież w tych gazetach to tak pięknie wygląda... Tja... Wygląda. Po kilkugodzinnej obróbce fotoszopem :P
Jak mówiłam - dziecko to odpowiedzialność za drugiego człowieka, za jego wychowanie i ukształtowanie. To praca, obowiązek, poświęcenie - głównie siebie samej. Przewartościowanie swojego zbudowanego misternie świata, relacji z partnerem/mężem, znajomymi. Istna rewolucja i przewrót. Nie jest to słodko-pierdząca nowelka, o nie. Lukru tam znajdzie się trochę, jak najbardziej, ale nie powinno się oczekiwać tylko i wyłącznie słodyczy. Gorycz to też smak, choć mniej lubiany, to potrzebny. Żeby nie zemdliło. Upada powoli, ale jednak systematycznie, mit wiecznie zadowolonej i szczęśliwej Matki-Polki, której życiowym celem jest rodzenie kolejnych dzieci i bycie gospodynią domową, a jej świat jest wyłącznie piękny i cudowny. Złego słowa powiedzieć jej nie wolno, gdyż jest to objawem szaleństwa, braku wdzięczności i nie wiadomo czego jeszcze - pewnie bycia "złą kobietą", która albo ma depresję poporodową, albo sobie biedna nie radzi - najlepsze wymówki.
Mówmy głośno o tym, jak jest. Nie mylmy tego z marudzeniem, depresją, i wszystkimi innymi możliwościami. Po prostu - mówmy jak jest. Że jest różowo, jest szaro, jest słonecznie, jest pochmurno - jest różnobarwnie. Jest słodko-gorzko.

czwartek, 8 sierpnia 2013

Ale wkoło jest wesoło...

Temperatura 37-38 stopni. Chwalić i wielbić wynalazcę klimatyzacji - niech mu ziemia lekką będzie, a imię jego niech sławione na wieki będzie! Pomnik mu/jej, pomnik!
W pracy szał pał, klienci nie poszli na urlop i nie ma wytchnienia - oszaleli dokumentnie, a my z nimi. Niektórzy to wręcz mają pomysły takie, iż posądzam ich o przegrzanie zwojów mózgowych - sorki, jeśli kogoś to uraża, ale po cuda to do kościoła się chodzi, a nie do nas, bo tego jeszcze nie potrafimy. Ponoć byli tacy, co cuda potrafili robić za życia - ja nie umiem, świętą nie jestem i bynajmniej nie będę. Więc sio - nad wodę, na urlop, dać nam z dzień wytchnienia, bo za chwilę będę gadać o częściach składowych turbosprężarki w obcych mi na co dzień językach. Personel w Tworkach już wysyła newsletter o wczasach rekreacyjnych u nich, oferta last minute. Jeszcze jeden taki dzień, jak te 3 ostatnie, to chyba skorzystam.

Dzisiaj spałam na balkonie. Dobrze mi było, póki komar mnie w kostkę nie ugryzł. Wtedy się obraziłam na przyrodę i wróciłam na łono łóżka - koło 2-3 nad ranem.

Nie mieszka nikt z Was w Krakowie? Potrzebuję małej pomocy, przysługi.

Aaa, żeby dopełnić obrazu szaleństwa - to młody ma zaczątki oskrzeli i siedzi w domu z ojcem swym i się inhaluje 3 razy dziennie, a ja mam przewiane plecy za łopatką i odkrywam już trzeci dzień, za jakie ruchy odpowiada ten zawiany punkt - np. za sięganie po myszkę od komputera, albo po kubek z herbatą - taki ładny, z dedykacją. Biegałam wieczorem (w dzień się przecież nie da!) i moje spocone plecy owiał lekki powiew wieczornego wiatru - jak widać - skutecznie. Bubu mam, a mąż tylko wciera maść wieczorem.

Masakra....... nie stać mnie, aby napisać coś więcej, bo mi się mózg lasuje.

A wiecie, że wiem, jak się pisze słownie "2" po gruzińsku? dupka, dupka z ogonkiem i jeden półdupek :D
Może być też, że serduszko z obciętym szpicem, ale to było dopiero drugie skojarzenie :D

piątek, 2 sierpnia 2013

część V

Ogólnie - gdzie byłam i co widziałam - katedra

Mieszkałam w miejscowości Beauvais. To była nasza "baza wypadowa". W miasteczku tym, niemal tuż za moim oknem, jest katedra. Piękna, ogromna, taki sobie kościółek, pod wezwaniem Św. Piotra. Zwiedzanie katedry było rozłożone na 3 razy, ponieważ przy pierwszych dwóch podejściach była już zamknięta, a ja nie dopatrzyłam dobrze godzin wejścia. Tak więc, jak mawiają starzy górale, do trzech razy sztuka.
Kilka słów o katedrze (niestety nie moich, bo tam wszystko tylko po żabiemu było napisane).
Katedra w Beauvais to jedyny w swoim rodzaju nadal czynny kościół, który jest pierwszorzędnym przykładem architektury późnogotyckiejJej sklepienie w południowym ramieniu poprzecznej nawy ma 48,5 m wysokości i jest najwyższym sklepieniem gotyckim na świecie. W jednej z jej bocznych kaplic znajduje się zegar astronomiczny z 1866, który - to już od siebie - robi duże wrażenie.
Z powodu niestabilnej konstrukcji, ciągle grożącej zawaleniem, budynek katedry został wpisany na listę World Monuments Watch sporządzoną przez World Monuments Fund 100 Most Endangered Sites 2000 i 2002, prywatną fundację zajmującą się najbardziej zagrożonymi zabytkami na świecie.
Katedra ma długość 72,5 m, w tym 47 m prezbiterium. Szerokość transeptu (nawy poprzecznej) wynosi 58,6 m. Zewnętrzna wysokość budowli wynosi 67,2 m, fasady południowej – 64,4 m.
Charakterystycznym elementem architektury zewnętrznej jest obiegający prezbiterium system przypór zwieńczonych pinaklami (elementy zdobnicze, smukłe kamienne wieżyczki), zbudowanych dla przejęcia naprężeń sklepienia i ścian. Dla dodatkowego wsparcia zbudowano przy nich jeszcze w średniowieczu wolno stojące filary, połączone ze sobą stalowymi drążkami. Prezbiterium otoczone jest wieńcem siedmiu kaplic. W niektórych z nich zachowały się średniowieczne witraże.
Na południowej ścianie prezbiterium znajduje się średniowieczny zegar (XV–XVI w.) a obok niego imponujący zegar astronomiczny z 1866, o którym wspominałam. Poniżej załączam swoje zdjęcia. Teksty zaciągnęłam z Wikipedii, ponieważ jak wspomniałam, na miejscu wszystko było nie po mojemu.
Ja na tle tego "giganta"
 
Wspomniane witraże w kaplicach bocznych i dokoła ołtarza (nie mam ręki, ani świetnego aparatu, więc wybaczcie)
Średniowieczny zegar, a obok zegar astronomiczny, który znajduje się kilka kroków w lewo.
Rzut oka na nawę główną i organy (akurat zagrały - piękne)
 
Wyjście/ wejście główne.


Plik:Picardie Beauvais3 tango7174.jpg 
Jeszcze raz zegar średniowieczny, skopiowany z wikipedii - tutaj jest lepiej ujęty i widoczny, niż na moich autorskich zdjęciach. Na lewo od niego zaczątek zegara astronomicznego.

Napiszę Wam również o zamku, który odwiedziłam, a dokładniej oglądałam z zewnątrz ;) Ale nie wiem kiedy. Do poczytania!


wykorzystane źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Katedra_%C5%9Bw._Piotra_w_Beauvais

czwartek, 1 sierpnia 2013

moje francuskie wakacje - część IV

Dzień trzeci zwiedzania (czwarty dzień wakacji)

Na ten dzień pozostawiliśmy sobie atrakcje, których nie udało się nam "obskoczyć" w dni poprzednie z różnych powodów. Niestety, nie udało się nam zobaczyć nocnych pokazów w parku, z okazji 20-lecia jego istnienia. Było zbyt późno, dzieciaki nam padły na twarz, nie było jak podskoczyć. Może kiedy indziej jeszcze się nam uda :)
Zwiedzanie zakończyliśmy popołudniu i już około 14-tej zebraliśmy się do domu, po drodze zahaczając o McDonalda (cóż... niezdrowo, ale się najedliśmy).

Dzień piąty.
Gorąco... Gorąco... Gorąco!!!! Dobra, skoro gorąco, jedziemy nad morze. Obiadek i wio! Raptem 1,5 godziny drogi i jesteśmy! Morze!!! A raczej zaczątki oceanu, końcówka kanału La Manche. Jest! czekaj, Czekaj, gdzie jest to morze? Yhm, odpłynęło... znaczy odpływ był. Dzięki czemu plaża miała drobne 400-500 metrów... Kupa miejsca do leżenia.... Ale nie da się ukryć - powietrze boskie, wiatr od wody, lekki chłodek, cud miód i orzeszki - czego chcieć więcej? Poza wodą nieco bliżej, oczywiście, ale nie bądźmy zachłanni. Wielorybek, czyli mła, ułożył swe ciało na kocyku i było mu dobrze. W domu okazało się, że ten wiaterek, i ten chłodek, i to słoneczko, mimo, że mocno popołudniowe, lekko opaliło nam to, co wystawiliśmy na ich działanie. Nosa sobie wielorybek nie posmarował i ma rumiany obecnie :) Dzień zakończył się pysznymi lodami.

Dzień szósty.
Przyszła kolej na Paryż. Paris, Paris... Wybraliśmy ten dzień, ponieważ w niedzielę można wszędzie parkować i nie ma za to opłat. Dodatkowo, miejscowi zwykle uciekają z miasta, więc liczyliśmy na mniejsze tłumy. Plan działania i wycieczki był, wszystko wydrukowane, nawigacja nastawiona, plecaki spakowane - lecimy! Jedziemy znaczy. Coś o Francji - charakteryzuje się zupełnie inną architekturą, niż nasza, swojska. Wszystko jest uporządkowane, domki wyglądają wręcz malowniczo, swojsko, każdy wyposażony w okiennice i obsadzony kwiatami (wyglądało mi to na pelargonie).
Na Paryż plan był następujący - parking przy Polach Elizejskich, przejście pod Łuk Triumfalny, potem pod Wieżę, powrót po auto, przejazd w okolice Luwru i katedry Notre Dame. Na miejscu okazało się, że jest jeden drobny problem. Taki tyci-tyci. Poza 37 stopniami na termometrze. Nie można nigdzie dojechać, tłumy ludzi i cała masa policjantów obstawiających wjazdy. Gdzieś i jakoś zaparkowaliśmy i przyszło natchnienie. Jest zakończenie wyścigu Tour de France. No nic, plan się zmodyfikuje. Poszliśmy kawałek Polami, doszliśmy pod wieżę, nawet na nią wjechaliśmy. Pokąpaliśmy się w fontannach, przeszliśmy przez Pola Marsowe do kolejnej fontanny, potem spacer powrotny. I tyle. Było niesamowicie gorąco, za gorąco, na dalsze chodzenie. Temperatura sięgała 37 stopni. Owszem, zobaczyliśmy co nieco, uliczki, kamienice, itp. Jednak czuję spory niedosyt. Jednak nie było szans na więcej w tym dniu. Po prostu się nie dało... dokończymy innym razem. A poniżej kilka fotek:
Zdjęcie Zdjęcie
Zdjęcie Zdjęcie 
Zdjęcie Zdjęcie 
Zdjęcie Zdjęcie Zdjęcie