
środa, 9 stycznia 2013
wenus i mars
Dzieś mi wczoraj mignęło coś o męskich rajstopach... Nie miałam czasu ani ochoty się w temat zagłębiać, jednakowoż tak sobie myślę - no mamy równouprawnienie, to czemu by panowie nie mieli nosić rajstop, jeśli chcą? Tyle się mówi o równości płci, to proszę! Kobiety na traktory, panowie w rajtki! Pomijając względy estetyczne (sorry ja ciebie, ale gdyby mój mąż stanął przede mną w rajstopach, to z gorącej nocy byłyby nici - na długo), to czy aby nie zaczynamy deczko z tym wyrównywaniem różnic przesadzać? Ponoć nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. Bo rozumiem równouprawnienie w sensie prawa do głosowania, prawa do wykonywania zawodu, równej płacy, itp. Ale jak czasami słyszę "wynurzenia" pani Szczuki, to mnie się włos na głowie jeży. Rozumiem, że był czas, kiedy to feministki na prawdę musiały walczyć o nasze prawa, o zrównanie płci. Tylko czy na pewno powinniśmy się tak zrównywać we wszystkim? Przecież te różnice między nami, ta ciągła wojna damsko-męska, te podchody, one tylko dodają życiu smaczku. Jeśli ktoś chce inaczej, to wolna wola. Ja tam wolę pozostać kobietą. Lubię różnorodność. I może zabrzmi to jak wyjęte z epoki kamienia łupanego, ale dla mnie facet powinien być męski. Podoba mi się, że panowie ostatnimi czasy zaczęli bardziej dbać o siebie, przywiązywać uwagę do wyglądu, stroju. Lubię modnych mężczyzn. Modnych, ale nadal męskich. I nie chodzi mi o rajtki (facet w rajtkach, choćby i był Bondem traci jakąkolwiek męskość w moich oczach). Nie chciałabym, aby mój facet spędzał więcej czasu w łazience ode mnie, dłużej układał włosy, więcej wydawał na fryzjera, albo - nie daj bosszzeee - się malował. W tej kwestii to ja cholernie staromodna jestem. I działa to w drugą stronę również. Kobieta nie powinna się na siłę upodabniać do faceta - powinnyśmy o siebie dbać, troszkę się dla tych panów stroić, podobać się im. Lubię się czasem wystroić, podmalować, tak, żeby na mężowskim wywrzeć mocniejsze wrażenie ;) Lubię się różnić. Moja wodzona próżność również powoduje, że lubię się podobać. I nie przeszkadza mi mój własny podział obowiązków, że ja się zajmuję prowadzeniem i organizowaniem domu, a mąż stroną finansową i fizyczną (śmieci, zmywanie, odkurzanie). W równouprawnieniu moim zdaniem chodzi bowiem o to, by ten podział następował za obopólną zgodą i za porozumieniem stron, a nie był odgórnie narzucany, bo tak ma być, bo tak zawsze było. Nie da się tak świata zorganizować, że kobiety i mężczyźni we wszystkim będą równi i jednakowi - taki świat byłby cholernie nudny i beznadziejny. Nie próbujmy się do siebie wzajemnie na siłę upodabniać, a wy panowie - błagam! nie noście rajstop!

źródło: http://kobieta.gazeta.pl/kobieta/1,107881,13132400,Faceci_w_rajstopach___hit_czy_kit_.html

poniedziałek, 7 stycznia 2013
bez wpływu na wydarzenia
Chorowanie ma swoje plusy i minusy. Plusy to głównie możliwość posiedzenia w domku (czyt. nie idziemy do pracy), pouprawiania lenistwa (przynajmniej do pewnego stopnia), troska rodziny, i takie tam. Dla mnie minusem podstawowym jest niemożność ruszenia się z domu i na przykład zrobienia zakupów. Po prostu ogarnia mnie rozpacz, gdy mam coś przygotować, a nie mam wpływu na wybór składników, bo albo ich nie mam, albo muszę korzystać z tego, co zostało mi dostarczone. Bo nie mogę ich sobie sama dobrać. Muszę czekać, aż mężowski wróci z pracy, coś zje (no właśnie - coś, coś co się uchowało i znalazło w lodówce) i znajdzie czas, żeby skoczyć na zakupy. Siedząc w domu co rusz odkrywam braki w wyposażeniu i spisuję je na kartce. Nauczona doświadczeniem piszę bardzo precyzyjnie, czego potrzebuję oraz z którego sklepu, z podaniem dokładnych ilości i wartości. A i tak zawsze coś pominę. I tu się zaczynają schody. Po pierwsze - muszę się wbić pomiędzy mecz plusligi, biegającą Kowalczyk i skaczącego Stocha. Mąż leci na zakupy na zapalenie płuc, byle zdążyć na któreś z powyższych. Więc jeśli czas mu się kończy, to bierze to, co uzna za najważniejsze. Niekoniecznie również w ilościach, jakie zapisałam na kartce. Po drugie - jeśli nie podam precyzyjne, co i ile chcę - napotykam problemy i pytania z rodzaju "to ile konkretnie?". Jak podam precyzyjnie - to ryzykuję, że nie dostanę nic, bo tego, co podałam akurat nie było. I tu pojawia się bezsilność.... Bo niestety, ale mój mąż nie potrafi zrobić zakupów, gdyż w naszym domu gotuję ja i to ja, a nie on korzysta z zapasów kuchennych. O co zresztą nie mam do niego pretensji - żeby nie było. Gdy idę do sklepu po polędwicę i widzę, że jej nie ma - kupuję na przykład szynkę. Ale wracam z czymś, z jakimś mięsem na obiad. Jak nie ma marmolady różanej, to biorę z półki powidło śliwkowe lub wieloowocowe. Ale wracam z powidłem. Nie znoszę się czuć bezsilna, nie mieć wpływu, być stawiana przed faktem dokonanym. To są minusy chorowania, połączonego z zakazem wychodzenia z domu. Nie mam wpływu na wiele rzeczy, tylko siedzę i czekam. Chyba nie umiałabym być rasową kurą domową.
środa, 2 stycznia 2013
dzie ta wiosna? dzie?
Wiem, wiem, jeszcze się zima dobrze nie zaczęła, a ja już wiosny szukam. Ale mnie nie o samą wiosnę, ale normalną temperaturę chodzi. Co się kryje pod tym pojęciem? "Normalna temperatura" oznacza, że jest tak, jak być powinno, czyli mamy zimę, więc jest zimno. Na chodnikach leży śnieg, termometr wskazuje coś w przedziale -5 do -15. I taka sytuacja trwa. Nie dzień, nie dwa, ale tygodniami. I jest normalnie. A nie - raz +10, zaraz -5, potem +5 i za parę dni -8. W duu.... się niech pocałuje taka aura. A czemu się tak na nią wściekam? Bo do jasnej pelargonii, od 22 grudnia siedzimy na tyłkach w domu i tylko młoda i młody wygrzebali się z katarów i kaszlów. Matka się zaś zagrzebała na amen i kóńca nie widać, niczym w teleturnieju Szymona Majewskiego. Znaczy koniec był - we czwartek. Było pięknie, zdrowo i jak trzeba. Ale w piątek dnia następnego się popsułam i sylwestra spędziłam na cholernie fajnej imprezie, z paczką chusteczek w garści i maścią z propolisem w drugiej (bo nos mam obtarty do żywego niemal :( ). I dzisiaj mogłam się naocznie przekonać, czy to co piszą w gazetach o grypie jest prawdą - jest, ludzi chętnych do pooglądania był cały dziki tłum. Tak więc apeluję od tych od pogody, aby coś wreszcie między sobą ustalili i się zdecydowali - albo ciepło, albo zimno. Bo sinusoida ludziom nie służy. Sie bendom bawić - raz tak, raz śmak. Jednego dnia przemoczysz buty na chodniku, następnego zęby wybijesz przekraczając szerokość chodnika, aby się dostać na mniej śliską trawę. A potem znowu powódź. Wsadźcie sobie takie skoki tam, gdzie słońce rzadziej dociera.
A teraz optymistyczna część (jak już się wyżaliłam, to mogę na wesoło pisać). Spędziłam rewelacyjnego sylwestra. Wybawiłam się po pachy. Ośmiałam, wyśmiałam, wychachałam, wyrechotałam - po pachy. Napić też się napiłam, a co - usiłowałam się zdezynfekować ;P Ale wszystko pięknie, ładnie i kulturalnie, że coś takiego jak "kac" nie zapukało do naszych drzwi. Zabawę skończyłam ok. 4.30.... Także wczorajszy dzień minął na szwędaniu się z jednego legowiska na drugie ;) Rok 2013 uważam oficjalnie za rozpoczęty!
A teraz optymistyczna część (jak już się wyżaliłam, to mogę na wesoło pisać). Spędziłam rewelacyjnego sylwestra. Wybawiłam się po pachy. Ośmiałam, wyśmiałam, wychachałam, wyrechotałam - po pachy. Napić też się napiłam, a co - usiłowałam się zdezynfekować ;P Ale wszystko pięknie, ładnie i kulturalnie, że coś takiego jak "kac" nie zapukało do naszych drzwi. Zabawę skończyłam ok. 4.30.... Także wczorajszy dzień minął na szwędaniu się z jednego legowiska na drugie ;) Rok 2013 uważam oficjalnie za rozpoczęty!
poniedziałek, 31 grudnia 2012
Podsumowań nadszedł czas...
2012 był dla mnie niezły :) Co dobrego? Spotkałam fajnych ludzi, przekonałam się, że na tych, co wydawało mi się, że mogę liczyć - mogłam, dzieciaki rosną i mają się dobrze, zdrowie nam w sumie dopisuje - bywało gorzej, więc teraz jest na prawdę nieźle, w porównaniu do 2010 i 2011. W pracy też całkiem całkiem - odnoszę swoje małe sukcesy, wychodząc na prostą :) Czego sobie życzyć na nowy, nadchodzący 2013? Tego samego - wytrwałości, determinacji i zdrowia oraz samozaparcia - rzeczy, które są dla mnie ważne.
A moje postanowienia? Te z 2012 w sumie wypełniłam. Na ten rok - postanawiam oficjalnie - nadal ćwiczyć, wyjechać w Tatry oraz wykorzystać gwiazdkowy prezent i spędzić super fajny urlop z rodziną :) Nie lubię postanowień "od czapy" - staram sobie stawiać tylko takie, które wiem, że mam szansę wypełnić, bo inaczej miałabym poważne wyrzuty sumienia.
Wam - życzę tego, czego sami sobie życzycie - spełnienia Waszych marzeń, postanowień, pragnień. Niech każdy sobie wypełni poniższe miejsce swoimi własnymi życzeniami dla siebie, a ja niniejszym potwierdzam, iż życzę sobie, żeby się spełniło :)
A moje postanowienia? Te z 2012 w sumie wypełniłam. Na ten rok - postanawiam oficjalnie - nadal ćwiczyć, wyjechać w Tatry oraz wykorzystać gwiazdkowy prezent i spędzić super fajny urlop z rodziną :) Nie lubię postanowień "od czapy" - staram sobie stawiać tylko takie, które wiem, że mam szansę wypełnić, bo inaczej miałabym poważne wyrzuty sumienia.
Wam - życzę tego, czego sami sobie życzycie - spełnienia Waszych marzeń, postanowień, pragnień. Niech każdy sobie wypełni poniższe miejsce swoimi własnymi życzeniami dla siebie, a ja niniejszym potwierdzam, iż życzę sobie, żeby się spełniło :)
.............................................................................................................................................
i
Szampańskiej Zabawy!
piątek, 21 grudnia 2012
wszystko grało, aż się zesrało...
Przepraszam za tak niesmaczny i mało delikatny wstęp, jednakowoż mam pewne powody. Osobom starszym ode mnie, takim w okolicach wieku mojej mamy nie radzę czytać dalej, gdyż będę wykazywała się brakiem szacunku wobec niej.
Otóż więc... Rodzicielka moja jest po ciężkiej chorobie. Wiele lat temu wygrała z rakiem, jednak została jej po nim pewna "pamiątka". Gdzieś jakoś złapała bakterię, coś mi się o uszy obiło że gronkowca (mogę się mylić, gdyż to nie o biologiczne aspekty chodzi), która w okresach osłabienia, zmęczenia, czasami dużego stresu, gdy rękę zaziębi, gdy się w nią skaleczy, sieje małe spustoszenie, wywołując infekcję zwaną różą. Generalnie leczy się to w szpitalu, na oddziale zakaźnym. Moja mama powinna więc dbać o siebie jak mało kto i chuchać, i dmuchać, i obchodzić się ze sobą jak ze śmierdzącym jajkiem. Tak robi istota ludzka rozumna, homo sapiens. A ona nie sapiensuje. Bynajmniej. Stawiam taką tezę, że jej z wiekiem i doświadczeniem rozumu ubywa, co śmiałam jej we wtorek i środę wytknąć, mówiąc jej wprost "stara, a głupia" (mówiłam, że będzie brak szacunku). Bowiem moja mamusia się zaciapała. Zachorowało się jej koło soboty na tzw. przeziębienie. Mimo specyfików reklamowanych, owo przeziębienie postępowało. "Idź do lekarza" odbijało się jak od ściany. We środę straciła głos i szeptem oznajmiła mi dwie rzeczy. Pierwszą - że jest jej lepiej (lepiej nie mówić - moja odpowiedź) oraz że wyszła wcześniej z pracy. Na co ja, że super, pewnie poszła do lekarza, bo to się bez antybiotyku nie obejdzie. Nie - ona poszła do....
FRYZJERA!!!! Żeby poprawić fryzurkę (dupulkę fryzurkę - moja niegrzeczna odpowiedź), po czym nastąpiło owo zdanie o braku rozumu. Na efekty nie trzeba było czekać - dzisiaj wyszła róża. Matka leży padnięta całkowicie, a ja zostałam z niemieckojęzyczną dziewczyno-narzeczoną brata i wigilią. W tle było równie ciekawie, bo wczoraj zemdlała moja babcia lądując w szpitalu (coś z sercem) - to była stresująca wiadomość dla mojej mamy, spadła z krzesła, nabiła wielkiego guza i przestraszyła pół rodziny (jutro wychodzi, bo wszystko super gra i babcia w wyśmienitym humorze i stanie zdrowia), a ja szczekam od 20 do zaśnięcia i potem od 5 do 6 rano.... bo też jestem podziębiona, a nie mam kiedy się położyć. Tak więc debiutuję - pierwsza moja własna wigilia, kiedy to w sumie wszystko przygotowuję. Pierwszy raz upiekę pewne placki, ugotuję pewne dania, a jak matki dojdzie do siebie, to ją jeszcze raz ochrzanię! Bo jakby poszła do lekarza wtedy, kiedy ją o to prosiłam, to dzisiaj nie walczyłaby z poważną chorobą. I tak dobrze, że nie leży w szpitalu, bo tam by ją tydzień trzymali. Mamy znajomą lekarkę, jej onkologa, która wypisała jej odpowiednie leki do zażywania w domu. Lekarka z powołania i chwała jej za to! Nic, idę już dzisiaj spać, a jutro od rana robota wrze. Postaram się jeszcze wpaść i złożyć Wam życzenia :) Buźka!
P.S. skopiowałam pomysł od Ewy :) i to są efekty :)
Otóż więc... Rodzicielka moja jest po ciężkiej chorobie. Wiele lat temu wygrała z rakiem, jednak została jej po nim pewna "pamiątka". Gdzieś jakoś złapała bakterię, coś mi się o uszy obiło że gronkowca (mogę się mylić, gdyż to nie o biologiczne aspekty chodzi), która w okresach osłabienia, zmęczenia, czasami dużego stresu, gdy rękę zaziębi, gdy się w nią skaleczy, sieje małe spustoszenie, wywołując infekcję zwaną różą. Generalnie leczy się to w szpitalu, na oddziale zakaźnym. Moja mama powinna więc dbać o siebie jak mało kto i chuchać, i dmuchać, i obchodzić się ze sobą jak ze śmierdzącym jajkiem. Tak robi istota ludzka rozumna, homo sapiens. A ona nie sapiensuje. Bynajmniej. Stawiam taką tezę, że jej z wiekiem i doświadczeniem rozumu ubywa, co śmiałam jej we wtorek i środę wytknąć, mówiąc jej wprost "stara, a głupia" (mówiłam, że będzie brak szacunku). Bowiem moja mamusia się zaciapała. Zachorowało się jej koło soboty na tzw. przeziębienie. Mimo specyfików reklamowanych, owo przeziębienie postępowało. "Idź do lekarza" odbijało się jak od ściany. We środę straciła głos i szeptem oznajmiła mi dwie rzeczy. Pierwszą - że jest jej lepiej (lepiej nie mówić - moja odpowiedź) oraz że wyszła wcześniej z pracy. Na co ja, że super, pewnie poszła do lekarza, bo to się bez antybiotyku nie obejdzie. Nie - ona poszła do....
FRYZJERA!!!! Żeby poprawić fryzurkę (dupulkę fryzurkę - moja niegrzeczna odpowiedź), po czym nastąpiło owo zdanie o braku rozumu. Na efekty nie trzeba było czekać - dzisiaj wyszła róża. Matka leży padnięta całkowicie, a ja zostałam z niemieckojęzyczną dziewczyno-narzeczoną brata i wigilią. W tle było równie ciekawie, bo wczoraj zemdlała moja babcia lądując w szpitalu (coś z sercem) - to była stresująca wiadomość dla mojej mamy, spadła z krzesła, nabiła wielkiego guza i przestraszyła pół rodziny (jutro wychodzi, bo wszystko super gra i babcia w wyśmienitym humorze i stanie zdrowia), a ja szczekam od 20 do zaśnięcia i potem od 5 do 6 rano.... bo też jestem podziębiona, a nie mam kiedy się położyć. Tak więc debiutuję - pierwsza moja własna wigilia, kiedy to w sumie wszystko przygotowuję. Pierwszy raz upiekę pewne placki, ugotuję pewne dania, a jak matki dojdzie do siebie, to ją jeszcze raz ochrzanię! Bo jakby poszła do lekarza wtedy, kiedy ją o to prosiłam, to dzisiaj nie walczyłaby z poważną chorobą. I tak dobrze, że nie leży w szpitalu, bo tam by ją tydzień trzymali. Mamy znajomą lekarkę, jej onkologa, która wypisała jej odpowiednie leki do zażywania w domu. Lekarka z powołania i chwała jej za to! Nic, idę już dzisiaj spać, a jutro od rana robota wrze. Postaram się jeszcze wpaść i złożyć Wam życzenia :) Buźka!
P.S. skopiowałam pomysł od Ewy :) i to są efekty :)
czwartek, 20 grudnia 2012
stetryczałam chyba
Ostatnio robię się zgryźliwa. Nie wiem, czy to starość, czy nadchodzące święta, czy też wredny charakter ze mnie podwójnie wyłazi. Dostrzegam coraz więcej głupich zachowań wśród ludzi, głupich wad, niepotrzebnego "podniecania" się tematem nie wartym większej uwagi, stawiania siebie jako "nie wiadomo jaki ze mnie cud" i prychania na niegodne spojrzenia i słowa towarzystwo. I wkurza mnie to. Mam ochotę raz czy drugi takiemu osobnikowi odpowiedzieć, bo zdzierżyć nie mogę. Potem jednak sama sobie tłumaczę, że nie ma co się wdawać w dyskusję, bo on/ona i tak nie pojmie w czym rzecz. Dalej będzie się perzyć, furczeć, burczeć i za chiny ludowe racji nie przyzna, a zdania nie zmieni. Siadam więc sobie cicho i spokojnie i włączam "tumiwisizm". I staram się, aby spływało to mnie jak woda po kaczce. Staram się, ale nie zawsze mi to wychodzi. I tym sposobem siedzę od paru dni w robocie lekko nabzdyczona, a inni pewnie myślą sobie o mnie "obrażona księżniczka". Ale wiecie co? Guzik mnie to obchodzi. Jakby tak spojrzeli na siebie z boku, tak jak ja na innych teraz patrzę, to by pewnie zdanie zmienili. Lubię być takim obserwatorem. Lubię popatrzeć, poanalizować, rozłożyć na czynniki pierwsze i spojrzeć na coś z boku. Jednak czasami sama się niepotrzebnie w te obserwacje angażuję. Chcę poprawić dostrzeżony błąd. Niepotrzebnie. Lepiej się wyłączyć i wrócić na krzesełko obserwatora - dzięki temu czasami jest wesoło, bo ludzie w sumie są zabawni :) ale to dalszy etap - na razie przechodzę przez fazę "matko jedyna, nie odzywaj się już, bo cię chlasnę", czyli lekkiej irytacji :P
pierwsz raz....
...u dentysty.
Tak się porobiło, że mojemu młodemu dziecku popsuły się zęby. Normalnie, pewnie bym nie leczyła mleczaków, ale że dziecię ma lat 3, a zęby mają mu posłużyć jeszcze ze 3 lata, no i żeby się próchnica po całej jamie ustnej nie roznosiła - mus naprawić. Zapisaliśmy się do wery specjalistycznej kliniki przed duże "Ka". Przemiła pani umówiła nas na konsultację z panią doktor. Przybyliśmy więc do owego przybytku, pełni swojego rodzaju onieśmielenia. Owo onieśmielenie się spotęgowało, gdy zostaliśmy zaproszeni do poczekalni, w której leciały bajki, stały zabawki, zamek z pleksy ze zjeżdżalnią, pokój z play station (jakaś gra lego). Zaraz potem wyszła do nas pani doktor - osobiście!!! Podała rękę, przywitała się z Kubą, przedstawiła się i zaprosiła do gabinetu. W gabinecie pani doktor wyjaśniła nam na czym będzie polegało leczenie, obejrzała ząbki - potwierdziła - obie jedynki na styku się psują. Z uwagi na młody wiek oraz nieprzewidywalność, zaproponowała nam leczenie pod wpływem magicznego syropku, który sprawia, że dziecko się rozluźnia, jest lekko ogłupiałe, nie wyrywa się aż tak bardzo, bo nie ma siły, a co najważniejsze - nie pamięta wizyty, więc nie ma złych skojarzeń. Taki "głupi jaś". Myślę - w to mi graj - idziemy na to! Zostaliśmy poinformowani o wymaganiach, typu niejedzenie i niepicie na kilka godzin wcześniej, itp. Osszywiście, jak to w poważnych klinikach, konsultacja gratis, na rachunek przyjdzie czas potem. Pozbieraliśmy więc kasę i umówili wizytę. Przyszliśmy na podany termin i godzinę. Znowu pani po nas wyszła, witanie i te sprawy, do gabinetu, w gabinecie instrukcja, syropek i do poczekalni. Tam czekać, aż syrop dziecinkę ogłupi, a pani po nas przyjdzie za 20 minut. Aaa, no i najważniejsze - mamy uważać, bo będzie się zataczał, potykał, chwiał - żeby sobie głowy nie rozbił. Koleżanka, która mi Klinikę (tak, duże Ka) polecała, też ostrzegała, że dzieciak bełkocze, łazi jak pijany, itp. No to luz - łazimy za gościem krok w krok, pilnujemy. 10 minut, 15, 20... przy chodzi pani doktor. "I ja Kuba?" A kuba: "Pani, pani, popatrz, tu jest gla! i tu jest ciufcia!" (w telewizorze). Mina pani doktor - bezcenna. Stwierdziła, że czasami działa dłużej, trzeba zaczekać, przyjdzie za 10 minut. Po upływie czasu - to samo. Dzieciak lata jak króliczek z wiecie jakiej reklamy baterii. Pani doktor nie wierząc w sukces operacji, mówi, że chyba dzisiaj nie zrobimy, no ale może spróbujmy, najwyżej odpuści. Cóż się okazało? Młody sobie zażyczył na komputerze filmik pokazujący nasze polskie pociągi na torach (pani wybrała jakiś długi, na 30 minut) i przystąpiła do pracy. Zrobiła mu oba zęby, szybko i sprawnie, bez znieczulenia, z niedziałającym prawidłowo magicznym syropkiem. Z wrażenia policzyła nam mniej - po pół plomby, a nie po całej, jak zapowiadała, na znieczuleniu też oszczędziliśmy, a jeszcze do kompletu, za grzeczne sprawowanie zęby zostały polakierowane. Matka oszczędziła w tym dniu ok. 150 zł :D A młody? Oczywiście pamięta całą wizytę, co pani robiła, co oglądał, co pani mówiła, co dostał, itp. Syropek na niego nieco podziałał, ale tylko troszkę. Kojarzycie ten stan upojenia alkoholowego, kiedy nie ma rzeczy niemożliwych? On był w takim stanie.
- kuba - nie kop szafki!
- cicho, mama, ne opowfiadaj...heheheh
lub
- kuba, idziemy się myć
- tata, nie gadaj jus, ja sje bawie, heheheh
Taki mały bezczelny smarkacz :) Tego wieczora, ani prośbą, ani groźbą - wszystko co się do niego mówiło, było wyśmiane takim szatańskim "heheh" i ignorowane... Nie ma to jak "magiczny syropek" :)
Tak się porobiło, że mojemu młodemu dziecku popsuły się zęby. Normalnie, pewnie bym nie leczyła mleczaków, ale że dziecię ma lat 3, a zęby mają mu posłużyć jeszcze ze 3 lata, no i żeby się próchnica po całej jamie ustnej nie roznosiła - mus naprawić. Zapisaliśmy się do wery specjalistycznej kliniki przed duże "Ka". Przemiła pani umówiła nas na konsultację z panią doktor. Przybyliśmy więc do owego przybytku, pełni swojego rodzaju onieśmielenia. Owo onieśmielenie się spotęgowało, gdy zostaliśmy zaproszeni do poczekalni, w której leciały bajki, stały zabawki, zamek z pleksy ze zjeżdżalnią, pokój z play station (jakaś gra lego). Zaraz potem wyszła do nas pani doktor - osobiście!!! Podała rękę, przywitała się z Kubą, przedstawiła się i zaprosiła do gabinetu. W gabinecie pani doktor wyjaśniła nam na czym będzie polegało leczenie, obejrzała ząbki - potwierdziła - obie jedynki na styku się psują. Z uwagi na młody wiek oraz nieprzewidywalność, zaproponowała nam leczenie pod wpływem magicznego syropku, który sprawia, że dziecko się rozluźnia, jest lekko ogłupiałe, nie wyrywa się aż tak bardzo, bo nie ma siły, a co najważniejsze - nie pamięta wizyty, więc nie ma złych skojarzeń. Taki "głupi jaś". Myślę - w to mi graj - idziemy na to! Zostaliśmy poinformowani o wymaganiach, typu niejedzenie i niepicie na kilka godzin wcześniej, itp. Osszywiście, jak to w poważnych klinikach, konsultacja gratis, na rachunek przyjdzie czas potem. Pozbieraliśmy więc kasę i umówili wizytę. Przyszliśmy na podany termin i godzinę. Znowu pani po nas wyszła, witanie i te sprawy, do gabinetu, w gabinecie instrukcja, syropek i do poczekalni. Tam czekać, aż syrop dziecinkę ogłupi, a pani po nas przyjdzie za 20 minut. Aaa, no i najważniejsze - mamy uważać, bo będzie się zataczał, potykał, chwiał - żeby sobie głowy nie rozbił. Koleżanka, która mi Klinikę (tak, duże Ka) polecała, też ostrzegała, że dzieciak bełkocze, łazi jak pijany, itp. No to luz - łazimy za gościem krok w krok, pilnujemy. 10 minut, 15, 20... przy chodzi pani doktor. "I ja Kuba?" A kuba: "Pani, pani, popatrz, tu jest gla! i tu jest ciufcia!" (w telewizorze). Mina pani doktor - bezcenna. Stwierdziła, że czasami działa dłużej, trzeba zaczekać, przyjdzie za 10 minut. Po upływie czasu - to samo. Dzieciak lata jak króliczek z wiecie jakiej reklamy baterii. Pani doktor nie wierząc w sukces operacji, mówi, że chyba dzisiaj nie zrobimy, no ale może spróbujmy, najwyżej odpuści. Cóż się okazało? Młody sobie zażyczył na komputerze filmik pokazujący nasze polskie pociągi na torach (pani wybrała jakiś długi, na 30 minut) i przystąpiła do pracy. Zrobiła mu oba zęby, szybko i sprawnie, bez znieczulenia, z niedziałającym prawidłowo magicznym syropkiem. Z wrażenia policzyła nam mniej - po pół plomby, a nie po całej, jak zapowiadała, na znieczuleniu też oszczędziliśmy, a jeszcze do kompletu, za grzeczne sprawowanie zęby zostały polakierowane. Matka oszczędziła w tym dniu ok. 150 zł :D A młody? Oczywiście pamięta całą wizytę, co pani robiła, co oglądał, co pani mówiła, co dostał, itp. Syropek na niego nieco podziałał, ale tylko troszkę. Kojarzycie ten stan upojenia alkoholowego, kiedy nie ma rzeczy niemożliwych? On był w takim stanie.
- kuba - nie kop szafki!
- cicho, mama, ne opowfiadaj...heheheh
lub
- kuba, idziemy się myć
- tata, nie gadaj jus, ja sje bawie, heheheh
Taki mały bezczelny smarkacz :) Tego wieczora, ani prośbą, ani groźbą - wszystko co się do niego mówiło, było wyśmiane takim szatańskim "heheh" i ignorowane... Nie ma to jak "magiczny syropek" :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
