poniedziałek, 30 września 2013
Jak wrócę...
... to będę. Nie wcześniej. Nie później. Podczytuję, ale nie zawsze regularnie i rzadko komentuję. Uprasza się o wybaczenie.
poniedziałek, 23 września 2013
Jak się polepszy, to się popieprzy?
O i tak. We czwartek poszłam do pracy, niemal w skowronkach. Zła na męża, z uczuciem pewnej ulgi, że dzisiaj w ciągu dnia wyjeżdża i zobaczymy się dopiero w sobotę wieczorem. Tjaaaa... jak to sobie człowiek czasem wykracze....
W czwartek popołudniu zrobiło mi się zimno. I na nic się zdały 2 bluzki (golf i jeszcze jedna sztuka) oraz sweter. Nawet dogrzewająca farelka nie pomagała - nie mogłam się zagrzać i już. Wracałam z pracy z uczuciem zimna i wyciętej połowy mózgu - taka trochę głupia po prostu. Chciałam zjeść makaron ze szpinakiem i kupiłam - szpinak. Poza tym nie miałam pomidorów, sera feta i tylko resztkę makaronu. Tjaa..
Wieczorem zadzwoniłam do szefowej, że istnieje możliwość, że w piątek nie stawię się w pracy, bo chyba mnie coś łapie.
Piątek - koszmar. Mało mi pół twarzy nie odpadło, ciśnienie zmieniało się przy ruszaniu głową - wcale nie musiałam się schylaćg, gardło nasuwało jak wściekłe. Do lekarza idziemy, bo młody smarka na potęgę i trwa to już za długo (niemal 2 tygodnie). Młodego w wózku pchała córka, bo ja nie dawałam rady. Oddychać mogłam ledwo co. Diagnoza - wirus osiadł w gardle i zaatakował mi zatoki. Prochy mam na 14 dni od razu. Błogosławiony niech będzie ibuprom z dodatkiem pseudoefedryny. W sobotę przewegetowałam. Dzieci robiły co chciały, pierdzielnik był w domu niesamowity, możecie sobie wyobrazić. Na kolację, jakbym mogła, to bym im herbatniki dała :)
W niedzielę jako tako stanęłam na nogi i zaczęłam funkcjonować.
Ech.. cholerna jesień i jej skoki temperaturowe, deszcze, mżawki i wilgoć.
I nie będę się już cieszyć, że mąż sobie wyjeżdża precz, obiecuję. Nawet mimo złości, ucieszyłam się na jego widok jak dziecko. W niedzielę miałam podane śniadanko niemal do łóżka :)
W czwartek popołudniu zrobiło mi się zimno. I na nic się zdały 2 bluzki (golf i jeszcze jedna sztuka) oraz sweter. Nawet dogrzewająca farelka nie pomagała - nie mogłam się zagrzać i już. Wracałam z pracy z uczuciem zimna i wyciętej połowy mózgu - taka trochę głupia po prostu. Chciałam zjeść makaron ze szpinakiem i kupiłam - szpinak. Poza tym nie miałam pomidorów, sera feta i tylko resztkę makaronu. Tjaa..
Wieczorem zadzwoniłam do szefowej, że istnieje możliwość, że w piątek nie stawię się w pracy, bo chyba mnie coś łapie.
Piątek - koszmar. Mało mi pół twarzy nie odpadło, ciśnienie zmieniało się przy ruszaniu głową - wcale nie musiałam się schylaćg, gardło nasuwało jak wściekłe. Do lekarza idziemy, bo młody smarka na potęgę i trwa to już za długo (niemal 2 tygodnie). Młodego w wózku pchała córka, bo ja nie dawałam rady. Oddychać mogłam ledwo co. Diagnoza - wirus osiadł w gardle i zaatakował mi zatoki. Prochy mam na 14 dni od razu. Błogosławiony niech będzie ibuprom z dodatkiem pseudoefedryny. W sobotę przewegetowałam. Dzieci robiły co chciały, pierdzielnik był w domu niesamowity, możecie sobie wyobrazić. Na kolację, jakbym mogła, to bym im herbatniki dała :)
W niedzielę jako tako stanęłam na nogi i zaczęłam funkcjonować.
Ech.. cholerna jesień i jej skoki temperaturowe, deszcze, mżawki i wilgoć.
I nie będę się już cieszyć, że mąż sobie wyjeżdża precz, obiecuję. Nawet mimo złości, ucieszyłam się na jego widok jak dziecko. W niedzielę miałam podane śniadanko niemal do łóżka :)
wtorek, 17 września 2013
kibelkowy savoir-vivre
REGULAMIN
KORZYSTANIA Z TOALETY
1. Po skorzystaniu toaletę zostawiamy po sobie czystą, w szczególności
poprzez:
- dokładne spuszczenie po sobie wody (należy nacisnąć przycisk na
spłuczce DO KOŃCA i wzrokowe upewnienie się że wszystko zostało
spłukane;
- wytarcie po sobie śladów użytkowania, zarówno na desce oraz obrzeżu
muszli, jak i podłodze – o ile takie wystąpią.
2. Zalecane jest aby panowie korzystali z toalety na siedząco, co sprzyja
utrzymaniu higieny i optymalnie miłego zapachu w pomieszczeniu
toalety.
3. Opakowania artykułów higienicznych, jak również zużyte ręczniki papierowe
umieszczamy w kubełku na odpady znajdującym się w rogu pomieszczenia
WC.
4. Na koniec dobrze jest zamknąć za sobą drzwi (na klamkę), albowiem
- jak wiadomo - toaleta znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie
pomieszczeń biurowych, więc niepożądane zapachy toaletowe
powodują dyskomfort pracowników oraz klientów naszej firmy.
Przestrzeganie powyższych zasad pozwoli nam utrzymać podstawową higienę w toalecie, jak również umili
przebywanie w tym przybytku bez traumy gdy zdarzy Ci się odwiedzić go bezpośrednio po poprzednim użytkowniku.Źródło: znalezione w sieci.
Aktualne miejsce: mój biurowy wu-cet. Na przeciwko muszli, na wysokości oczu, do poczytania. Do przemyślenia i zastosowania.
poniedziałek, 16 września 2013
poniosło mnie nieco...
...i nie była to bynajmniej fantazja.
Zaczęło się od robótek zaczętych tydzień temu - chusta dla mnie, a w piątek zaczęłam czapkę dla młodej.
I tak:
Sobota. Moje ukochane dziecko, skarbuś słodki, niuniuś... wstał kuźwa o 6.30!!!!! Wrrrrr. Ja więc wstałam za nim o 7.30, bo jak mi dziecko od 6:30 jęczy o herbatniki, znaczy, że głodne i może matka poda coś pożywniejszego niż ciastka? (tylko, że jej się wstawać to tak jakoś średnio chciało) I tym sposobem dzień wolny zaczął się matce przed godziną 8:00. I okazał się nader pracowity...
Efekt? do 11:00 miałam umyte okna, powycierane kurze, nawet z szafek wysokich (pod sufitowych, tam, gdzie wyciera się rzadko lub jak ma przyjść baba w białych rękawiczkach), wyprane firanki, zmienioną pościel, umytą łazienkę i zrobione pranie codzienne oraz zagniecione ciasto. Obiad dała babcia, więc na tym polu nie musiałam się wysilać.
Potem chwila relaksu - czyli serial Kości (nagranie z tygodnia) i zakończenie chusty i czapki. Efekt? Proszę podziwiać :) do czapki dorabia się mała chusta - jednak muszę dokupić troszkę włóczki, bo mi braknie.
Po południu zawiozłam dziecko na urodziny, a z młodszym poszłam na długi spacer w kierunku domu. Przegoniłam go myślę ze 2-3 km lekką ręką. Po drodze zbieraliśmy kasztany. I tak mi się zeszła sobota. Aaaa, jeszcze wieczorem dokończyłam ciasto, które jakoś dziwnie się rozeszło... w niedzielę ok. 14:00 zostało po nim tylko wspomnienie i parę okruszków...
W niedzielę bumelowałam. Poza machnięciem pysznego rosołu (na życzenie dziecków) i kotlecików devolay (czy jak się to cudo pisze) nie robiłam nic. Tylko nie wiedzieć czemu, miałam nieodpartą ochotę zakneblować i związać moje kochane niuniusie, kwiatuszki słodkie, słoneczka.... Wrrrrrr.... Jak ja mam pms, to one się robią wtedy wyjątkowo uciążliwe i potrafią dowalić.
Zaczęło się od robótek zaczętych tydzień temu - chusta dla mnie, a w piątek zaczęłam czapkę dla młodej.
I tak:
Sobota. Moje ukochane dziecko, skarbuś słodki, niuniuś... wstał kuźwa o 6.30!!!!! Wrrrrr. Ja więc wstałam za nim o 7.30, bo jak mi dziecko od 6:30 jęczy o herbatniki, znaczy, że głodne i może matka poda coś pożywniejszego niż ciastka? (tylko, że jej się wstawać to tak jakoś średnio chciało) I tym sposobem dzień wolny zaczął się matce przed godziną 8:00. I okazał się nader pracowity...
Efekt? do 11:00 miałam umyte okna, powycierane kurze, nawet z szafek wysokich (pod sufitowych, tam, gdzie wyciera się rzadko lub jak ma przyjść baba w białych rękawiczkach), wyprane firanki, zmienioną pościel, umytą łazienkę i zrobione pranie codzienne oraz zagniecione ciasto. Obiad dała babcia, więc na tym polu nie musiałam się wysilać.
Potem chwila relaksu - czyli serial Kości (nagranie z tygodnia) i zakończenie chusty i czapki. Efekt? Proszę podziwiać :) do czapki dorabia się mała chusta - jednak muszę dokupić troszkę włóczki, bo mi braknie.
W niedzielę bumelowałam. Poza machnięciem pysznego rosołu (na życzenie dziecków) i kotlecików devolay (czy jak się to cudo pisze) nie robiłam nic. Tylko nie wiedzieć czemu, miałam nieodpartą ochotę zakneblować i związać moje kochane niuniusie, kwiatuszki słodkie, słoneczka.... Wrrrrrr.... Jak ja mam pms, to one się robią wtedy wyjątkowo uciążliwe i potrafią dowalić.
wtorek, 10 września 2013
odrobina optymizmu wrześniowego
Przełom lata i jesieni to taki ciężki okres dla duszy. Koniec lata, koniec urlopu (dla większości), koniec ciepła, koniec pięknych ciepłych dni - powoli zastępuje to wszystko chłód, więcej deszczu, więcej chmur - i te chmury nawet są jakieś takie inne - deszczowe, ciężkie, jesienne... Wydatków trochę jest, kto ma dzieci w szkole ten wie.... Nic tylko w depresję popadać.
A ja się nie dam. Dzieje się u mnie troszkę, nie chce mi się pisać, bo jakoś mnie niechciej opanował. Nie tylko w tej dziedzinie, żeby nie było. Ale postaram się z nim skończyć. I mam na to sposoby takie:
- zakupy szkolne zamiast w dużym sklepie - robię w pepco - plastelina jest plastelina, Hello Kitty na okładce nie gwarantuje, że dziecko z niej lepiej będzie lepiło! Wniosek - oszczędzam! I powiem Wam - całkiem ładnie oszczędzam :) Ostatnio poszłam do biedronki po chleb, a wróciłam z piórnikiem! Prawie jak moja znajoma, która poszła po chleb, a wróciła z lampka nocną (możliwe, że właśnie to czyta i się uśmiecha).
- aby nie czuć się zaspaną, do pracy będę jeździć rowerem - nic tak nie pobudza jak zajeżdżający drogę kierowca i świeże powietrze. Przy okazji - w kieszeni zostanie mi przynajmniej 60 zł, które wydaję na bilety. A jestem za to bardziej mobilna :D
- w poniedziałki i czwartki zaczynam regularnie chodzić na zajęcia fitness w domu kultury - caaaałe 20 zł na miesiąc - jeszcze mnie stać. Zaniedbałam się w ostatnie 3 tygodnie, tylko rowerem jeździłam. i też nieregularnie. Potrzebuje endorfin - chyba się uzależniłam.
- jak na wrzesień - pogoda jest całkiem niezła. Jutro załamanie, ale.... kochani... mieliśmy w tym roku tyle słońca, że można było wyschnąć na wiór. Poza tym - mam kurtkę przeciwdeszczową (to pod kątem roweru).
- w ramach odnowy w szafie swojej i nie swojej (bo nic tak nie cieszy baby, jak nowa szmatka)- dziergam sobie komplet dla młodej i dla siebie, dla niej szal i czapka, dla mnie szal - chusta. Zamieszczę, żeby się pochwalić, o ile mi wyjdzie, ale co ma nie wyjść (niech se Frytka nie myśli, że tylko ona umi). Będzie takie jak chcę i na pewno nikt takiego mieć nie będzie!
- ponadto do kompletów na szyję zamierzam dorobić sobie sweterek - ostatnio widziałam jeden na dziewczynie, bardzo mi się spodobał, ale nie znalazłam nigdzie takiego na serwisach zakupowych wszelkiej maści. Więc se zrobię. Jak nie spełni oczekiwań - będę go najwyżej w domu nosić ;)
- zorganizuję babskie spotkanie, bo czas najwyższy ku temu, żeby pogadać.
- za miesiąc jadę do stolycy i zamierzam zabrać ze sobą butelkę wina, które degustowałam z siostrą we Francji aż po samo dno butelki (Dreamu - nie pytaj jakie, bo to trochę profanacja wina jest). No i może zostanę tam na cały weekend, o ile jedna Shara będzie chciała się spotkać i znowu czegoś nie wymodzi :P
- chciałabym również rozejrzeć się za nową pracą, ale tu mnie powstrzymuje jakaś wewnętrzna obawa... Wkońcu nie mam 20 lat i taka zmiana jest dla mnie poważnym krokiem. Jednak tutaj powoli przestaje mnie cokolwiek trzymać (poza ludźmi), a w miejsce dawnej frajdy, wchodzi frustracja i nerwy - uważam, że zupełnie niepotrzebnie
- sklejam powoli mój rozbity talerz i maskuję łączenia. Powinno być okej. Zobaczymy. W każdym razie dużo się nauczyłam i stwardniałam (po raz kolejny?) - obym się w jakiegoś pancernika nie zamieniła przypadkiem.
- a w ogóle - jeśli się dzieje, to przynajmniej nie jest nudno, nawet jeśli nie zawsze dzieje się dobrze. Taka kolej rzeczy - jakby tylko było słodko i cudownie, to by człowieka zemdliło.
No. Tak więc - depresjo jesienna - wypieprzaj! Nie ma miejsca dla ciebie u mnie.
piątek, 6 września 2013
no więc...
Niniejszym ogłaszam ten tydzień tygodniem ludzi bezmyślnych, zakręconych i świrów. Ze szczególnym uwzględnieniem poniedziałku. W każdej godzinie tamtego (na szczęście zakończonego!!!!) dnia ktoś usilnie starał się dostarczyć mi dowody na istnienie bezmózgowia, braku wyobraźni lub bycia bałwanem - nad wyraz skutecznie.
Tydzień skażony sobotnim weselem, niedzielnymi poprawinami i małym rodzinnym przyjęciem we wtorek. I nie idzie tu o jakieś strasznie późne godziny powrotu, ale sam fakt "imprezowania" i nadszarpniętych wieczorów.
Tydzień nienormalny, na całe jego szczęście - chylący się ku końcowi.
Tydzień przepełniony niegasnącym odczuciem "cholera, żeby mi się chciało, tak jak mi się nie chce".
Dzień dzisiejszy, piątek, postanowił jednak być nie gorszy od poniedziałku i również zaserwował mi wątpliwe atrakcje. Ech..... Szczęście w nieszczęściu jest takie, że sobotę spędzę sama u mamy i mam wrażenie, że nadgonię z robótką na drutach oraz książką. Będzie błogi spokój... pomijając fakt, że mama jest chora. Jednakowoż nie jest dzieckiem i nie będzie marudzić ;) Taki pacjent jest znośny.
Idę sobie, zanim coś jeszcze "wyskoczy" niczym królik z kapelusza. Mówię Wam - tydzień masakryczny. Mam nadzieję, że weekend się odetnie od pozostałych kolegów z tygodnia.
Tydzień skażony sobotnim weselem, niedzielnymi poprawinami i małym rodzinnym przyjęciem we wtorek. I nie idzie tu o jakieś strasznie późne godziny powrotu, ale sam fakt "imprezowania" i nadszarpniętych wieczorów.
Tydzień nienormalny, na całe jego szczęście - chylący się ku końcowi.
Tydzień przepełniony niegasnącym odczuciem "cholera, żeby mi się chciało, tak jak mi się nie chce".
Dzień dzisiejszy, piątek, postanowił jednak być nie gorszy od poniedziałku i również zaserwował mi wątpliwe atrakcje. Ech..... Szczęście w nieszczęściu jest takie, że sobotę spędzę sama u mamy i mam wrażenie, że nadgonię z robótką na drutach oraz książką. Będzie błogi spokój... pomijając fakt, że mama jest chora. Jednakowoż nie jest dzieckiem i nie będzie marudzić ;) Taki pacjent jest znośny.
Idę sobie, zanim coś jeszcze "wyskoczy" niczym królik z kapelusza. Mówię Wam - tydzień masakryczny. Mam nadzieję, że weekend się odetnie od pozostałych kolegów z tygodnia.
środa, 28 sierpnia 2013
Górskie wyprawy tygrysa z tygrysiątkiem
Post z dedykacją dla Ewy.
Jak co roku, już drugi rok z rzędu (hłe, hłe, młoda ta tradycja jeszcze) wypuściłam się z córką w nasze piękne góry, a konkretnie Tatry, które kocham, uwielbiam, miłuję, muszę tam być i już. Usiłuję swoje umiłowanie przekazać córce i chyba mi się udaje ta sztuka.
Czwartek, 22.08
Wyjazd z domu, przesiadka w Krakowie, szybka wizyta w decathlonie celem odebrania butów dla córki i jedziemy do Zakopanego. W tym dniu nie robiłyśmy już nic, przeszłyśmy się tylko troszkę, coby okolicę poznać i zobaczyć, gdzie co leży (czytaj sklep na przykład, czy jakaś jadłodajnia). Siusiu, paciorek i spać, bo jutro idziemy zdobywać szczyty. Nocleg miałam w okolicy ulicy Kościeliskiej, boczna uliczka, zaraz obok liceum sztuk pięknych, z widokiem na "Giewonda", jak mówiła moja córa, regularnie przekręcając nazwę. Cicho, bardzo spokojnie, czysto i cenowo stosunkowo okej. I blisko do busów, które odjeżdżają również spod dolnych Krupówek (nie musiałyśmy zasuwać na dworzec!).
Piątek, 23.08
Pobudki nie trzeba było robić, jakoś same wstałyśmy około 7-mej i przed 9-tą już jechałyśmy w kierunku Łysej Polany. Cel - Morskie Oko, które córa chciała koniecznie zobaczyć. Początki drogi były jakieś ciężkie, młoda marudziła, stękała, ale szła. Jakoś. Rozkręciła się przy Wodogrzmotach, które jakieś małe się wydawały, po upalnym lecie - zdarzało się, że jednak było tam więcej wody, niż obecnie. Morski Oko, jak zawsze ładne, malownicze, tylko okrutnie zaludnione - można oszaleć. Zjadłyśmy ciepły posiłek, wypiłyśmy czekoladę i czym prędzej uciekłyśmy w górę - w kierunku przełęczy Szpiglasowej. Trasa na przełęcz jest niesamowicie malownicza. Szlak odchodzi w prawo od MO i wznosi się powoli po zboczu góry. Wąska, ale bardzo łagodna ścieżka prowadzi początkowo przez las. Po około 10 minutach las się nieco przerzedza, a oczom ukazuje się jezioro - błękitne, piękne, oddalone. Na ścieżce jest raptem kilkoro turystów (nie są to turysty z bryczek, ale turyści). Cisza i coraz lepiej widoczne z góry jezioro. Przed nami majestatyczny Mnich, pochylony, idzie ku szczytom, na lewo kolejne górskie zbocza otaczające MO, po lewej stronie powoli rysuje się niecka Czarnego Stawu pod Rysami, który jeszcze jest niewidoczny - jesteśmy jeszcze na zbyt małej wysokości. Ścieżka powoli wyprowadza nas z lasu, na poziom kosodrzewiny. Zbliżamy się do Mnicha i do kamienistych zboczy. Mijamy kolejny raz strumyczek spływający z góry, ścieżka wije się zakosami, nadal łagodnie i delikatnie. Po nieco ponad godzinie dochodzimy do rozwidlenia szlaków. Mamy widok na Dolinkę za Mnichem, w tle ścieżkę na Wrota Chałubińskiego. Mnich nieco stracił na majestacie, jakby się skurczył... Sama Szpiglasowa Przełęcz i szczyt Szpiglasowy tonie w chmurze, choć na dole świeci słońce. Do szczytu jeszcze około godziny (przy tempie, w jakim szła młoda, myślę, że max 45 minut). Jednak na tym etapie rezygnujemy. Jest już za późno na większy odpoczynek i dalsze wspinanie. Trzeba jeszcze zejść ze ścieżki i wrócić do tego gniazda buczących os nad MO, a potem jeszcze z MO na dół do busa. Droga w dół do MO była lekka i przyjemna, po asfalcie już gorzej, ale przecież nie zostaniemy... Jak się weszło, trzeba i zejść. W Zakopanym byłyśmy około 18-tej. Spało się nam nad wyraz dobrze.
Jak co roku, już drugi rok z rzędu (hłe, hłe, młoda ta tradycja jeszcze) wypuściłam się z córką w nasze piękne góry, a konkretnie Tatry, które kocham, uwielbiam, miłuję, muszę tam być i już. Usiłuję swoje umiłowanie przekazać córce i chyba mi się udaje ta sztuka.
Czwartek, 22.08
Wyjazd z domu, przesiadka w Krakowie, szybka wizyta w decathlonie celem odebrania butów dla córki i jedziemy do Zakopanego. W tym dniu nie robiłyśmy już nic, przeszłyśmy się tylko troszkę, coby okolicę poznać i zobaczyć, gdzie co leży (czytaj sklep na przykład, czy jakaś jadłodajnia). Siusiu, paciorek i spać, bo jutro idziemy zdobywać szczyty. Nocleg miałam w okolicy ulicy Kościeliskiej, boczna uliczka, zaraz obok liceum sztuk pięknych, z widokiem na "Giewonda", jak mówiła moja córa, regularnie przekręcając nazwę. Cicho, bardzo spokojnie, czysto i cenowo stosunkowo okej. I blisko do busów, które odjeżdżają również spod dolnych Krupówek (nie musiałyśmy zasuwać na dworzec!).
Piątek, 23.08
Pobudki nie trzeba było robić, jakoś same wstałyśmy około 7-mej i przed 9-tą już jechałyśmy w kierunku Łysej Polany. Cel - Morskie Oko, które córa chciała koniecznie zobaczyć. Początki drogi były jakieś ciężkie, młoda marudziła, stękała, ale szła. Jakoś. Rozkręciła się przy Wodogrzmotach, które jakieś małe się wydawały, po upalnym lecie - zdarzało się, że jednak było tam więcej wody, niż obecnie. Morski Oko, jak zawsze ładne, malownicze, tylko okrutnie zaludnione - można oszaleć. Zjadłyśmy ciepły posiłek, wypiłyśmy czekoladę i czym prędzej uciekłyśmy w górę - w kierunku przełęczy Szpiglasowej. Trasa na przełęcz jest niesamowicie malownicza. Szlak odchodzi w prawo od MO i wznosi się powoli po zboczu góry. Wąska, ale bardzo łagodna ścieżka prowadzi początkowo przez las. Po około 10 minutach las się nieco przerzedza, a oczom ukazuje się jezioro - błękitne, piękne, oddalone. Na ścieżce jest raptem kilkoro turystów (nie są to turysty z bryczek, ale turyści). Cisza i coraz lepiej widoczne z góry jezioro. Przed nami majestatyczny Mnich, pochylony, idzie ku szczytom, na lewo kolejne górskie zbocza otaczające MO, po lewej stronie powoli rysuje się niecka Czarnego Stawu pod Rysami, który jeszcze jest niewidoczny - jesteśmy jeszcze na zbyt małej wysokości. Ścieżka powoli wyprowadza nas z lasu, na poziom kosodrzewiny. Zbliżamy się do Mnicha i do kamienistych zboczy. Mijamy kolejny raz strumyczek spływający z góry, ścieżka wije się zakosami, nadal łagodnie i delikatnie. Po nieco ponad godzinie dochodzimy do rozwidlenia szlaków. Mamy widok na Dolinkę za Mnichem, w tle ścieżkę na Wrota Chałubińskiego. Mnich nieco stracił na majestacie, jakby się skurczył... Sama Szpiglasowa Przełęcz i szczyt Szpiglasowy tonie w chmurze, choć na dole świeci słońce. Do szczytu jeszcze około godziny (przy tempie, w jakim szła młoda, myślę, że max 45 minut). Jednak na tym etapie rezygnujemy. Jest już za późno na większy odpoczynek i dalsze wspinanie. Trzeba jeszcze zejść ze ścieżki i wrócić do tego gniazda buczących os nad MO, a potem jeszcze z MO na dół do busa. Droga w dół do MO była lekka i przyjemna, po asfalcie już gorzej, ale przecież nie zostaniemy... Jak się weszło, trzeba i zejść. W Zakopanym byłyśmy około 18-tej. Spało się nam nad wyraz dobrze.
Niektórzy spotykają w górach niedźwiedzie, inni widują kozice, a my spotkałyśmy górali... z góralskiej kapeli :)
Pniemy się wysoko, ku Mnichowi
Widok na Morskie, po prawej Czarny Staw się wyłania, a po lewej ścieżka, którą tu dotarłyśmy. Zdjęcie wykonane już podczas zawracania.
Jeszcze raz Morskie z lewej, a Czarny z prawej i zamglone szczyty nad nim. Zdjęcie wykonane już podczas zawracania.
Młoda niemal na rozwidleniu, Szpiglasowa we mgle. Doszłyśmy do tej zielonej "bulwy" nad głową Młodej. Tam nastąpił zawrót.
Sobota, 24.08
Dzisiaj w planie wycieczka na Halę Gąsienicową i Czarny Staw Gąsienicowy. Idziemy od Kuźnic, przez Boczań, Skupniów Upłaz. Ta część wycieczki zajmuje nam 2 godziny. Po poprzednim dniu Młoda jest nieco zmęczona i mękoli, ale jako tako, przed schroniskiem się wreszcie rozkręca i pędzi. Chyba te dwa łyki power rade ją tak na nogi postawiły. Poprzedniego dnia, jak się napiła, to niemal do szczytu Szpiglasowej dobiegła. Hala została zdobyta, pięknie jakimś kwieciem obrośnięta. Z hali krótki postój w Murowańcu, gdzie jadłam chyba najlepszy w życiu żurek z jajkiem, ziemniaczkiem i kiełbasą (i najdroższy zarazem...). Porcja była na prawdę bardzo solidna. Posilone i odpocznięte ruszamy nad Staw. A nad stawem... Jak zwykle pięknie, choć same szczyty we mgle. Ewa, dla Ciebie zdjęcia, ze szczególnym uwzględnieniem Kościelca. Zejście było bardzo interesujące. Jednak z uwagi na ciągłe motywowanie starszej pani oraz jej asekurowanie (wybrały sobie ścieżkę przez Jaworzynkę), nie miałam czasu ani ręki, aby je dokumentować. Ta trasa robi wrażenie - jest przez chwilę (ok. 40 minut) stromo, a potem w nagrodę płasko. Ale pierwsza część daje się we znaki...
W drodze, na Upłazie.
Gdzie jest Wally? Czyli dziecko dociera.
Hala zdobyta - w tle Betlejemka.
Staw Gąsienicowy - w tle (uwierzcie na słowo) Kozi Wierch, między innymi... Orla Perć.
Kościelec - jedyny nie zasłonięty przez chmurę.
Miejscowa fauna - poza kaczkami były też ryby, które zjadały rzucany kaczkom chleb, zanim wspomniana kaczka do niego dotarła.
Niedziela, 25.08
To już był dzień wyjazdu. Rekreacyjnie zdobyłyśmy Gubałówkę za pomocą kolejki, a tam moje niespokojne dziecko zdobywało park linowy. Wolałam jej dać 20 zł na godzinną zabawę na linach, niż 10 za 5 minut skakania na trampolinie, czy czymś podobnym. Dziecko radziło sobie jak stary wyga - przepinało bloczki, zapinało liny, zjeżdżało na tyrolce... Była kapitalna. Popołudniu wróciłyśmy do domu. Za rok - kolejna wycieczka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

