Z dedykacją dla
Iw i w odpowiedzi na jej post.
Niektórzy pewnie wiedzą, inni może jeszcze nie, że pracuję w branży tłumaczeń. Iw jest tłumaczem, czyli z mojego punktu "siedzenia" - moim dostawcą. Zresztą - kiedyś miałyśmy nawet przyjemność, choć zlecenie nie doszło do skutku, bo.... klient uznał, że za drogo.
Zgadzam się z postem Iw w całej jego rozciągłości, mimo, że reprezentuję tzw. ciemną stronę mocy.
Nie od dziś wiadomo, że biuro jest niejako pośrednikiem między zamawiającym klientem, a wykonującym pracę tłumaczem. Wiadomo, że do stawek, jakie daje tłumacz, biuro dolicza swoją marżę, bo za coś musi się utrzymać. Generalnie, współpraca powinna przebiegać bez zarzutu, a jej podstawowym hasłem powinno być pojęcie kompromisu.
Z mojej strony wygląda to tak - oczywiście piszę na podstawie własnego doświadczenia, tak, jak my to robimy: (plusy współpracy z biurem)
- biuro zapewnia zlecenia, samo niejako "wyszukuje" zleceniodawców (klientów) - tłumacz oszczędza czas
- biuro zapewnia edytowalne teksty, ale nie po zwykłym OCeeR'ze, tylko po konwersji z prawdziwego zdarzenia
- biuro wykonuje korekty, sprawdza teksty, poprawia, przejmuje całą korespondencję z klientem, która często jest zwykłym użeraniem się z nadmiernie dociekliwymi i dokładnymi osobnikami, którzy na siłę chcą udowodnić swoją wyższość.
- biuro negocjuje terminy, czyli prostuje niemożliwe zachcianki, jak na przykład zrobienie 15 stron w 2 godziny, "od ręki" i na już. Albo 300 stron w 2 dni... Takie rzeczy to tylko w erze.
- przy ustnych biuro zajmuje się zorganizowaniem noclegu, materiałów pomocniczych, wyżywienia, itp.
Minusy - bo i takie istnieją:
- biuro z powyżej wymienionych powodów płaci mniej, niż tłumacz uzyskałby robiąc to wszystko samodzielnie
- niestety, ale biuro również często płaci z opóźnieniem...Ale przynajmniej płaci. Biuro nierychliwe ale sprawiedliwe.
Co mogę powiedzieć o spadku wartości? Niestety, jest mocno zauważalny. Obecnie firmy przyjmują do pracy ludzi ze znajomością języków. I nieważne, na jakim poziomie jest ta znajomość, wystarczy, że "coś" umie i już - będzie robić bieżące tłumaczenia, a firma oszczędzi na zleceniach. I tak oto powstają twory wyplute z translatorów typu google. Niestety, coraz częściej słyszę "za drogo". A nie zamierzam schodzić poniżej pewnego poziomu i sprzedawać za pół darmo, bo nie o to chodzi! Dobre tłumaczenie po prostu kosztuje. Ileż to razy zleceniodawca odchodził, a po roku, dwóch... nagle stawał u progu i zaczynał zlecać, mimo, że "drogo". A dlaczego? Bo te tanie tłumaczenia nie były warte nic... Mnóstwo błędów, pomyłek, przeoczeń, albo umowa pisana ciągiem, bo nikt nie przeniósł układu graficznego. Poziom fatalny. Niestety, coraz mniej jest takich klientów, którzy się przyznają do błędu. Co więcej - zaczynają akceptować i zgadzać na niski poziom, na zasadzie "jakoś(ć) to będzie". Przegrywamy przetargi, bo ktoś oferuje cenę tak śmieszną, że aż żałosną. Ale ktoś to przecież tłumaczy! Klienci nie chcą zrozumieć, że nie da się rozliczyć za 1,5 godziny tłumaczenia na spotkaniu, że minimalnie powinien być blok 3- lub 4-godzinny, bo tłumacz musi dojechać na miejsce, przygotować się, wrócić, że poświęca więcej niż 1,5 godziny swojego czasu. Jest coraz trudniej. I tłumaczom, i biurom. Jednak między jednymi, a drugimi trwa jakaś wojna, ciężko dojść do porozumienia. Nie ma dobrej woli i chęci współpracy (oczywiście nie wszyscy). Poniekąd rozumiem czemu - obie strony chcą zarobić, jedna na drugiej. I stąd konflikty. I nie sądzę, aby szybko się skończyły. Szczególnie, że co raz, to któraś strona powie lub napisze o jedno słowo za dużo i za daleko.