sobota, 1 września 2012

bzzzzz

Upieprzyła misia pszczoła,
Oj! Jak boli! - misiu woła!

Przyciągam owady - te niewłaściwe. Boję się pająków - mam zagwarantowane, że się napatoczy. Na przykład w Zakopcu. Odmówiłam wejścia do domu, bo tarantula mi zagrodziła drogę. Na szczęście na podwórku przebywał pan, który był uprzejmy ją wynieść z pomieszczeń mieszkalnych gdzieś dalej na zewnątrz. Wczoraj upitoliło mnie coś koło ucha i zrobiło to z takim impetem, że przejechałam przez chodnik i zatrzymałam się na trawniku urywając co nieco. To coś, miało gabaryty i kształt pszczoły i spowodowało, że do domu jechałam, jakbym miała rozżarzone żelazo koło ucha i na policzku. Piekło niemiłosiernie. Na szczęście nie spuchłam i nie mam uczulenia, tylko nie wiem na co. Rano o 6 obudził mnie komar. Do jasnej ciasnej, ale w łóżku było nas troje (dziecko dodreptało), a on upitolił mnie :( Najadł się tak, że nie miał siły odlecieć daleko, a jego trup zostawił na ścianie czerwony ślad. Ja wiem, że jestem słodka jak miód i do rany przyłóż (mimo, że mamusia czasami  mówi, że byle nie do jej rany, bo się gangreny obawia ;P ) ale żeby aż tak? Raz, dwa, trzy - będziesz ty. Mój mąż kiedyś stwierdził, że jak idzie ze mną na grilla, to nie musi się psikać offem, bo wystarczy, że siedzę koło niego :( Wtedy ma gwarancję, że nic go nie pogryzie. Może jutro nie trafię na szerszenia.

wtorek, 28 sierpnia 2012

ciąża na L4

Przeczytałam artykuł w gazecie dotyczący "wyłudzania" zwolnień przez kobiety w ciąży. I powiem szczerze - nie wiem jak się odnieść do tematu. Będąc w pierwszej ciąży pracowałam długo. Miałam termin na 15 lutego, do pracy ostatni raz poszłam 10 stycznia. Porozmawiałam wcześniej z szefem, że już się źle czuję, jest mi ciężko i pewnie przejdę na L4. Do pracy miałam daleko, zaczynała się większa zima, zwyczajnie bałam się chodzić. Wystarczy, że się potknę, poślizgnę i o nieszczęście nie trudno. Lekarz jednak za każdym razem pytał, czy nie chcę zwolnienia, czy nie chcę odpocząć. Miałam ku temu pewne wskazania, bo dziecko było źle ułożone i siedzenie w ostatnim miesiącu było dla mnie trudne - zwyczajnie cholernie niewygodne. Przypominało bardziej rozwalanie się w fotelu :) Jednak do tego momentu czułam się dobrze, miałam fajną pracę, nie czułam potrzebny, aby zmykać na zwolnienie do domu. Po co? Wolałam być między ludźmi, wolałam nie wypadać z obiegu. Ostatni miesiąc spędziłam w domu, na odpoczywaniu, wizytach lekarskich, krótkich wyjściach do sklepu i spowrotem. Szczęśliwie urodziłam zdrowe dziecko. Drugą ciążę przechodziłam w innym miejscu pracy. I ta nie była taka miła i przyjemna, jak pierwsza. Po pierwsze istniało ryzyko, że powtórzy się sytuacja sprzed roku, kiedy poroniłam. Po drugie miałam dużą cystę i jak się słyszy o ryzyku pęknięcia, że jak będzie mnie coś bolało mam iść do szpitala na usg i zadzwonić do lekarza, że jak nie zniknie, to będą ją ściągać mimo ciąży.... nie robi się jakoś lżej na sercu. Na szczęście cysta jednak znikła, nie pękła, w szpitalu nie wylądowałam, w zamian za to miałam mdłości - mdliło mnie na zapachy, mdliło mnie jak byłam głodna, mdliło mnie jak próbowałam zjeść, bo byłam głodna i mdliło mnie jeszcze bardziej, bo byłam głodna. Musiałam coś jeść co 3-4 godziny. To też nie jest proste będąc w pracy. Poza tym, po całym dniu siedzenia i pracowania, wieczorami miałam straszne bóle. Po prostu klęłam i wyłam czasami na zmianę. Tym razem na zwolnienie poszłam wcześniej. Po prostu musiałam więcej leżeć, odpoczywać, musiałam mieć komfort, że kiedy chcę - to jem, leżę, zdrzemnę się. Potem okazało się, że młody tak bardzo się pchał, że na 5 czy 6 tygodni przed terminem, lekarz powiedział mi, że mogę urodzić w każdej chwili. Że skurcze, które dokuczały mi od połowy 5-tego miesiąca mogą w każdej chwili zamienić się w poród. Oczywiście, jak na złość, ciążę donosiłam do końca. Ale po niej po urodzeniu powiedziałam, że już więcej nie chcę, nie zgadza się i odmawiam. Na zwolnienie poszłam w październiku, mając termin na połowę grudnia. Nie będę ukrywać, że tutaj wpływ na moją decyzję miała też praca. To był bardzo trudny okres w biurze, przez co moja motywacja zaczęła szurać po ziemi. Po powrocie jednak, udało mi się jakoś odsapnąć, oderwać się i wróciłam ruszając z kopyta.
Dlaczego to wszystko piszę? Bo uważam, że każdy przypadek należy rozpatrywać indywidualnie. Owszem, spotykałam się z kobietami, które idą na L4 "dla zasady". Ale w takim przypadku przyjrzałabym się warunkom pracy, czy to one nie mają wpływu na ich decyzję. Czy kobieta nie ucieka od miejsca pracy. Jeśli ucieka z lenistwa - cóż, na to nikt nic nie poradzi. Tłumaczenia, że szkodzi sobie i innym kobietom - nie trafią w tym przypadku na podatny grunt. Każda ciężarna powinna rozważyć według własnego sumienia. I żeby nie było - leniwych nie popieram, bo to zwyczajne złodziejstwo jest.

niedziela, 26 sierpnia 2012

finito!

Niniejszym mogę chyba ogłosić koniec remontu! Nie mam jeszcze drzwi do szafy, ale reszta już stoi i wisi, zabawki zostały przejrzane, wyrzucone, poukładane, ciuchy to samo. Wszystko znalazło swoje miejsce. NARESZCIE! Jest tylko jeden mały szkopuł - chciałam dokończyć pokój wieszając firankę, ale okazała się prawie 25 cm za długa. Więc dzisiaj debiutuję jako szwaczka firankowa - muszę przeszyć taśmę i skrócić firankę. Męża z dziećmi wysłałam na rowerowy piknik rodzinni - będą reprezentować rodzinę niepełną :P A ja dokończę robotę. Ciasto się piecze, babeczki w drodze. A ja siadam do firanki. Trzymajcie kciuki, żebym tego nie spaprała :P W tym miesiącu nie mam już na nową firankę. Remont i wyprawka nieco mnie nadszarpnęły.

środa, 22 sierpnia 2012

kult ciała

Cytuję: Celebrytki inwestują grube pieniądze w dobry wygląd. Czasami jednak wydają pieniądze na to, co najbardziej potrzebne: mają miliony na koncie, ale nie decydują się na naprawienie najbardziej rażących defektów. "Leniwe oko", nieproporcjonalnie wielkie piersi czy haluksy - to tylko niektóre z rzeczy, które mogłyby zostać poprawione. Które gwiazdy powinny zdecydować się na takie zabiegi? Źródło - Onet.
Inny: Goldie Hawn - 65-letnia aktorka, kiedyś była przeciwniczką operacji plastycznych, później zmieniła zdanie, jednak na jej dłoniach widać zmarszczki i przebarwienia. Źródło - plejada (link z onetu).

Nie żebym te rzeczy czytała, wystarczy, że wpadnie mi w oczy taki nagłówek, i mam ochotę zapytać głośno "no i?". Jest jakaś chora jak dla mnie moda, parcie i wywieranie presji na piękny wygląd. Piękny wygląd wg tabloidów, to szczupła sylwetka, bez grama celulitu, bez najmniejszej nadwagi, bez przesadnego umięśnienia, wiecznie młody wygląd w każdym wieku, jędrne ciało. Takie rzeczy - powiedzmy wprost - BZDURY, są na prawo i lewo wpajane nastolatkom. Bo ja, stara baba, to się potrafię opanować i nie szukać na siłę u siebie "pseudo ideału" i nie próbować do niego dążyć. Ale młodsze pokolenie ma nieco wrażliwszą naturę, rzekłabym, że w okresie dojrzewania, jest ona nieco rozchwiana.... żeby nie powiedzieć, że najczęściej dojrzewające nastolatki gadają jak potłuczone (nie zapomniał wół jak cielęciem był, nie zapomniał, mimo, że czasami by chciał :P )

Dlaczego wszyscy mamy być piękni wg tego co nam wkładają do głowy? Znam wielu pięknych ludzi, którzy mają, jak mawia pani Czubaszek - oryginalną urodę. Ale nie zamieniłabym ich nigdy na chodzącą lalkę barbi. Wiadomo - powody zdrowotne, dbanie o sylwetkę, ruch, itepe. Ale bez przegięcia. I co z tego, że aktorka ma żylaste ręce? Nie jest młoda to ma. Czy od tego jej gra się pogorszy? Co z tego, że jakaś piosenkarka ma na dupie celulit? Czy posiadając tą wiedzę będę mniej doceniała jej talent? A innej cycki opadły. No i? Niech opadają. Już dawno odkryto jak działa grawitacja :P Ja tam lubię jak jest kolorowo. Lubię jak ludzie są różni. Nie lubię, jak się próbuje zasypywać mnie informacjami jak te powyżej, bo drażni mnie sam tytuł. Czy ja jestem jakimś imbecylem, by zachwycać się TAKĄ sprawą? No kurde, mega sensacja, niej-ędrne cycuszki. W sam raz na pierwszą stronę. Ciekawa jestem, czy ci, którzy tworzą takie "super newsy" biorą pod uwagę, że koś na ten przykład ma kompleksy. Zobaczy taką informację, jakie to paskudne, wstydliwe i obleśne, mieć żylaste dłonie, celulit na tyłku i obwisły brzuch, popatrzy w lustro i pomyśli - kurde, ja to już do niczego się nie nadaję. I zamiast mieć w nosie, co sobie inni myślą, założyć fajną kieckę, pójdzie taka biedna w ciuchach ala wór pokutny i straci wszelką radość z lata, z możliwości szaleństwa, z wszechobecnego letniego luzu i swobody. Bo jakiś baran stwierdzi, że TAK się ludziom pokazywać nie wolno, bo TO wywoła u nich wstręt i reakcje wymiotne. Bo niektórzy się jednak czasami przejmują, mimo, że nie powinni. Ech, wylałam z siebie irytację.

sobota, 18 sierpnia 2012

melduję, że żyję

Jestem, żyję, bywam tu czasami. Remont ma się dobrze, nadal jesteśmy w trakcie - niestety. Nie udało zgrać się wszystkich terminów, troszkę się pewne rzeczy rozwlekły w czasie. Ale idzie ku dobremu :) Pojawię się nieco regularniej od poniedziałku. Na razie jestem jakby w locie. Remont, wyprawka do szkoły, parę innych drobiazgów. Więc generalnie więcej mnie nie ma niż jestem :) Ale zaglądam do innych.

środa, 15 sierpnia 2012

dostałam, to się chwalę

Dostałam to od Ewy, DD i jeszcze niejaka Frau Be od siebie dołożyła :) Nie będę ukrywać, że zrobiło mi się miło, ponieważ się nie spodziewałam, zakładając tego bloga, że ktoś go będzie chciał czytać. A o tym, że go polubi nie marzyłam nawet. Pisać zaczęłam, bo za dużo się działo koło mnie, a nie miałam jak tego z siebie wyrzucić. Wszystko się kręciło i skupiało wokół innych, a ja potrzebowałam miejsca dla siebie. Pomogło spisywanie, tego co myślę na bieżąco. I tak już mi mija 1,5 roku. No nic. Rozgadałam się jak zwykle :)
Wracając do tematu. Dostałam taki medal i warunkiem jest napisanie czegoś o sobie. 7 rzeczy na mój temat. Hoho, nie za mało? ja bym mogła długo ;P heheheh

A więc zaczynajmy:
1. Moja ksywka wzięła się dawno temu, kiedy to zalogowałam się do onetu, do zakładki gry - chciałam grać w scrabble i pracować na ranking. Szło mi nawet nieźle :) Lubię gry słowne. Żeby się zalogować musiałam podać jakiś nick. Mój ówczesny chłopak uważał, że przypominam mu kota, zachowaniem i charakterem, a że moją ulubioną postacią z Kubusia Puchatka był tygrysek.... to tak jakoś zostało.
2. Generalnie wierzę ludziom i w ludzi. Z góry zakładam, że mają uczciwe zamiary, uczciwe podejście, a odchyły od tej normy zdarzają się niezwykle rzadko i na pewno nie mnie. Z tego powodu mój tyłek robi się cora twardszy od tych kopniaków od życia.
3. Jestem kobietą po tzw. przejściach. Codziennie składam swój świat i buduję na nowo. Żywy przykład, że jak dwie strony chcą, to może się udać. Nawet jeśli wyglądało, że się nie uda.
4. Nie umiem kłamać - prawda wymyka mi się z ust sama. Jednak jak muszę, to się potrafię zebrać w sobie i ominąć prawdę. Albo raczej - nie dopowiedzieć.
5. Nie pozwalam zagubić się temu dziecku, co we mnie nadal mieszka i czasami szaleje :).
6. Jestem pyskata i zadziorna. Nadal mi jeszcze trochę tego zostało. Jak to napisała Nat - rogi odrastają :)
7. Straszna ze mnie gaduła o pedantycznym usposobieniu, co lubi, jak wszystko jest poukładane i symetryczne :P

Teraz powinnam wytypować kolejnych kilka osób. Robiłam to jednak niedawno, więc pozwolę sobie ten etap pominąć i zakończyć łańcuszek. Pozdrawiam!

wtorek, 14 sierpnia 2012

ja wam pokażę!

W czasach młodości była ze mnie strasznie rogata dusza. Odchyły od normy miewałam spore, jednak jak na nastolatkę - akceptowalne i nie jakieś aj-waj. Potrafiłam na ten przykład popstrykać się z chłopakiem i odwrócić się na pięcie i iść. Do domu. Licząc, że się tenże chłopak zorientuje, że liczę, iż uda się za mną. Niestety - nie był zbyt kumaty, nie udał się. A ja? A ja szłam. W sam środek nocy szłam do domu na piechotę. Bo co, że ja nie dam rady? Phi, ja wam pokażę, że dam. Honor (hehe) i ambicja (niezbyt chyba zdrowa) nie pozwalały mi znaleźć innego, bardziej rozsądnego rozwiązania. Więc szłam. Grubo ponad godzinę, bo blisko nie miałam. Teraz z tej rogacizny zostało nieco mniej, ale tylko nieco. Jeszcze nie raz zdarza mi się tak zapętlić, że mam problem, żeby się z tego wyplątać. Znowu ta dziwna ambicja, którą nazwałabym raczej oślim uporem, nie pozwala mi się honorowo wycofać. Nie, ja będę brnęła w zaparte i udowodnię, że to ja mam rację. A przynajmniej spróbuję. Ech. Na całe szczęście robię to coraz rzadziej. Jednak w taką pogodę jak dzisiaj mam wrażenie, że się duszę. Moja kocia natura daje o sobie znać i czuję się jak ten tygrys w klatce. Jakby mi ktoś założył łańcuch i przybił go do ściany. Nie lubię moknąć, nie lubię, jak mi wiatr w oczy deszczem zasuwa. Jednak jak mnie dopadnie taki nerw, jak dzisiaj, to po prostu muszę wyjść, bo inaczej mnie wyślą do pomieszczeń, które nie mają klamek od wewnątrz, a ściany są obłożone materacami :P Wyszłam, żeby się dalej nie psztrykać, żeby nie strzelać focha na prawo i lewo i nie udowaniać na siłę, że to JA mam rację, a nie ON. Bo tak. Pomogło. Muszę czuć, że mam możliwość wyjść, zmienić otoczenie. Nie umiem usiedzieć w miejscu, nie umiem, nie znoszę czuć się przytłoczona i zmuszona do czegoś. Dostaję korby i robię diablo uszczypliwa i nieznośna :) Bo tak! Zobaczycie, ja wam jeszcze pokażę!