Kobieta składa się z boskiego ciała (pupa, piersi, twarz) oraz duszy, zwanej wnętrzem (nie zawsze pięknym). I od wiek wieków, od początku świata, trwa konflikt - co ważniejsze? Zewnętrze czy wewnętrze? Coś jakby, co było pierwsze - jajko czy kura. Ale ja nie o tym chciałam, ale o rzeczach ważnych i poważnych.
Mianowicie o cyckach chciałam.
Głośno się wczoraj zrobiło o wystąpieniu jednej znanej aktorki, która publicznie przyznała się do profilaktycznego usunięcia obu piersi. Według informacji, pani poddała się badaniom genetycznym, których wynik był mocno niepokojący. Wystąpiło duże ryzyko zachorowania na raka piersi i chyba jeszcze jajnika czy szyjki macicy... szczegółów nie znam. I zewsząd słyszało się różne głosy. Bohaterka... Wariatka... Celebrytka event sobie urządziła... Dzielna kobieta... I takie tam różne.
A mnie przyszła do głowy jedna myśl. Co ja bym zrobiła na jej miejscu? Może również powinnam wykonać to badanie? Sprawdzić, czy nie mam tego genu, czy nie ma ryzyka zachorowania, wyższego niż przeciętnie... A jeśli mam TEN gen, to co? Usuwać sobie piersi, czy po prostu wiedząc, że mogę zachorować, zwyczajnie częściej się badać? Czy dałabym radę żyć ze świadomością, że mogę zachorować, a szanse na to wynoszą, dajmy na to - 60%? Zaczęłam sprawdzać, gdzie można takie badanie wykonać. Czy NFZ zwraca?
I tak zaraz po tym sobie pomyślałam.... Może nie tylko ja miałam takie przemyślenia? Może nie tylko ja zaczęłam myśleć, zastanawiać się, sprawdzać... I że ten proces myślowy to w sumie zasługa tej "celebrytki" aktorki. I że być może właśnie to wyznanie skłoni kilka pań więcej do wykonania mammografii lub usg, dzięki którym może uda się uratować choć jedną kobietę. Wtedy pani Jolie będzie mogła sobie powiedzieć wieczorem, przed pójściem spać, że dobrze zrobiła, że jej 2 piersi były warte 1 życie (lub więcej). To chyba całkiem uczciwa wymiana i dość "wartościowa". Może czuć się dumna.
A tak prywatnie, od siebie... Gdybym stanęła przed faktem dokonanym, że wybieram - piersi albo życie, chyba bez wahania dałabym je sobie odciąć. Jest to owszem mój kobiecy atut, jednak nie jest najważniejszy. Zawsze można sobie zrobić lepsze, ładniejsze i jędrniejsze ;) Kształtne implanty zawsze można jakoś kupić, a zdrowia i życia to już raczej nie.
środa, 15 maja 2013
wtorek, 14 maja 2013
z frontu...
1. We czwartek dziecię starsze zaczęło namiętnie jęczeć, że jej się kurek w nosie odkręcił i uszczelka poszła, leje się woda prawie ciurkiem, kapie, siąpi i ma dość. Matka zdiagnozowała - kurczę, chyba ma alergię. Chodzi, siąpi, smarka, podciera. I tyle. Oczy łzawią, dziecię kicha, trawy pylą jak szalone. Spoko, przejdzie.
2. W piątek - siostra zaczyna mieć skurcze, wieczorem wizyta w szpitalu, ale guzik - na razie za słabe, za rzadko, wracać do domu.
3. Sobota - siostra odwiedza szpital rano ponownie, bo skurcze co 5 minut wydają się jej częste, ale lekarz sądzi inaczej - do domu. Po 18:00 lekarz zmienia zdanie, a siostra się nie daje odesłać. Moja młoda podsmarkuje nadal, ale mniej jakby - tabletki na alergię pomagają.
4. Niedziela, 3-cia nad ranem - na świat wreszcie przychodzi moja siostrzenica :) Osszywiście, cc, bo od początku było wiadomo, że tak się skończy, ale lekarz chciał spróbować. To próbował - od piątku wieczór. Popołudniu, już u mnie w domu, młody wydaje się być ciepły... I zaczyna smarkać (czyżby u siostry to nie była jednak alergia?). Gorączki nie ma, więc spoko - samo przyszło, samo przejdzie. Pod wieczór wpadają rodzice, szampana za nowego członka rodziny mus wypić!
5. Poniedziałek - 8.30 telefon z przedszkola - Młody ma 37,8, proszą o odebranie dziecka z przedszkola, gdyż pewnie jest chore. Woda leci z nosa jak u siostry... Po 12-tej lekarz, niech sprawdzi, w końcu dziecko 2 tygodnie temu szkarlatynę miało.
U lekarza...... Młody ma wysypkę, zawalone całe gardło, powiększone mocno węzły chłonne (w niedzielę nie miał, bo wszystko sprawdzałam) i lekką temperaturę. 37-37,8. I nasza pani doktor zwyczajnie zgłupiała. Leczymy objawowo i czekamy do środy. Wygląda, że albo mu szkarlatyna zawróciła, albo złapał inną cholerę - do wyboru - różyczka, trzydniówka, odra....
A we czwartek rano, moja mama, co to to dziecię przytulała i się z nim bawiła, leci do nowonarodzonej wnusi... Mam nadzieję, że to jednak nie jest różyczka... A Młoda-Starsza? Nic jej nie jest, katar przeszedł.
2. W piątek - siostra zaczyna mieć skurcze, wieczorem wizyta w szpitalu, ale guzik - na razie za słabe, za rzadko, wracać do domu.
3. Sobota - siostra odwiedza szpital rano ponownie, bo skurcze co 5 minut wydają się jej częste, ale lekarz sądzi inaczej - do domu. Po 18:00 lekarz zmienia zdanie, a siostra się nie daje odesłać. Moja młoda podsmarkuje nadal, ale mniej jakby - tabletki na alergię pomagają.
4. Niedziela, 3-cia nad ranem - na świat wreszcie przychodzi moja siostrzenica :) Osszywiście, cc, bo od początku było wiadomo, że tak się skończy, ale lekarz chciał spróbować. To próbował - od piątku wieczór. Popołudniu, już u mnie w domu, młody wydaje się być ciepły... I zaczyna smarkać (czyżby u siostry to nie była jednak alergia?). Gorączki nie ma, więc spoko - samo przyszło, samo przejdzie. Pod wieczór wpadają rodzice, szampana za nowego członka rodziny mus wypić!
5. Poniedziałek - 8.30 telefon z przedszkola - Młody ma 37,8, proszą o odebranie dziecka z przedszkola, gdyż pewnie jest chore. Woda leci z nosa jak u siostry... Po 12-tej lekarz, niech sprawdzi, w końcu dziecko 2 tygodnie temu szkarlatynę miało.
U lekarza...... Młody ma wysypkę, zawalone całe gardło, powiększone mocno węzły chłonne (w niedzielę nie miał, bo wszystko sprawdzałam) i lekką temperaturę. 37-37,8. I nasza pani doktor zwyczajnie zgłupiała. Leczymy objawowo i czekamy do środy. Wygląda, że albo mu szkarlatyna zawróciła, albo złapał inną cholerę - do wyboru - różyczka, trzydniówka, odra....
A we czwartek rano, moja mama, co to to dziecię przytulała i się z nim bawiła, leci do nowonarodzonej wnusi... Mam nadzieję, że to jednak nie jest różyczka... A Młoda-Starsza? Nic jej nie jest, katar przeszedł.
czwartek, 9 maja 2013
chciałabym, chciała...
Niedawno sobie z kimś rozmawiałam, z osobą, która ma problemy finansowe, takie rzeczywiste, realne i odczuwalne na każdym kroku. I to jest poważny problem życiowy, jak zrobić, żeby wyżyć. I tak pod wpływem tej rozmowy zaczęłam się zastanawiać, jak to jest ze mną?
Było przez chwilę niewesoło. Nieważne czemu. Musiałam się trochę pogimnastykować, tu policzyć dokładniej, tam z czegoś zrezygnować - ogólnie mówiąc. Starałam się jak mogłam i jakoś to było. Nie powinnam narzekać, bo mam co jeść, dach nad głową i to własny, więc nie pada na tę głowę.
W zeszłym roku firma zalazła mi za skórę strasznie. Jako handlowiec powinnam "dorabiać" premią. Stąd niższa podstawa. I wszystko byłoby okej, gdyby nie działania mające na celu pozbawienie mnie tej części wynagrodzenia. Mówię tu o całkiem sporej kasie, przynajmniej jak dla mnie. Czuję się zwyczajnie "wyrolowana" i pokrzywdzona. Firma potrafiła zmienić zasady, wywindować progi, itp. I zamiast KASY miałam kaskę, na waciki. A limity wyrabiałam... a obrót swój zwiększyłam parokrotnie... i bardzo ważnego klienta przyprowadziłam i się nim opiekowałam... Owszem, to też był pieniądz i zwykle szybko znajdował zastosowanie - nowe buty dla dzieciaków, koperta na chrzcinach, większe zakupy. Nie wspomnę już o terminie wypłat tych bonusów - dokładniej o opóźnieniach... Ale było, minęło. W tym kwartale sytuacja się poprawiła i dzięki wielkiemu zleceniu w marcu mam na wakacje - jak wypłacą ;)
Do czego dążę. Wkurza mnie trochę, że w sumie wszystko, co zarobię, gdzieś się rozchodzi. Nie zostaje prawie nic na zapas. Przejadamy. Spłacamy kredyt, płacimy za przedszkole, opłaty, zakupy, pożyczka, itp. Pracuje się tyle lat, a nie stać nas na ten przykład na nowe auto (nawet nowe używane). Kończę powoli spłacać mieszkanie i wypadałoby się rozejrzeć za czymś większym, bardziej przyszłościowym. A w takiej sytuacji z autem możemy się pożegnać. Albo rybka, albo organy. Jak w zeszłym roku musiałam zmienić dzieciakom pokój, to nie mieliśmy wakacji. Albo rybka, albo organy. Ktoś powie - nie jedź na wakacje, odłóż sobie. Ale z drugiej strony nie chcę! Chcę poczuć, że po coś pracuję, że po coś zarabiam, że czeka mnie nagroda. Nie tylko po to, żeby mieć lepszą kanapę, czy większe mieszkanie - chcę mieć coś z życia. Chcę mieć możliwość odpocząć na urlopie. Nie chcę się zarzynać na 2 etatach, po to by na siłę zarobić na dom. Jak będzie trzeba - będziemy mieszkać w bloku. Jednak równocześnie chciałabym mieć możliwość zamienić małe mieszkanie na większe. Boli mnie to, że wiąże się to z ogromnym wysiłkiem i mega oszczędzaniem. Nie powinno tak być! Zarobki powinny być na takim poziomie, żeby można było żyć normalnie i w miarę swobodnie. Nie szaleję z kasą, nie wydaję na prawo i lewo, nie kupuję byle czego, bo mi się spodobało. Każdy zakup przemyślę i przeanalizuję pod kątem przydatności i niezbędności. A przyznam, że chciałabym tego NIE robić. Pieniądze może i szczęścia nie dają, ale cholernie ułatwiają życie. Marzę, żeby zarabiać tyle, aby czuć się bezpiecznie. Tyle, że po wejściu do sklepu, jak zobaczę coś fajnego, to będę mogła to kupić, np. mała zabawka, jakaś bluzeczka, że nie będę się musiała zastanawiać, czy mogę wydać dodatkowe niezaplanowane 50 zł, bo w tym miesiącu np. wypadły niezapowiedziane wydatki w postaci kupy leków dla kolejnych chorych osobników. Albo, że tym miesiącu kupiłam kurtki, więc sandały w przyszłym. Chciałabym inaczej, chciałabym, chciała.....
Było przez chwilę niewesoło. Nieważne czemu. Musiałam się trochę pogimnastykować, tu policzyć dokładniej, tam z czegoś zrezygnować - ogólnie mówiąc. Starałam się jak mogłam i jakoś to było. Nie powinnam narzekać, bo mam co jeść, dach nad głową i to własny, więc nie pada na tę głowę.
W zeszłym roku firma zalazła mi za skórę strasznie. Jako handlowiec powinnam "dorabiać" premią. Stąd niższa podstawa. I wszystko byłoby okej, gdyby nie działania mające na celu pozbawienie mnie tej części wynagrodzenia. Mówię tu o całkiem sporej kasie, przynajmniej jak dla mnie. Czuję się zwyczajnie "wyrolowana" i pokrzywdzona. Firma potrafiła zmienić zasady, wywindować progi, itp. I zamiast KASY miałam kaskę, na waciki. A limity wyrabiałam... a obrót swój zwiększyłam parokrotnie... i bardzo ważnego klienta przyprowadziłam i się nim opiekowałam... Owszem, to też był pieniądz i zwykle szybko znajdował zastosowanie - nowe buty dla dzieciaków, koperta na chrzcinach, większe zakupy. Nie wspomnę już o terminie wypłat tych bonusów - dokładniej o opóźnieniach... Ale było, minęło. W tym kwartale sytuacja się poprawiła i dzięki wielkiemu zleceniu w marcu mam na wakacje - jak wypłacą ;)
Do czego dążę. Wkurza mnie trochę, że w sumie wszystko, co zarobię, gdzieś się rozchodzi. Nie zostaje prawie nic na zapas. Przejadamy. Spłacamy kredyt, płacimy za przedszkole, opłaty, zakupy, pożyczka, itp. Pracuje się tyle lat, a nie stać nas na ten przykład na nowe auto (nawet nowe używane). Kończę powoli spłacać mieszkanie i wypadałoby się rozejrzeć za czymś większym, bardziej przyszłościowym. A w takiej sytuacji z autem możemy się pożegnać. Albo rybka, albo organy. Jak w zeszłym roku musiałam zmienić dzieciakom pokój, to nie mieliśmy wakacji. Albo rybka, albo organy. Ktoś powie - nie jedź na wakacje, odłóż sobie. Ale z drugiej strony nie chcę! Chcę poczuć, że po coś pracuję, że po coś zarabiam, że czeka mnie nagroda. Nie tylko po to, żeby mieć lepszą kanapę, czy większe mieszkanie - chcę mieć coś z życia. Chcę mieć możliwość odpocząć na urlopie. Nie chcę się zarzynać na 2 etatach, po to by na siłę zarobić na dom. Jak będzie trzeba - będziemy mieszkać w bloku. Jednak równocześnie chciałabym mieć możliwość zamienić małe mieszkanie na większe. Boli mnie to, że wiąże się to z ogromnym wysiłkiem i mega oszczędzaniem. Nie powinno tak być! Zarobki powinny być na takim poziomie, żeby można było żyć normalnie i w miarę swobodnie. Nie szaleję z kasą, nie wydaję na prawo i lewo, nie kupuję byle czego, bo mi się spodobało. Każdy zakup przemyślę i przeanalizuję pod kątem przydatności i niezbędności. A przyznam, że chciałabym tego NIE robić. Pieniądze może i szczęścia nie dają, ale cholernie ułatwiają życie. Marzę, żeby zarabiać tyle, aby czuć się bezpiecznie. Tyle, że po wejściu do sklepu, jak zobaczę coś fajnego, to będę mogła to kupić, np. mała zabawka, jakaś bluzeczka, że nie będę się musiała zastanawiać, czy mogę wydać dodatkowe niezaplanowane 50 zł, bo w tym miesiącu np. wypadły niezapowiedziane wydatki w postaci kupy leków dla kolejnych chorych osobników. Albo, że tym miesiącu kupiłam kurtki, więc sandały w przyszłym. Chciałabym inaczej, chciałabym, chciała.....
wtorek, 7 maja 2013
białe koszule po sznurze szły....
Ech, matura, matura.... Dzisiaj zaczynają młodzi pisać swój egzamin, a mnie wzięło na refleksje... Gdyż pamiętam swoją maturę, jakby to rok czy dwa temu było. Pamiętam temat pracy, o czym pisałam, pamiętam gdzie siedziałam, pamiętam jakie zadania z matmy rozwiązywałam, jak koledze dawałam jedno spisać, jak odpowiadałam na ustnej... Ech... nostalgia mnie ogarnęła. Szczególnie, że niedługo mam spotkanie rocznicowe - po maturze :)
Wszystko to jakoś wywołuje we mnie wspomnienia. Młodości durnej i chmurnej. I zastanawiam się - jaka matura była lepsza? Która lepiej sprawdzała wiedzę zdobytą? Która była łatwiejsza lub trudniejsza? Nowa, czy stara? Nie umiem tego porównać, gdyż nawet nie znam zasad nowej matury. Ja zdawałam starą i jak wspomniałam - wspominam ją z sentymentem. Ciekawa jestem Waszych wspomnień :)
Wszystko to jakoś wywołuje we mnie wspomnienia. Młodości durnej i chmurnej. I zastanawiam się - jaka matura była lepsza? Która lepiej sprawdzała wiedzę zdobytą? Która była łatwiejsza lub trudniejsza? Nowa, czy stara? Nie umiem tego porównać, gdyż nawet nie znam zasad nowej matury. Ja zdawałam starą i jak wspomniałam - wspominam ją z sentymentem. Ciekawa jestem Waszych wspomnień :)
środa, 1 maja 2013
Akcja "Frytkom na ratunek"
Ludu, mój Ludu! Pomożecie?
Jest sprawa! Niejaka obywatelka tego kraju, znana w pewnych kręgach jako "Frytka", ma coś na kształt chandry. Proza codzienności, ciężar życia oraz okrucieństwo tego świata wpłynęło negatywnie na jej samopoczucie i musimy temu zaradzić.
Niniejszym, rozpoczynam akcję pod kryptonimem "Frytkom - na ratunek!"
Zasady akcji są następujące - każdy, kto choć raz w życiu miał z w/w obywatelką do czynienia (w realu lub wirtualu) pisze w komentarzu coś fajnego na jej temat. Liczba komplementów - nieograniczona. Wymagany jest minimum jeden. Frytka po weekendzie wpada, czyta i się rozkleja oraz czuje się bosko! Na rozklejanie to kropelkę polecamy - kupi w każdym kiosku.
Tak więc - zaczynamy! W samo południe!
Frytka jest najlepszym graczem w ptaki!!!
Frytka ma fajnego bloga!!!
Frytka twardom nie mientkom kobietą jest i basta!!!
wtorek, 30 kwietnia 2013
wylot z klatki
Czasami czuję się źle we własnej skórze. Niby powodów do narzekania nie mam. Takich poważnych. Bo drobiazgi są, były i zawsze będą, jednak nie należy ich nadmiernie podkreślać. Przejść do porządku dziennego nad nimi i tyle.
Czasami jednak budzi się we mnie "coś" i każe iść "dzieś".
Potraficie sobie wyobrazić psa, którego po długim czasie pobytu na łańcuchu, ktoś spuszcza ze smyczy na łące? Taki zwierz zaczyna biegać w kółko jak opętany. Język wywalony, ogon lata z prawej do lewej, i biegnie, jakby od tego życie zależało. Jak wariat.
Albo ptak, co go trzymano w klatce - po wypuszczeniu na wolność leci do nieba.
Czasami czuję się jak klatce. Codzienność, rutyna, powtarzalność, od do, według listy, odhaczamy codziennie te same punkty. *Budzik, śniadanie, toaleta, ubierani, jedno tu, drugie tu, biuro, te same czynności, dom, obiad, zmywanie, szykowanie, kąpiel, kolacja, spanie*... powtarzać fragment między * codziennie.
Odhaczam. Czynności, dni, tygodnie, miesiące.... Jakoś mi to życie między palcami ucieka.
A czasami chciałabym się urwać z łańcucha... Wyjść sobie gdzieś, wyłączyć głowę i swobodnie oddychać. Robić coś, co JA chcę, na co JA mam ochotę.
Chciałabym mieć poczucie, że jestem dla kogoś ważna, że się ze mną liczy, odnieść jakąś inną dodatkową korzyść z życia.
Chyba uchylę nieco drzwi swojej klatki i sobie polatam... znaczy wyciągam rower z garażu, zapisuję się na dodatkowe zajęcia na siłowni, bo inaczej pęknę! I może spróbuję znowu pobiegać?
Czasami jednak budzi się we mnie "coś" i każe iść "dzieś".
Potraficie sobie wyobrazić psa, którego po długim czasie pobytu na łańcuchu, ktoś spuszcza ze smyczy na łące? Taki zwierz zaczyna biegać w kółko jak opętany. Język wywalony, ogon lata z prawej do lewej, i biegnie, jakby od tego życie zależało. Jak wariat.
Albo ptak, co go trzymano w klatce - po wypuszczeniu na wolność leci do nieba.
Czasami czuję się jak klatce. Codzienność, rutyna, powtarzalność, od do, według listy, odhaczamy codziennie te same punkty. *Budzik, śniadanie, toaleta, ubierani, jedno tu, drugie tu, biuro, te same czynności, dom, obiad, zmywanie, szykowanie, kąpiel, kolacja, spanie*... powtarzać fragment między * codziennie.
Odhaczam. Czynności, dni, tygodnie, miesiące.... Jakoś mi to życie między palcami ucieka.
A czasami chciałabym się urwać z łańcucha... Wyjść sobie gdzieś, wyłączyć głowę i swobodnie oddychać. Robić coś, co JA chcę, na co JA mam ochotę.
Chciałabym mieć poczucie, że jestem dla kogoś ważna, że się ze mną liczy, odnieść jakąś inną dodatkową korzyść z życia.
Chyba uchylę nieco drzwi swojej klatki i sobie polatam... znaczy wyciągam rower z garażu, zapisuję się na dodatkowe zajęcia na siłowni, bo inaczej pęknę! I może spróbuję znowu pobiegać?
niedziela, 28 kwietnia 2013
Jak poznałam Dreamu?
A było to tak. Nagle, ni z gruszki, ni z pietruszki okazało się, że znam Dreamu. Spotkałyśmy się gdzieś we wtorek i zaczęła mi opowiadać swoją historię. Studiowała razem ze swoim mężem, który był już wtedy jej mężem. Była w grupie osób, które pisały z nim pracę na zaliczenie - zbierała dane i informacje do rozdziału 9 i 10-tego. Promotorem był Jerzy Bralczyk. Dremu, przy jakiejś nadarzającej się okazji, umówiła się na rozmowę z profesorem, który normalnie nie zwracał uwagi na pomniejszych studentów (takich, co to są jedynie w grupie piszącej pracę, ale nie są jej autorami). Jednak te 2 rozdziały stworzone przy jej pomocy były wprost genialne i profesor swoje zainteresowanie wyraził. Dreamu, znużona ciągłym wywyższaniem się męża i pomijaniem jej osoby nieco zachłysnęła się tym zainteresowaniem i docenieniem jej intelektu. Wdała się z profesorem w romans i rzuciła męża. Opowiedziała mi to przy jakiejś kawie czy piwku... Tylko czemu nie wiem, jak wyglądała? Nie miała twarzy... Może dlatego, że to opowiadanie mi się śniło.... Myślicie, że to może mieć jakieś znaczenie? W każdym razie obudziłam się w stanie lekkiego szoku, gdyż sen był tak cholernie realistyczny, że poczułam się, jakbym poznała Dreamu osobiście :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)