Mecz - wygraliśmy, przeciwnik na kolanach, wygrałam piłkę do siatki (rzucali w publiczność) - przypadkiem chyba, albo za karę - zamiast bowiem patrzeć na boisko, to się za ojcem rozglądałam i o mało nie dostałam w głowę. Mąż przytomnie złapał mi nad głowę, podczas gdy ja się odruchowo zasłaniałam. W każdym razie mam piłkę i mam z nią iść we czwartek na fitness - przed zajęciami mam pozbierać autografy od wszystkich. Zobaczymy, czy się odważę. Mam teorię, że ta piłką była rzucona po to, żebym się przestała na boki rozglądać i patrzyła na boisko. No to patrzyłam. I tak się wgapiałam, że nie zauważyłam, że mi z coli pryska - się kurna zalałam cała prawie (co za dziad mi wstrząsną butelką?!).
Młoda dostarczyła nam atrakcji w postaci dziwnych i tajemniczych odgłosów - wstała w sobotę i huknęła, niczym z armaty. Obudziła cały dom. A to tylko kaszelek ją dopadł. Kaszelek został dzisiaj rano zdiagnozowany jako zapalenie krtani i spowodował lawinę wydarzeń. Lekarz, odwołanie basenu oraz jej nieobecność podczas pierwszego w karierze występu z grupą gimnastyczną. Oraz przymusowy urlop w domu jednego z rodziców, tym razem na ochotnika zgłosił się tatuś.
Sobota minęła nam również na rozglądaniu się za prezentami dla dzieci. Połaziliśmy po sklepach i popatrzyliśmy na zabawki, żeby jakiś pomysł podłapać. Mamy dwóch chrześniaków, mikołaja, gwiazdkę i urodziny Młodego! Z nim problemu nie ma, bo jego byle resorak ucieszy. Gorzej z młodą. Żeby było fajne i w rozsądnej cenie. Dziecko bowiem póki co, zażyczyło sobie smartphona i tableta (niedoczekanie!) oraz 2 zestawy barbie, radośnie dodając, że się ograniczyła, co do ilości rzeczy (buhahahaha, szkoda, że nie do wartości).
W niedzielę robiliśmy NIC. Zagraliśmy rodzinnie w monopol, niestety mamusia ogłosiła bankructwo, bo albo lądowała w więzieniu, albo płaciła wszelkie możliwe kary i mandaty, albo stawała na parcele z domkami i nie miała z czego płacić... Porażka....
poniedziałek, 26 listopada 2012
piątek, 23 listopada 2012
... z frontu...
Żyję, podobno, tylko co to za życie? Mam serdecznie dość po całym tygodniu, program po nocach mi się śnił, układałam również elementy z tłumaczenia, poprawiałam nieścisłości (we śnie również) i nie odstępowałam komputera na krok przez 4 dni, po sieśtam godzin dziennie. Wymiotować mi się zachciało wczoraj, jak przez głowę myśl "a może poczytam zaległości w blogach?" Szybko się więc opamiętałam i niniejszym rozwodzę się z komputerem na weekend. Rozwód nabierze mocy prawnej dzisiaj o 16-tej. Pod powiekami mam bowiem tony piasku, a na hasło "zewnętrzny" w mojej głowie od razu świta "external drive unit", a patrząc na uchwyty i klamki zastanawiam się, czy to są pullsy, gripsy, brackety czy handlesy ;P No po prostu kosmos. Worki pod moimi oczami również są wielce malownicze. Tak więc - basta, kończymy robotę i do domu. W sobotę pójdę na mecz, może się naszym "miszczom" uda nareszcie wygrać. Odstresuję się, poszukam mikołaja, zahaczę może o gwiazdkę, żeby hurtem było. I będę wypoczywać. Potrzebuję odpoczynku. Takiego prawdziwego. Muszę poleżeć na kanapie :) W sobotę dzieci do babci z rana, i ciszaaaaaaaaaaa......
A na poprawę humoru: sposób na kobietę :)
A na poprawę humoru: sposób na kobietę :)
środa, 21 listopada 2012
urwidupizm
Tworzę właśnie nowe pojęcie. Na skutek czyjegoś zaniedbania, od kilku dni mam okazję zapoznać się z nowymi programami oraz nowymi obowiązkami. Nie mam czasu na siusiu i śniadanie. Ja rozumiem, że czas to pieniądz, a pieniądz to bezpieczeństwo bytu i fajna sprawa. Ale... Nie kumam, że ktoś może być tak zapatrzony w pieniądz, że goni za nim i nie patrzy, co się po drodze dzieje. Przekładając na moją nową sytuację - mam bardzo fajnego i dobrego tłumacza. Ale jest on tak strasznie zapatrzony w cyferki, które widzi na zleceniu, że przyjmuje tych zleceń jak wściekły, robi bokami, nocami, dniami i w okresach pomiędzy nimi. Efekt - siedzę nad projektem, który mi klient zakwestionował. Połowę zmian, które wprowadził (klient), to są jego "ulepszenia", czyli "ja bym wolał, żeby było tak" - i do tego się przyczepić nie mogę. Jest dość specyficzna tematyka, branża, tłumacz może nie wiedzieć, że akuratnie TA firma woli pojęcie "B" zamiast "C". Ale druga połowa zmian.... Tu już mam "ale" do tłumacza. Uzasadnione jak diabli. Po prostu po raz kolejny (sytuacja się powtarza na przestrzeni ostatniego miesiąc nie pierwszy raz), ta osoba nabrała tyle zleceń, że coś, na co daję 2 tygodnie, jest robione w 3 dni. Efekt - niedopatrzenia, niedociągnięcia, wynikające ewidentnie z braku czasu. Bo jeśli dało się raz przetłumaczyć pojęcie prawidłowo, to dlaczego w drugiej połowie tekstu jest inaczej? Dlaczego jedne rzeczy są tak, a potem śmak? Brak jednolitości i spójności. Mam żal, bo sprawa dotyczy mojego priorytetowego klienta. Ze względu na ten fakt, zasuwam od piątku nad czymś, co powinno być zrobione dobrze od początku i od razu. I niestety, ale to ja będę "płaciła" za cudze błędy. Po skończeniu korekty, czeka mnie jeszcze stworzenie maila dyscyplinującego. Całe szczęście, że klient jest wyrozumiały i się lubimy..... Ale techniczne aspekty pewnych produktów z branży budowlanej będą mi się przez tydzień jeszcze śniły! Normalnie jeszcze chwila, a sama zacznę tłumaczyć :P
Także przepraszam - mam poważne zaległości w Waszych blogach, wpadam gdzieniegdzie, na momencik, nie zostawiam śladów. Ale niedługo nadrobię zaległości. Tak sobie obiecuję. I Wam :)
Także przepraszam - mam poważne zaległości w Waszych blogach, wpadam gdzieniegdzie, na momencik, nie zostawiam śladów. Ale niedługo nadrobię zaległości. Tak sobie obiecuję. I Wam :)
poniedziałek, 19 listopada 2012
dla Frau - czego o mnie nie wiecie
Uwaga - od kilku postów jest nieco monotematycznie, ale to z powodu nagrody i wyróżnienia oraz Frau Be, która z miłości swej wobec mojej osoby, chciała się czegoś więcej o mnie dowiedzieć i tak błagała, tak prosiła, listy słała, że uległam, gdyż takiemu natłokowi próśb oprzeć się nie mogłam, a poza tym mam dobre serduszko ;P
10 rzeczy, których o mnie nie wiecie, a na pewno chcielibyście (tylko wstydzicie się zapytać):
1. Nie korzystam z huśtawek, karuzeli, ani innych rzeczy z tego gatunku. Raz, jeden "wujek" nie uwierzył moim ostrzeżeniom i zakręcił mnie w polce 3 razy, podczas obrotu nr 4 poleciałam na ścianę i pomyliłam horyzont z wertykalem.
2. Całe życie mieszkam w jednym mieście. Tak wyszło. Nawet na studnia nie wyjechałam, bo nie chciałam zostawiać miasta i chłopaka :).
3. Wpadłam z moim jeszcze-nie-mężem. Tuż przed ślubem. Tuż tuż, 3 miesiące. Jak nam to wyszło... teoretycznie wiem, w praktyce nikt mi nie wierzy. A potem jeszcze raz :) Serio - da się! Ale oboje było planowane, tylko każde jakieś kilka miesięcy później ;)
4. Lubię czytać, chociaż ostatnio czasowość mnie zawodzi. Ku rozrywce oraz z nudów (wakacyjne chorowanie) przeczytałam trylogię. Kolejno, każdą część. Ryczałam czytając kazanie na pogrzebie Wołodyjowskiego, śmiałam się w głos czytając dialogi Rzędziana. Uwielbiam również Nad Niemnem. Serial na jej podstawie oglądałam fafnaście razy i mogłabym jeszcze raz. Podobnież serial Pan Wołodyjowski :)
5. Umiem kłamać. W poważnych sprawach, jeśli na prawdę sytuacja tego wymaga, powieka mi nie drgnie. W błahostkach - walę prawdę, bo inaczej nie umiem. Normalnie w sposób niekontrolowany ucieka mi ona z ust. Ja nad tym nie panuję.
6. Umiem szyć, robić na drutach i trochę na szydełku. Ha! Swojemu chłopakowi zrobiłam kiedyś sweter. Niedługo potem nastąpił koniec naszego związku. Mężowi na wszelki wypadek wydziergałam tylko szalik ;P
7. Mąż nie wie, co piszę na blogu. Wie, że go mam, ale prosiłam go, aby go nie szukał i - mam nadzieję, że ten stan nadal trwa. Oraz, że się nie zmieni. Wolę tak. Krępowałabym się, gdyby go czytał.
8. Jestem naiwna niczym dziecko. Serio. Wykazuję objawy zdrowego rozsądku, realizmu, itp., ale są to szczątkowe ilości. Na co dzień wierzę ludziom i w ludzi. Naiwna jestem strasznie!!! Zawsze uważam, że każdy ma uczciwe zamiary, szczere chęci, a złe rzeczy to na pewno wynik przypadku ;P
9. Byłam blondynką, jakiś czas, ale nie kontynuowałam tego eksperymentu, gdyż miałam wrażenie, że mi się kolor włosów do wnętrza głowy czasami przenosi ;)
10. Ha! Tego o mnie na pewno nie wiecie! Cóż, może pora się przyznać - mam 33 lata, ale wyglądam deczko młodziej :) i niedługo mam urodziny :) Kolejny raz będę obchodzić 25-tą rocznicę urodzin ;)
10 rzeczy, których o mnie nie wiecie, a na pewno chcielibyście (tylko wstydzicie się zapytać):
1. Nie korzystam z huśtawek, karuzeli, ani innych rzeczy z tego gatunku. Raz, jeden "wujek" nie uwierzył moim ostrzeżeniom i zakręcił mnie w polce 3 razy, podczas obrotu nr 4 poleciałam na ścianę i pomyliłam horyzont z wertykalem.
2. Całe życie mieszkam w jednym mieście. Tak wyszło. Nawet na studnia nie wyjechałam, bo nie chciałam zostawiać miasta i chłopaka :).
3. Wpadłam z moim jeszcze-nie-mężem. Tuż przed ślubem. Tuż tuż, 3 miesiące. Jak nam to wyszło... teoretycznie wiem, w praktyce nikt mi nie wierzy. A potem jeszcze raz :) Serio - da się! Ale oboje było planowane, tylko każde jakieś kilka miesięcy później ;)
4. Lubię czytać, chociaż ostatnio czasowość mnie zawodzi. Ku rozrywce oraz z nudów (wakacyjne chorowanie) przeczytałam trylogię. Kolejno, każdą część. Ryczałam czytając kazanie na pogrzebie Wołodyjowskiego, śmiałam się w głos czytając dialogi Rzędziana. Uwielbiam również Nad Niemnem. Serial na jej podstawie oglądałam fafnaście razy i mogłabym jeszcze raz. Podobnież serial Pan Wołodyjowski :)
5. Umiem kłamać. W poważnych sprawach, jeśli na prawdę sytuacja tego wymaga, powieka mi nie drgnie. W błahostkach - walę prawdę, bo inaczej nie umiem. Normalnie w sposób niekontrolowany ucieka mi ona z ust. Ja nad tym nie panuję.
6. Umiem szyć, robić na drutach i trochę na szydełku. Ha! Swojemu chłopakowi zrobiłam kiedyś sweter. Niedługo potem nastąpił koniec naszego związku. Mężowi na wszelki wypadek wydziergałam tylko szalik ;P
7. Mąż nie wie, co piszę na blogu. Wie, że go mam, ale prosiłam go, aby go nie szukał i - mam nadzieję, że ten stan nadal trwa. Oraz, że się nie zmieni. Wolę tak. Krępowałabym się, gdyby go czytał.
8. Jestem naiwna niczym dziecko. Serio. Wykazuję objawy zdrowego rozsądku, realizmu, itp., ale są to szczątkowe ilości. Na co dzień wierzę ludziom i w ludzi. Naiwna jestem strasznie!!! Zawsze uważam, że każdy ma uczciwe zamiary, szczere chęci, a złe rzeczy to na pewno wynik przypadku ;P
9. Byłam blondynką, jakiś czas, ale nie kontynuowałam tego eksperymentu, gdyż miałam wrażenie, że mi się kolor włosów do wnętrza głowy czasami przenosi ;)
10. Ha! Tego o mnie na pewno nie wiecie! Cóż, może pora się przyznać - mam 33 lata, ale wyglądam deczko młodziej :) i niedługo mam urodziny :) Kolejny raz będę obchodzić 25-tą rocznicę urodzin ;)
środa, 14 listopada 2012
babskie kino
Wzięłam niedawno udział w akcji promocyjnej ukierunkowanej na kobiety. Po naszemu - byłam na pokazie filmowym dla kobiet. Różni się on pozostałych tym, że:
- bilet jest stosunkowo niedrogi
- sponsorami są firmy dla kobiet, np. avon
- przed wejściem częstowano nas cukierkiem, czekoladką, deserkiem, w prezencie dostałam bardzo ładne firmowe rajstopy oraz próbkę drogiego kremu
- przed rozpoczęciem seansu zamiast tradycyjnych reklam było osobiste przedstawienie sponsorów, tudzież partnerów i losowanie nagród, wręczanie innych dodatkowych upominków, np. zestawów kosmetyków, czy voucherów do salonu piękności.
Potem na szczęście, po tym nieco przydługawym wstępie, był pokaz na prawdę fajnej, lekkiej komedii, która szczerze mi się podobała. Dawno się nie śmiałam w kinie :) No i dawno nie byłam na czymś innym niż bajka dla dzieci :) Więc w sumie samo wyjście i oglądanie kina dla dużych było frajdą :) A jak się mężowi zestroję w te rajtki z pręgą z tyłu nogi....... hehehehe..... to się wieczór może całkiem interesująco skończyć.... Ale o tym już Wam nie opowiem ;)
W każdym razie, jako skutek tego wyjścia - dzisiaj mam pięknie gładziutkie rączki - bowiem pani wybrała nas z koleżanką do siebie i zrobiła małe czary-mary, na które na co dzień czasu brak. Czyli - zrobiła mały krótki zabieg na ręce, zachęcając nas równocześnie do wstąpienia w szeregi avonu. Niestety, na tym polu porażkę poniosła, bowiem żadna z nas nie ma na to ochoty (albo raczej czasu), ale za to z drugiej strony, zamówiłam sobie właśnie ten magiczny krem, którym nam te ręce pacykowała ;) I tym o to sposobem, w kosmetyczny deseń, załatwiłam sobie gwiazdkę (rodzina) i mikołajo-urodziny (to już dla siebie). Za miesiąc kupię jeszcze drobiazg dla męża i zostaną mi "tylko" dzieci. W sumie, to młody w prezencie mikołajkowym dostanie...... dentystę, a po nim, to już mnie będzie stać tylko na batonika :P jednakowoż, nie jestem pewna, czy się tym zadowoli. A właśnie, chyba będę namawiać moje dzieci, żeby zostały lekarzami. Normalnie cholernie opłacalny zawód. Młody złapał próchnicę. Niestety. Zjada mu powoli (w sumie wcale nie powoli) obie jedynki. A że zęby dziecku muszą posłużyć jeszcze ze 3 lata (jak ma po mamusi to i 4 w porywach do 5), to należy temu ustrojstwu zapobiec. Zapobiegnięcie w sposób w miarę bezstresowy, ze znieczuleniem oraz podaniem syropku zmiękczającego dziecko (osobnik nie pamięta odbytej wizyty), kosztować mnie będzie sporo. Ogłaszam niniejszym rodzinną zbiórkę funduszy na zęby drugorodnego!
- bilet jest stosunkowo niedrogi
- sponsorami są firmy dla kobiet, np. avon
- przed wejściem częstowano nas cukierkiem, czekoladką, deserkiem, w prezencie dostałam bardzo ładne firmowe rajstopy oraz próbkę drogiego kremu
- przed rozpoczęciem seansu zamiast tradycyjnych reklam było osobiste przedstawienie sponsorów, tudzież partnerów i losowanie nagród, wręczanie innych dodatkowych upominków, np. zestawów kosmetyków, czy voucherów do salonu piękności.
Potem na szczęście, po tym nieco przydługawym wstępie, był pokaz na prawdę fajnej, lekkiej komedii, która szczerze mi się podobała. Dawno się nie śmiałam w kinie :) No i dawno nie byłam na czymś innym niż bajka dla dzieci :) Więc w sumie samo wyjście i oglądanie kina dla dużych było frajdą :) A jak się mężowi zestroję w te rajtki z pręgą z tyłu nogi....... hehehehe..... to się wieczór może całkiem interesująco skończyć.... Ale o tym już Wam nie opowiem ;)
W każdym razie, jako skutek tego wyjścia - dzisiaj mam pięknie gładziutkie rączki - bowiem pani wybrała nas z koleżanką do siebie i zrobiła małe czary-mary, na które na co dzień czasu brak. Czyli - zrobiła mały krótki zabieg na ręce, zachęcając nas równocześnie do wstąpienia w szeregi avonu. Niestety, na tym polu porażkę poniosła, bowiem żadna z nas nie ma na to ochoty (albo raczej czasu), ale za to z drugiej strony, zamówiłam sobie właśnie ten magiczny krem, którym nam te ręce pacykowała ;) I tym o to sposobem, w kosmetyczny deseń, załatwiłam sobie gwiazdkę (rodzina) i mikołajo-urodziny (to już dla siebie). Za miesiąc kupię jeszcze drobiazg dla męża i zostaną mi "tylko" dzieci. W sumie, to młody w prezencie mikołajkowym dostanie...... dentystę, a po nim, to już mnie będzie stać tylko na batonika :P jednakowoż, nie jestem pewna, czy się tym zadowoli. A właśnie, chyba będę namawiać moje dzieci, żeby zostały lekarzami. Normalnie cholernie opłacalny zawód. Młody złapał próchnicę. Niestety. Zjada mu powoli (w sumie wcale nie powoli) obie jedynki. A że zęby dziecku muszą posłużyć jeszcze ze 3 lata (jak ma po mamusi to i 4 w porywach do 5), to należy temu ustrojstwu zapobiec. Zapobiegnięcie w sposób w miarę bezstresowy, ze znieczuleniem oraz podaniem syropku zmiękczającego dziecko (osobnik nie pamięta odbytej wizyty), kosztować mnie będzie sporo. Ogłaszam niniejszym rodzinną zbiórkę funduszy na zęby drugorodnego!
DOPISEK: zbieram pomysły na mały drobiazg dla faceta na mikołaja i gwiazdkę. Czekam na morze pomysłów. Dodam, że to ma być coś małego, symbolicznego i najlepiej - oryginalnego :D
poniedziałek, 12 listopada 2012
zwierzenia

1. co cenisz u innych?
- szczerość i uczciwość, nawet jeśli są czasami bolesne.
2. czego nie lubisz w sobie?
- fizycznie - nosa, kartofel mi taki przypadł w udziale, z cech - czasami mam słomiany zapał, ale to leczę. jest ze mnie również czasami kawał cholery i zołza :P szczególnie w "te" dni...
3. jaki jest Twój ulubiony film?
- hmmmm, nie mam jednego, jednak odczuwam wielki sentyment wobec "To właśnie miłość"
4. czego się boisz?
- dwóch rzeczy - ciężkiej choroby lub śmierci dzieci oraz bycia zniedołężniałą i zależną od łaski innych na starość. pierwszego chyba nie umiałabym przeżyć. aż mnie dreszcz przechodzi, jak to piszę.
5. co zrobiłabyś/ zrobiłbyś z główną wygraną w lotto?
- zbudowałabym dom (praktyczna część mnie) i podróżowała za resztę, bo kocham zwiedzać i poznawać :)
6. czy lubisz gotować?
- jak mi nikt za przeproszeniem "dupy" nie zawraca i nie przeszkadza - lubię :) ale nie szaleję w kuchni, jak np. Ewa ;)
7. czy posiadasz jakieś zwierzę? jeśli tak – jakie, jeśli nie – jakie chciałabyś/ chciałbyś mieć?
- tak, posiadam, cztery zwierzęta: męża i dwoje dzieci oraz kota (wszyscy mi to powtarzają - masz kota, ty to masz kota..., itp.). Kiedyś moim marzeniem był dog niemiecki, teraz piesek w ogródku, najlepiej beżowy labrador, bo to rasa dla dzieci (znowu tam bardziej praktyczna strona osobowości)
8. czy lubisz swoją pracę?
- w sumie tak, poza nielicznymi momentami, gdy odnoszę wrażenie, że komuś licencja na myślenie wygasła... oraz gdy mi się spóźniają z premią (to takie coś, co raz na kilka lat mi się dostaje, chociaż powinno zdecydowanie częściej)
9. jeśli miałabyś/miałbyś wybrać się w daleka podróż to statkiem czy samolotem?
- nie wiem, samolotem leciałam 2 razy. Za pierwszy razem był to "antek" obejrzałam wtedy z bliska śniadanie, drugi raz do Tunezji - bałam się powtórki z Antka... ale przeżyłam :) statkiem pływałam tylko po jeziorze i mi się podobało
10. jak lubisz spędzać urlop, czynnie czy biernie?
- tak i tak - najlepsze jest połączenie jednego i drugiego, np. leżenie na plaży z przerwami na zwiedzanie i pływanie :D.
11. czy jesteś tak po prostu szczęśliwa / szczęśliwy?
- chyba tak....
oraz od Zante:
1) Nadejdzie taki dzień, że …
że się wyśpię w sobotę - serio, jeszcze w to wierzę, po kilku latach wstawania o świcie świątek, piątek czy niedziela.
2) Gdyby z nieba spadło mi 3000 zł…
gdyby spadło, to pewnie wykorzystałabym je nierozsądnie i... pojechała z Młodą do Disneylandu :) bo nie tylko dzieci mają licencję na zabawę, chociaż w moim przypadku byłaby nieco ograniczona ta zabawa (żadne kręciołki!)
3) Najcenniejszą moją pamiątką jest…
nie jestem zbieraczem, chociaż pamiątek mam sporo i każda jest dla mnie równie cenna, bo wiąże się z czym istotnym - wydarzeniem, które zapamiętała do dzisiaj, a ona mi je dodatkowo przypomina, to może być muszla, pocztówka, zdjęcie, serwetka z numerem telefonu... wartość i wielkość nie mają znaczenia, liczą się emocje, które niesie pamiątka
4) Są filmy, których się nie zapomina. Dla mnie to…
powtórzę się - "to właśnie miłość", gdyż ponieważ napawa mnie optymizmem i daje pozytywnego kopa oraz wzrusza :) z poważniejszych - "pianista" i "lista schindlera" - za treść, "władca pierścieni" - za efekty i wywarte wrażenie. Jeszcze kilka by się znalazło. Aaaa, "niekończąca się opowieść" - pierwszy film, jaki oglądałam w kinie :D Tego kina już nie ma - Apollo!
5) Taki niby drobiazg, a mnie cieszy. Dla mnie to…
pierwszy raz w moim życiu zakwitnie mi "grudzień", a obcięte miesiąc temu storczyki odrastają! normalnie cieszę się jak goopia - lubię takie drobiazgi, lubię dostać z zaskoczenia kartkę na urodziny, lubię, jak mnie ktoś docenia, za byle co nawet, lubię Wasze komentarze - cieszę się każdą najmniejszą przyjemnością
6) Pieniądze szczęścia nie dają, ale…
zakupy owszem ;P a tak serio - może i nie dają, jednak pomagają je osiągnąć, bo co by nie mówić, w dzisiejszym materialnym świecie, dobrze jest mieć kasę, bo to dużo ułatwia.
7) Rozśmiesza mnie do łez…
sama ja siebie rozśmieszam, np. jak dzisiaj kucając chciałam wstać, tylko nogi mi się zaplątały i tyłek grzmotnął o posadzkę, dobrze, że do ziemi blisko było :) rozśmiesza mnie obecnie syn - skubany ma takie odzywki chwilami, że ręce opadają.
8) Przyjaciel to…
ktoś bardzo wyjątkowy, ktoś, kto rozumie, że jak mówisz "spadaj, chcę zostać sama", to mam na myśli "jest mi źle, zostań ze mną" oraz ktoś, kogo cenisz za to, że ci powie w twarz, że pieprzysz i nie masz racji/ robisz błąd, a ty mu za to podziękujesz, bo wiesz, że ma rację i mówi szczerze
9) Jest posiłek i bywa uczta. Dla mnie to…
hmmmm, trudne pytanie... "posiłkiem" można się cieszyć na co dzień, a do osiągnięcia "uczty" dążyć. uczty się docenia znacznie bardziej od posiłków :)
10) Otacza nas mnóstwo sprzętów i gadżetów. Nie wyobrażam sobie życia bez…
komputera i telefonu - niestety, uległam pewnym nowinkom :)
11) Jutro będzie nowy dzień i niech mi przyniesie…
niech po prostu przyjdzie :) i niech nie będzie gorszy, od tych, co minęły :) to mi wystarczy
taki tam weekendzik
Zauważyłam, że udało mi się w weekend wywołać małą burzę w szklance wody i sprowokować całkiem fajną dyskusję :) Efekt niezamierzony, ale pożądany. Niestety miałam mały problem z odpowiadaniem Wam na bieżąco, gdyż po pierwsze primo dziecko dostarczyło mi niemałej rozrywki, jedno w piątek, bo musiałam nowe zasady w domu obwieścić i w życie wprowadzić, a drugie w sobotę, gdyż udaliśmy się wycenić sztukę dziecka do dentysty. Wyszło niemało, ogłosiłam zbiórkę funduszy na leczenie. Potem poszłam na mecz, gdzie ujrzałam obraz nędzy i rozpaczy, czyli jak to Resovia przegrała z Częstochową, co im chyba będzie wypominane do końca sezonu. Coś w stylu "jak zmarnować 2 godziny". Porażka i masakra, to były najczęściej słyszane słowa na trybunach. Ale cóż, trzeba zapomnieć, dupki zebrać w sobie i stanąć do walki, jak na mistrza polski przystało. Bo w sobotę to zagrali jak "miszcz" a nie "mistrz". W niedzielę więc, będąc w szoku po przegranej oraz pod wpływem cholernego halnego (= łeb mnie bolał od soboty) robiłam NIC. Uprawiałam je namiętnie w fotelu, oglądając zaległe Kości oraz Incepcję. Obiad zrobił się sam, upiekł się w piekarniku, wieczorem jedynie zaszalałam, bo w końcu i wreszcie wypadało tyłek ruszyć, i machnęłam takie tam, na zdjęciu poniżej.
Oraz pamiętam cały czas o "wyspowiadaniu się" dla Frytki i Frau Be. Mam niemal gotowe, tylko czasu brak na doprecyzowanie, gdyż dzisiaj mam lekarza oraz ćwiczenia :) odrobinę cierpliwości jeszcze poproszę.
życzę miłego poniedziałku!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
