środa, 12 września 2012

skąd się biorą tygrysy?

Najpiękniejsze są te syberyjskie, ale tam jest pierońsko zimno, więc na pewno nie dla mnie, Frau B dobrze by się tam czuła, ja wolę strefę klimatyczną Akulara. Frytka, Malawiart wytypowali mnie do zabawy. Skorzystam jednak z prawa do nietypowania dalej, bo widzę, że łańcuszek zatoczył już dość szerokie koło.

Pisałam kiedyś, skąd moja ksywka, więc nie będę się powtarzać. Wspominałam również dlaczego zaczęłam pisać. Kiedyś, kiedyś, w zamierzchłych czasach szkolnych (no dobra, nie aż tak zamierzchłych, dinozaury już wtedy nie żyły, a ludzie wyszli już z jaskiń) pisałam sobie pamiętnik. Byłam głupią nastolatką, która nie umiała sobie chyba poradzić z dojrzewaniem (kurde, ale teraz jestem mondra!). I tak sobie spisywałam, a moje notki były głównie o tym, jak bardzo wszystko jest do d... niczego (dojrzewanie to chyba najgłupszy okres w życiu). Potem przestałam, bo świat nabrał kolorów, innych niż odcienie szarości. Jak juz nieco podrosłam i uzyskałam stały dostęp do internetu znalazłam na onecie taką rubryczkę z polecanymi wpisami. I tak wpadłam na Klarkę i jej synogarlicę w pysku kota (szkoda ptaszka, ale cóż - takie jest życie). Czytałam jej bloga, komentarze, sama się nie odzywając. Trafiłam również kilka razy na Sharę i też mi się podobało. I tak to sobie trwało, błogo i spokojnie. Aż coś mnie podkusiło. W moim małżeństwie zdrowo tąpnęło. Pogubiłam się. Urodził się młody, który jakoś wyszło - okazał się być owocem naszych działań naprawczych (jest bardzo malowniczym i pięknym owocem). Młody dawał w kość. I w ciąży, i po urodzeniu. Zapewniał rozrywkę pierwsza klasa. Szpitale, przychodnie, itp. Byłam po prostu wypruta i fizycznie, i psychicznie. I nie wiedziałam, co z tym robić, bo nie miałam nawet czasu ani możliwości gdzieś tego ciśnienia spuścić. Czytałam sobie nadal te blogi z polecenia (od Klarki wpadałam na inne, trafiłam również na Akulara - strasznie mi się tutaj dyskusje poniżej podobały). I tak mi pewnego dnia wpadło do głowy - spiszę, co się dzieje wokół, może pomoże mi to posprzątać pod tym sufitem, bo tam bałagan straszny panuje. Owo wiekopomne wydarzenie miało miejsce dokładnie 27 stycznia 2011. Oczywiście na onecie. Zaglądnął do mnie Leslie, zaglądała Shara, ja sobie po ich blogach po cichutku znajdowałam inne: Malawiarta, Figę, Alanę, Mietkę, któregoś dnia Frau B (ziomalka!), sporo blogów czytam od Akulara. Wiem, że właśnie od Akulara przyszło parę osób :) I jest mi z tego powodu bardzo miło. Pisałam dla siebie, nie domagałam się uwagi, polecenia, cieszyły mnie pojedyncze komentarze. Teraz przeniosłam się tutaj, pojawiło się pewne grono czytających (co jest dla mnie i miłe, i zaskakujące zarazem). I tak oto opowiedziałam historię tygrysa :)

wtorek, 11 września 2012

grunt to dystans do siebie

Scenki domowe. M - mąż, Ż - żona, D - dziecko, płci żeńskiej, czyli młoda. Rzecz się działa w weekend. I proszę się ze mnie nie nabijać - ja mam zdolności i talenty w innych dziedzinach i widocznie są one tak wielkie, że dla pozostałych zabrakło miejsca :P
D: a co to mamo jest matematyka?
Ż: to kochanie nauka o liczbach i jest ci niezbędna, choćby po to, żebyś umiała w sklepie pieniążki liczyć.
D: aha...
M: trzeba też uczyć się historii, geografii, żebyś chociaż ty wiedziała, gdzie co leży (ha,ha, szyderca jeden- pomyślała matka)
Ż: oj tam, oj tam, mamusia geografię troszkę zna, może nie rewelacyjnie, ale coś tam...
M: stolica Belgii?
Ż: ha! Sofia!!!! yyyyy, nie!!!!! to Bułgarii - te na "be" mi się pomyliły!!!
M: widzisz dziecko? nie żebym jakieś państwo środkowo afrykańskie podał.... nie martw się kochanie, nie powtórzymy tego znajomym, żeby nie rozwiewać wątpliwości...

Poniedziałek. Miejsce - biuro. Gadki szmatki o dzieciach, usiłowałam powtórzyć - zrelacjonować powyższą scenkę. K - koleżanka.
Ja: .... i się mnie pyta o stolicę Brukseli, wiesz? A ja mu krzyczę z kuchni, dumna z siebie, że Sofia
K: ???
Ja: Tyyy, czekaj! jak ci źle opowiadam! on pytał o stolicę Belgi!!!

I tu poległam. Rechotałam z siebie do końca dnia niemal. A jak mi się wieczorem przypomniało, to dostałam głupawki. Ja na prawdę jestem kiepska z geografii i historii. Mam pamięć wzrokową i umysł ścisły. Matematyka to dla mnie pryszcz, ale historia była dla mnie zawsze najlepszym środkiem usypiającym. Geografię znam fragmentarycznie - znam te fragmenty map, które zwiedzam. A miasta, rejony - określam na zasadzie "około" - tam, po lewej na środku, na mapie. Pamiętam te rzeczy wzrokowo. Ale pamięciowo - za chiny ludowe :) Tak więc przyznaję się do bycia głupkiem z tych dziedzin. I śmieję się w duchu z siebie.

poniedziałek, 10 września 2012

wyszło słońce

".. a po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój..."
Pogoda, wewnętrzna i zewnętrzna wróciła na swoje miejsce. I mimo, że w głowie mi szumi, a pan w aptece uśmiał się serdecznie, gdy go poprosiłam o coś na zmutowane wirusy z "forte" lub "max" w nazwie, mogę powiedzieć śmiało, że jest mi dobrze. Słoneczko zaświeciło, burza minęła. Jutro badania okresowe i popołudniowy fryzjer. Coś na poprawę humoru. Młodemu się nie pogarsza, a to już jest plus. Musi wysiedzieć w domu i tyle. Samo przyszło - samo przejdzie. Najwyżej we środę wezmę go do kontroli do lekarza, gdyby nadal budził kaszlem sąsiadów. Nic to - do pracy rodacy i miłego dnia!

niedziela, 9 września 2012

przekichane

W piątek odebrałam dziecię z przedszkola i już mój matczyny instynkt podpowiedział "oho!! spodziewaj się matka czegoś! zacznijmy od tego nosa - uważaj, weekend może być wesoły!". I się nie mylił - niestety. Młoda zgłasza drapanie w gardle, ale po dokładnych oględzinach matka uznała je za lekką symulację (po 2 latach z mega anginami nie tak łatwo matkę nabrać :P). Natomiast młody to inna bajka. Zaczęło się od próby zrobienia kupy. U młodego sprawa nie jest prosta, bo cierpiał na zaparcia.O tym, co w diecie zawiera błonnik i przyczynia się do łatwiejszego wydalania, a co to utrudnia, to już chyba wiem wszystko. Dieta młodego została mocno wzbogacona, a parę rzeczy zostało z niej wycofanych. I nie mówię tu o słodyczach, o nie... młody nie jada czekolady, bananów, kaszy mannej, młody je jogurty z otrębami (sama mu dodaję), jabłka, gruszki, inne owoce, pije soki marchewkowe, zjada płatki owsiane, kaszę jaglaną, no normalnie powinien kupać na potęgę. No i się poprawiło. Ale zdarzają się takie dni jak sobota. Na kibelku na zmianę z nocnikiem spędził 4 (słownie: cztery) godziny. Nie obeszło się bez czopków. Sorry, że tak opisuję, ale po prostu w sobotę wymiękłam. Wysiadłam psychicznie, wydarłam się na młodego, który zaczął histeryzować, wyć bez powodu, nie dał się ruszyć z nocnika, bo zaczynał się drzeć, że chce natychmiast tam wrócić. Osiągnęłam granicę wytrzymałości. Ryczałam chyba z pół godziny, aż w końcu stolec się pojawił. Ufffff. Do tego wszystkiego doszło przeziębienie, katar po pas, dzisiaj kaszel i się kręci. W przyszłym tygodniu podział - mąż w poniedziałek i wtorek, a ja resztę tygodnia - jeśli będzie trzeba. Taka jest złośliwość rzeczy - ZAWSZE jak mężulskiego nie ma w domu, COŚ się dzieje. We czwartek rano wyjeżdża....wróci w niedzielę... Coś mi się zdaje, że muszę wyposażyć barek i szafkę z herbatą - uzupełnić o melisę. Syrop uspokajający posiadam ;) pół szafki leków na wszelkie przypadłości - tyle dni samej to może być istna szkoła przetrwania. A mówiłam, że sama też jakoś kicham i mówię nosowo? Nie? Hmmm, to może być na prawdę bardzo ciekawy tydzień.... A w pracy roboty huk - w poniedziałek mam potwierdzenie sporego zlecenia, do końca września mamy co robić, w ubiegłym tygodniu nie wiedziałam kiedy się po tyłku poskrobać.

czwartek, 6 września 2012

uderz w stół...

...a nożyce się odezwą. O co chodzi? O burzę wokół matek. Wpadła mi dzisiaj w ręce wypowiedź dotycząca pewnego felietonu. O co chodzi? - myślę. I co robię? Szukam. Szukam, z czego i dlaczego taka dyskusja się wywiązała. Rzecz dotyczy pewnej grupy matek, którą pan filozof nazwał "wózkowymi". Wyraził on swoje zdanie, co w naszym kraju nie jest mile widziane, a że jego zdanie jest na dodatek mocno kontrowersyjne, więc wywołało burzę, nalot i jazdę komentatorów, sprawiedliwych wśród narodów. Nożyce się odezwały. Z tego co widzę, co czytam, to wychodzi mi, że pan filozof nie zgadza się z pewnymi postawami życiowymi.  I jakoś tak się składa, że ja je również gdzieś w codziennym życiu dostrzegam. I również nie do końca mi się one podobają. Już pisałam raz o wykorzystywaniu zwolnień lekarskich na całą ciążę, wtedy, kiedy są one zbędne. Pan filozof pisze o matkach, które zasłaniając się dzieckiem, wykorzystują do bólu możliwe przywileje, sięgając po więcej i więcej. Hmm, czy powinnam się z tą opinią zgodzić? Nie wiem, nie znam takich przypadków za bardzo. Pan filozof zarzuca tym wózkowym brak chęci rozwijania się. Hmmm, też nie wiem co mogę odpowiedzieć. Wiem tylko, że za czasów urlopu macierzyńskiego starałam się jak ognia unikać placu zabaw. Owszem, bywały dni, kiedy potrzebowałam odmóżdżenia i gadki o niczym (czyt. jedzeniu, kupkach i ciuchach). Jednak na co dzień szukałam sobie celu. Dzisiaj idę tam i tam, w takim czy innym celu. Muszę zrobić zakupy, ale zamiast stać i tym biadolić, jak ciężkie mam życie - idę i robię, nie siedzę w miejscu. Czytając ten felieton i dyskusję nie zauważyłam, żeby pan odmawiał matkom czegokolwiek, żeby zarzucał im lenistwo. Nie, on zwrócił uwagę na pewne problemy. Np. plotkujące mamusie, nie widzące, że dzieci niszczą w tym czasie park, czyjąś (publiczną) własność piorąc się na wzajem. Jakoś ciężko mi się z tym nie zgodzić. Sama byłam świadkiem, jak jedno dziecko, zupełnie niechcący, nadepnęło mojemu na ręce. Grzecznie, jak to do dziecka, poprosiłam "kochanie, uważaj proszę, bo go podeptałaś". Dodam, że stałam przy nim. A mamusia do mnie z pyskiem (stała dalej, popychała drugi wózeczek i pisała sms od jakiś 15 minut - nie słyszała nawet jak ją córka kilkakrotnie wołała), jak ja śmiem czepiać się jej córki i się na nią drzeć! Żebym własnego nosa i dziecka pilnowała, a nie darła się na jej córkę. Hmmmm, święta krowa czy jak? Drażnią mnie dzieci biegające jak dzikie bestie po sklepie, zrzucające ciuchy z wieszaków, włażące na meble w sklepach meblowych, z butami najczęściej, robiące raban w parku typu rozwalanie zagrabionych liści czy trawy. Dlaczego mnie drażnią? Bo to przejaw braku szacunku do innych ludzi i ich pracy. Ale to nie jest wina dzieci, tylko rodziców. Osobiście swoim dzieciom tłumaczę, że pewnych rzeczy nie wolno, nie wypada, nie powinno się, bo... Dzieci to nie są "święte krowy", tak samo jak ich mamuśki. Rolą matki, która się tym dzieckiem opiekuje jest jego wychowanie i wyedukowanie, nie jest ich zadaniem hodować dzieci na potęgę, ale wychować na ludzi i członków społeczeństwa. Koloryt jest potrzebny, ale nie przesadzajmy z nim. I nie wiem, może jestem z kosmosu, jednak potrafię zrozumieć, że komuś może zawadzać obecność hałaśliwych, śliniących się maluszków w restauracjach, gdzie inni przychodzą zjeść w spokoju elegancką kolację i porozmawiać. Wydaje mi się, że to kwestia wychowania, kultury, charakteru i tolerancji wobec innych. Ja toleruję, że ktoś nie chce i nie lubi dzieci, jednak oczekuję w zamian, że inni będą tolerować mnie i moje poglądy, i moje dzieci. Staram się w wychowanie ich włożyć maksymalnie dużo rozsądku, przekazać im maksymalnie dużo wartości, zaszczepić w nich dobre wychowanie, tolerancję, itp. Staram się, a co mi z tego wyjdzie.... Zobaczymy... Wczoraj mało mnie krew nie zalała, jak nie mogłam ich opanować w sklepie meblowym :) Mam jednak nieodparte wrażenie, że gro komentujących i burzących się należy do opisywanej i krytykowanej przez pana filozofa grupy mamusiek :) Oczywiście - tematu nie wyczerpałam, bo można by o tym pisać i pisać, temat na kilka postów.

środa, 5 września 2012

uwzięli się czy co?

Normalnie wściekli się dzisiaj chyba. Wszystkich naokoło wzięło na niemiecki, w ilościach najlepiej sporawych w stosunku do zapodanego terminu, czyli najlepiej od razu, od ręki, za 5 minut. Jakoś nie zauważyłam, żeby się jakiś dziki tłum rzucał na umowę na dostawę oprogramowania dla przemysłu, która w załączniku miała specyfikację techniczną. No normalnie nie mogłam się odgonić od tego naporu chętnych, którzy by to wzięli, a wszyscy byli chętni zrobić to w 2 godziny ;P. Ech... ile ja się dzisiaj naedukowałam naszych klientów :) Medal za wytrwałość, cierpliwość i zachowanie względnie jasnego i sprawnego umysłu (póki co - do tworek mnie jeszcze nie wiozą). No i ostatnimi czasy robi się ze mnie specjalistka od dokumentacji techniczno - ruchowych od sprzętów mega skomplikowanych nie-codziennego użytku. Możecie mi też mówić specjalista od dtp. Wczoraj słuchałam wykładu i dyskusji, jaki wpływ ma lub powinno mieć państwo na proces prywatyzacji - oczywiście po angielsku, potem było o rynku nieruchomości, w naszym kraju i innych. Przyznam, że treść pozostała dla mnie nieznana, bo skupiłam się na tłumaczeniu i porównywaniu obu wersji. Efekt był taki, że jak jeden z prelegentów "rzucił" dowcip, to byłam jedyna niezorientowana. Ale skoro wszyscy się uśmiechali, to poszłam za tłumem.
Zaś w poniedziałek odprowadziłam me dziecię do szkoły i się wzruszałam przez godzinę. Potem mi przeszło, bo zasuwałam z nią po mieście, szalejąc na zakupach, udanych dodam. I tak to było. Za dwa tygodnie będę mogłam błysnąć różnymi skomplikowanymi pojęciami w języku angielskim :) Pozdrawiam!

poniedziałek, 3 września 2012

tadam!

Rok szkolny uważam za oficjalnie rozpoczęty. Zdaje mi się, że mamusia była bardziej przejęta od córki :)  Reszta później, teraz idziemy w miasto!