piątek, 1 sierpnia 2014
nie ma mnie
Mózg mi się zlasował. Trochę go wyparowało. Wrócę, jak odrośnie. Albo się na powrót skropli. Tygrys jest ugotowany w sosie własnym i to nie jest fajne. Nie umiem sklecić rozsądnie kilku zdań, bo mi się wszystko plącze. Post wakacyjny się tworzy (co to był ten urlop???????????? miałam go wogle??????????)
piątek, 18 lipca 2014
prawo do dokonania wyboru?
Wiem, miało być o urlopie. Stworzę posta w weekend, obiecuję. Muszę się troszkę do niego przyłożyć (zdjęcia, opis, itp. - odpowiednio dobrać). Teraz będzie o czymś innym. Niewakacyjnym.
Trochę mnie w kraju nie było. Odłączyłam się od sieci, wiadomości, całego szumu. Docierały do mnie skrawki. A ostatnio jak wiadomo było głośno o wielu rzeczach. Ja się chciałam aktualnie skupić na aborcji, eutanazji. Na możliwości lub niemożliwości podjęcia pewnych decyzji. Za kogoś, za siebie, w sprawie...
Wiadomo, zwolenników i przeciwników jest wielu. Każdy ma jakieś silne argumenty po swojej stronie. A mnie boli jedno - niezależnie od tego, jakie JA mam poglądu, jestem zmuszana do postępowania wg CUDZYCH postanowień. A ja chciałabym mieć wybór. Móc zdecydować w chwili nieszczęścia, co robić dalej.
Aborcja. Jestem osobą wierzącą. Może nie zagorzale, nie fanatycznie, nawet nie jakoś silnie, ale jednak. Odniosę się do wiadomej sytuacji, kiedy dr Chazan odmówił kobiecie wykonania zabiegu aborcji. O tym, czy miał do tego moralne prawo, nie teraz. Chociaż osobiście uważam, że mógł nie chcieć wykonać zabiegu, jednak w takim wypadku powinien odesłać ją do innych lekarzy. Ale to w innym poście. Temat za szeroki. Wracając do tej sytuacji. Zastanawiam się, czy będąc na miejscu tej kobiety dokonałabym zabiegu. Uczciwie mówię, że nie wiem. Wiem jednak, że zależałoby mi, aby mieć możliwość wyboru. Żeby móc samodzielnie podjąć decyzję i ponieść jej skutki. Moja decyzja, mój wybór, moje uczynki, moja odpowiedzialność. Podobne zdanie mam w przypadku do eutanazji. Chciałabym, aby mój wybór był uszanowany. Otwarcie mówię mężowi, że gdyby coś mi się stało, chcę, aby moje narządy poszły do przeszczepu. Również świadomie twierdzę, że nie chciałabym być sztucznie podtrzymywana przy życiu. Nie chciałabym, aby ktoś się ze mną "męczył", nie chciałabym wegetować. Oglądałam kiedyś taki dokument o brytyjskich szpitalach i rodzących się tam wcześniakach. Mają ustaloną granicę powyżej której ratują takie dzieci - podejmują próbę. Bo śmiertelność jest niezwykle wysoka. I lekarza oraz pielęgniarki rozważali, co oni by zrobili na miejscu takich rodziców. Bo są tacy, którzy nie podejmują leczenia "za wszelką" cenę, tylko pozwalają dzieciom odejść. Aby nie cierpiały. Często bowiem zdarza się, że dziecko się leczy, a ono mimo to, po tygodniu, dwóch, trzech, intensywnych i agresywnych metod leczenia, umiera. Cierpienie dziecka i tych rodziców jest przedłużane, może czasami niepotrzebnie? Ale oni mają wybór - mogę podjąć swoją własną decyzję. Tam im się na to pozwala. U nas z tym bywa różnie. Mam w rodzinie, dalszej, dziewczynę, która dokonała aborcji. Wiem, że była to dla niej cholernie trudna decyzja, którą okupiła cierpieniem i żałobą. Powodem były bardzo duże wady płodu, który się niemal nie rozwijał. Istniało bardzo duże ryzyko, że dziecko nie dożyje końca ciąży, zagrozi jej życiu, a jeśli jakoś dotrwa do końca ciąży, to nie przeżyje porodu. Nie rozwijało się serce, układ krwionośny i miało poważne wady układu nerwowego (doszło do mnie, że nie rozwijał się prawidłowo mózg). Ona podjęła swoją decyzję, za którą poniosła odpowiedzialność. Nikt jednak nie - jakby to ująć - nie narzucał jej niczego. Wyjaśniono jest, jak realnie wygląda sytuacja, nikt nie nakłaniał jej do żadnej opcji. Decyzja należała do niej, do jej rodziny. Została uszanowana. U nas nie uszanowano wyboru tej kobiety, o której rozpisywały się media. Na prawdę rozumiem, że duży odsetek naszego społeczeństwa jest wierzący i wiara nie pozwala im podejmowania decyzji, które są grzechem. Jednak domagam się tolerancji z ich strony. Każdy wierzący wie, że człowiek ma "wolną wolę". Ma możliwość wybrania, między dobrem, a złem. Katolik dokonując wyboru będzie odpierał pokusę, wybierał dobro. Ale wolna wola dopuszcza możliwość "złego wyboru" - złego według zasad wiary. Wybranie "zła" jest możliwe. Pamiętajmy jednak, że jest to "zły" wybór patrząc przez pryzmat wiary. Niech wierzący pozwolą nie-wierzącym na działania zgodne z własnym sumieniem. Żyjemy w państwie demokratycznym, a wg definicji tego słowa, państwie, które pozwala wybrać. A ja się czasami czuję, że moja możliwość dokonania wyboru jest tylko pozorna... Bo jak przyjdzie co do czego, to narzuca się mi "jedyną słuszną opcję". I że w takich realiach, jakie obecnie mamy, to nie lekarz, nie państwo, ale ksiądz na ambonie będzie mnie sztucznie podtrzymywał przy życiu w hipotetycznej sytuacji kryzysowej, mimo mojego głośnego i wyraźnego sprzeciwu.
Trochę mnie w kraju nie było. Odłączyłam się od sieci, wiadomości, całego szumu. Docierały do mnie skrawki. A ostatnio jak wiadomo było głośno o wielu rzeczach. Ja się chciałam aktualnie skupić na aborcji, eutanazji. Na możliwości lub niemożliwości podjęcia pewnych decyzji. Za kogoś, za siebie, w sprawie...
Wiadomo, zwolenników i przeciwników jest wielu. Każdy ma jakieś silne argumenty po swojej stronie. A mnie boli jedno - niezależnie od tego, jakie JA mam poglądu, jestem zmuszana do postępowania wg CUDZYCH postanowień. A ja chciałabym mieć wybór. Móc zdecydować w chwili nieszczęścia, co robić dalej.
Aborcja. Jestem osobą wierzącą. Może nie zagorzale, nie fanatycznie, nawet nie jakoś silnie, ale jednak. Odniosę się do wiadomej sytuacji, kiedy dr Chazan odmówił kobiecie wykonania zabiegu aborcji. O tym, czy miał do tego moralne prawo, nie teraz. Chociaż osobiście uważam, że mógł nie chcieć wykonać zabiegu, jednak w takim wypadku powinien odesłać ją do innych lekarzy. Ale to w innym poście. Temat za szeroki. Wracając do tej sytuacji. Zastanawiam się, czy będąc na miejscu tej kobiety dokonałabym zabiegu. Uczciwie mówię, że nie wiem. Wiem jednak, że zależałoby mi, aby mieć możliwość wyboru. Żeby móc samodzielnie podjąć decyzję i ponieść jej skutki. Moja decyzja, mój wybór, moje uczynki, moja odpowiedzialność. Podobne zdanie mam w przypadku do eutanazji. Chciałabym, aby mój wybór był uszanowany. Otwarcie mówię mężowi, że gdyby coś mi się stało, chcę, aby moje narządy poszły do przeszczepu. Również świadomie twierdzę, że nie chciałabym być sztucznie podtrzymywana przy życiu. Nie chciałabym, aby ktoś się ze mną "męczył", nie chciałabym wegetować. Oglądałam kiedyś taki dokument o brytyjskich szpitalach i rodzących się tam wcześniakach. Mają ustaloną granicę powyżej której ratują takie dzieci - podejmują próbę. Bo śmiertelność jest niezwykle wysoka. I lekarza oraz pielęgniarki rozważali, co oni by zrobili na miejscu takich rodziców. Bo są tacy, którzy nie podejmują leczenia "za wszelką" cenę, tylko pozwalają dzieciom odejść. Aby nie cierpiały. Często bowiem zdarza się, że dziecko się leczy, a ono mimo to, po tygodniu, dwóch, trzech, intensywnych i agresywnych metod leczenia, umiera. Cierpienie dziecka i tych rodziców jest przedłużane, może czasami niepotrzebnie? Ale oni mają wybór - mogę podjąć swoją własną decyzję. Tam im się na to pozwala. U nas z tym bywa różnie. Mam w rodzinie, dalszej, dziewczynę, która dokonała aborcji. Wiem, że była to dla niej cholernie trudna decyzja, którą okupiła cierpieniem i żałobą. Powodem były bardzo duże wady płodu, który się niemal nie rozwijał. Istniało bardzo duże ryzyko, że dziecko nie dożyje końca ciąży, zagrozi jej życiu, a jeśli jakoś dotrwa do końca ciąży, to nie przeżyje porodu. Nie rozwijało się serce, układ krwionośny i miało poważne wady układu nerwowego (doszło do mnie, że nie rozwijał się prawidłowo mózg). Ona podjęła swoją decyzję, za którą poniosła odpowiedzialność. Nikt jednak nie - jakby to ująć - nie narzucał jej niczego. Wyjaśniono jest, jak realnie wygląda sytuacja, nikt nie nakłaniał jej do żadnej opcji. Decyzja należała do niej, do jej rodziny. Została uszanowana. U nas nie uszanowano wyboru tej kobiety, o której rozpisywały się media. Na prawdę rozumiem, że duży odsetek naszego społeczeństwa jest wierzący i wiara nie pozwala im podejmowania decyzji, które są grzechem. Jednak domagam się tolerancji z ich strony. Każdy wierzący wie, że człowiek ma "wolną wolę". Ma możliwość wybrania, między dobrem, a złem. Katolik dokonując wyboru będzie odpierał pokusę, wybierał dobro. Ale wolna wola dopuszcza możliwość "złego wyboru" - złego według zasad wiary. Wybranie "zła" jest możliwe. Pamiętajmy jednak, że jest to "zły" wybór patrząc przez pryzmat wiary. Niech wierzący pozwolą nie-wierzącym na działania zgodne z własnym sumieniem. Żyjemy w państwie demokratycznym, a wg definicji tego słowa, państwie, które pozwala wybrać. A ja się czasami czuję, że moja możliwość dokonania wyboru jest tylko pozorna... Bo jak przyjdzie co do czego, to narzuca się mi "jedyną słuszną opcję". I że w takich realiach, jakie obecnie mamy, to nie lekarz, nie państwo, ale ksiądz na ambonie będzie mnie sztucznie podtrzymywał przy życiu w hipotetycznej sytuacji kryzysowej, mimo mojego głośnego i wyraźnego sprzeciwu.
wtorek, 15 lipca 2014
wróciłam i zapowiadam posta
Cześć i czołem, kluski z rosołem
Tjaaa...
No po prostu wróciłam, dochodzę do siebie i próbuję poczuć pociąg do obowiązków w pracy. Postaram się w tym tygodniu sklecić posta upstrzonego zdjęciami, zawierającego relację z odbytego urlopu. Na razie idę powalczyć z leniwcem, który się we mnie obudził, panoszy się i nie chce dopuścić do głosu pracowitej pszczółki. Pa!
Tjaaa...
No po prostu wróciłam, dochodzę do siebie i próbuję poczuć pociąg do obowiązków w pracy. Postaram się w tym tygodniu sklecić posta upstrzonego zdjęciami, zawierającego relację z odbytego urlopu. Na razie idę powalczyć z leniwcem, który się we mnie obudził, panoszy się i nie chce dopuścić do głosu pracowitej pszczółki. Pa!
wtorek, 1 lipca 2014
Melduję się!
Dojechaliśmy. Stop. Jest pięknie. Stop. Pogoda dopisuje. Stop. Młoda wydobrzała, na kilka godzin przed wyjazdem dostała zastrzyk w tyłek puściło. Stop. Moja angina w odwrocie. Okazała się straszną suką i gardło (na szczęście bez spuchnięcia) miałam poranione aż na podniebieniu. Stop. Poniżej ja, podziwiajcie :D Stop. Pozdrawiam serdecznie. Stop. Bez odbioru. Stop.
piątek, 27 czerwca 2014
wielkie buuu, czyli nieszczęścia chodzą parami
Ktoś mi wczasów pożałował... Mloda dostała ataku alergii, na razie jeszcze obeszło się bez szpitala. A ja mam anginę i tydzień antybiotyku. Zamiast na wczasy pojadę chyba do sanatorium. Ciechocinek się nada?
czwartek, 26 czerwca 2014
przygotowania do końca świata
Wchodzę do mojej kuchni i widzę...
To z grubsza tyle... Dojdzie jeszcze zgrzewka mleka, słoik albo dwa dżemu i artykuły "na drogę". Mięsko w słoikach zrobiła moja mama.
- 1,5 kilo makaronu świderki
- 2 paczki makaronu spagetti
- 4 słoiki sosu bez konserwantów
- 6 torebek kisielu
- 2 pudełka ryżu
- 2 opakowania płatków owsianych
- 3 opakowania musli
- 2 opakowania płatków "jaśki"
- 2 paczki kaszy jaglanej
- kilo cukru
- paczka kakao
- pudełko herbaty
- paczka kaszy gryczanej palonej
- 2 paczki makaronu "literki"
- 3 opakowania żółtego sera
To z grubsza tyle... Dojdzie jeszcze zgrzewka mleka, słoik albo dwa dżemu i artykuły "na drogę". Mięsko w słoikach zrobiła moja mama.
Tygrys jest niniejszym gotowy na wczasy :D
środa, 25 czerwca 2014
o wychowywaniu dzieci...
Dopadłam krótki artykuł w gazecie (tej PeeL) i czytam... Pozwolę sobie powstawiać wypowiedzi i fragmenty, bo chciałabym się odnieść do każdego z nich. Oczywiście, mój wpis jest całkowicie subiektywny i popełniony przez pryzmat moich osobistych poglądów i zachowań. Generalnie rzecz w tym, że matki tęsknią za "dawnymi czasami".
1. Większy luz.
cyt. - Kiedyś rodzice byli bardziej wyluzowani w swoim podejściu do dzieci - przekonuje Iwona, mama 4-letniego Tymona. - Teraz mamy wyrzuty sumienia, jeśli spędzamy czas w sposób, który nie jest w naszym przekonaniu wartościowy: nie uczy czegoś dziecka, nie wspomaga jego rozwoju itd. A szkoda. Czasem warto byłoby po prostu poleżeć na kanapie i pooglądać telewizję, bez dorabiania do tego żadnej filozofii
Feel free! A kto zabroni? Jak nie mam ochoty, nie idę z dzieciakami na spacer - niech się same wyprowadzą ;P Jak pisałam niedawno - jestem grzeszną matką, leniwą i staromodną. Nie kupuję zabawek przez pryzmat wspierania rozwoju koordynacji ruchowo-wzrokowej. Niech te dzieci też mają coś z życia. Jak chcą bajkę na dobranoc - starsza umie czytać, może przeczytać sobie i bratu ;) Nie zamierzam się całe życie spinać.
2.Bez dorosłych.
cyt. W rozmowach z innymi mamami najczęściej słyszę skargę na to, że boimy się wypuszczać dzieci na dwór bez opieki kogoś dorosłego. Z nostalgią wspominamy podwórkowe bandy i samodzielność.
Tutaj również popełniam grzech luzowania... Pod blok dzieci chodzą same. Same sobie wymyślają zabawy (w dom, chowanego, ganianego) - ja w to nie ingeruję. Póki się nie biją, nikt ich nie zaczepia, póki się umieją dogadać - ja się nie wtrącam. Niech się same uczą życia w grupie, ustawiania się na pozycji lidera lub nie - nie ingeruję. Dzięki temu mam szanse sobie ugotować obiad bez ciągłego "mamo, piciu" lub innych. Nie planuję śledzić moich dzieci. Jedyna różnica jest taka, że starsza ma komórkę i jakby się coś działo, coś, co wymaga natychmiastowej interwencji, to dzwoni. Jeśli alarmu nie ma - przychodzi do domu i normalnie zawiadamia.
3. I bez dzieci!
cyt. Przestaliśmy też prowadzić życie towarzyskie takie jak przed laty: - Kiedyś rodzice zapraszali do domu dorosłych gości, mieli swoje dorosłe życie, które było tylko ich - mówi Iwona. - Teraz wszyscy się zastanawiają, skąd wziąć na ten czas opiekunkę, bo przecież nie do pomyślenia jest mieć dorosłych gości, kiedy dzieci śpią...
Ja nie przestałam. Dzieci idą spać, a my możemy kontynuować spotkanie. Różnica jest taka, że jedno z nas w trakcie imprezy nie pije - na wszelki wypadek ;)
4. Mniej ingerencji.
cyt. Kiedyś dzieciom mniej organizowano czas, zostawiano je w spokoju i pozwalano samodzielnie wybierać sobie zabawy (...) Brakuje mi teraz u dzieciaków tego przebywania w spontanicznie stworzonej, niezorganizowanej grupie rówieśników, bez nadzoru dorosłych właściwie. Samodzielne wymyślanie zabaw, reguł, zmaganie się z tymi, którzy reguł przestrzegać nie chcą. Swoista nauka życia. Wszystko jest im teraz zorganizowane, od tej do tej przedszkole, od tej do tej angielski, potem dwa kwadranse na rower, potem kolacja etc.
Znowu nie rozumiem... No bo skoro brakuje, i skoro by te matki chciały, to czemu tego nie robią? Czemu nie pozwolą dzieciom zwyczajnie żyć? Kiedy idę z córką na rower, to idę, ale to jest sporadyczne. Oni się bawią sami! Po co im matka, która raz, że zapomniała trochę jak być dzieckiem i jak się bawić, dwa, że będzie stać i gadać jak rodzic jakiś (uważaj, nie właź, zaraz spadniesz) - niech sobie poużywają w swoim własnym towarzystwie rówieśników.
5. Dzieci i ryby głosu nie mają?
cyt. Niektórym z nas przeszkadza też to, że dzieciom w dzisiejszych czasach na więcej się pozwala. Iza wylicza krótko: - Dziecko powinno mieć obowiązki. Samo odrabiać lekcje. Szanować dorosłych. Nie wtrącać się bez pytania - mówi. Wtóruje jej Brygida: - Pamiętam, że jak próbowaliśmy przekrzyczeć dorosłych, wiecznie słyszeliśmy "dzieci i ryby głosu nie mają" - opowiada. - Naprawdę chciałabym, żeby nie było teraz tej mody na bezstresowe wychowanie, mogłabym ze spokojnym sumieniem wrzasnąć do córki: "ciiiisza, teraz ja mówię", nawet publicznie - marzy.
To nie pozwalaj, jedna z drugą! Nie jestem fanką tyranizowania, jednak sądzę, że każdy powinien znać swoje miejsce w szeregu. Nie można się zatracić w dziecku, postawić go w centrum naszego wszechświata i traktować jak złote jajo, bo w ten sposób wyrządzamy mu krzywdę. Dziecko jest człowiek, zasługuje na szacunek, uwagę, itp. Jednak jest również przyszłą jednostką w społeczeństwie i warto mu uświadomić, że nie zawsze jest (i nie zawsze będzie) najważniejszą gwiazdą. Owszem - należy mu wpajać szacunek do samego siebie i poczucie własnej wartości, jednak nie róbmy z niego egocentrycznej gwiazdy. Rzucanie wszystkiego "bo dziecko chce" jest dla niego szkodliwe.
6. Większa samodzielność.
cyt. Kiedyś oczekiwano od nas większej samodzielności: wcześniej zaczynaliśmy się sami ubierać, wybierać ubrania, wiązać sznurówki, robić proste kanapki. - Nie odprowadzano nas pod drzwi klasy i nie odbierano samochodem ze szkoły - dodaje Iwona. - Teraz dzieci są pokrzywdzone przed nadopiekuńczych rodziców, którzy we wszystkim ich wyręczają i ciągle nad nimi drżą
Zgadzam się, że jak dziecko ma daleko do szkoły, to wypada je zawieźć... Z drugiej strony... jak miałam 8-9 lat zasuwałam autobusem przez całe miasto (niemal 20 przystanków) i żyję! Obecnie moje dziecko wraca ze szkoły samo, samo sobie podgrzewa w mikrofali naszykowane jedzenie i siedzi, póki nie wrócimy z pracy. I też żyje.
Podsumowując - drogie mamy, które z nostalgią wspominacie swoje dzieciństwo, pełne kolegów, podwórka, swobody, samodzielności, zabaw - nie zabierajcie tego swoim dzieciom! Uwierzcie, że one sobie dadzą radę! Nie stójcie nad nimi z kloszem. Lepiej małymi kroczkami pozwalać im się usamodzielniać, niż później mieć problem - z nimi i sobą. Bo my, mamuśki, też się musimy nauczyć nasze dzieci "puszczać", uświadomić sobie, przyzwyczaić się, że rosną i nie jesteśmy im już tak potrzebne, jak za czasów kołyski...
Ale... jak mówiłam... post jest absolutnie nieobiektywny!
źródło: http://www.edziecko.pl/przedszkolak/56,79345,16141830,Moze_warto_wrocic_do_niektorych_sposobow_wychowywania.html#TRCuk
1. Większy luz.
cyt. - Kiedyś rodzice byli bardziej wyluzowani w swoim podejściu do dzieci - przekonuje Iwona, mama 4-letniego Tymona. - Teraz mamy wyrzuty sumienia, jeśli spędzamy czas w sposób, który nie jest w naszym przekonaniu wartościowy: nie uczy czegoś dziecka, nie wspomaga jego rozwoju itd. A szkoda. Czasem warto byłoby po prostu poleżeć na kanapie i pooglądać telewizję, bez dorabiania do tego żadnej filozofii
Feel free! A kto zabroni? Jak nie mam ochoty, nie idę z dzieciakami na spacer - niech się same wyprowadzą ;P Jak pisałam niedawno - jestem grzeszną matką, leniwą i staromodną. Nie kupuję zabawek przez pryzmat wspierania rozwoju koordynacji ruchowo-wzrokowej. Niech te dzieci też mają coś z życia. Jak chcą bajkę na dobranoc - starsza umie czytać, może przeczytać sobie i bratu ;) Nie zamierzam się całe życie spinać.
2.Bez dorosłych.
cyt. W rozmowach z innymi mamami najczęściej słyszę skargę na to, że boimy się wypuszczać dzieci na dwór bez opieki kogoś dorosłego. Z nostalgią wspominamy podwórkowe bandy i samodzielność.
Tutaj również popełniam grzech luzowania... Pod blok dzieci chodzą same. Same sobie wymyślają zabawy (w dom, chowanego, ganianego) - ja w to nie ingeruję. Póki się nie biją, nikt ich nie zaczepia, póki się umieją dogadać - ja się nie wtrącam. Niech się same uczą życia w grupie, ustawiania się na pozycji lidera lub nie - nie ingeruję. Dzięki temu mam szanse sobie ugotować obiad bez ciągłego "mamo, piciu" lub innych. Nie planuję śledzić moich dzieci. Jedyna różnica jest taka, że starsza ma komórkę i jakby się coś działo, coś, co wymaga natychmiastowej interwencji, to dzwoni. Jeśli alarmu nie ma - przychodzi do domu i normalnie zawiadamia.
3. I bez dzieci!
cyt. Przestaliśmy też prowadzić życie towarzyskie takie jak przed laty: - Kiedyś rodzice zapraszali do domu dorosłych gości, mieli swoje dorosłe życie, które było tylko ich - mówi Iwona. - Teraz wszyscy się zastanawiają, skąd wziąć na ten czas opiekunkę, bo przecież nie do pomyślenia jest mieć dorosłych gości, kiedy dzieci śpią...
Ja nie przestałam. Dzieci idą spać, a my możemy kontynuować spotkanie. Różnica jest taka, że jedno z nas w trakcie imprezy nie pije - na wszelki wypadek ;)
4. Mniej ingerencji.
cyt. Kiedyś dzieciom mniej organizowano czas, zostawiano je w spokoju i pozwalano samodzielnie wybierać sobie zabawy (...) Brakuje mi teraz u dzieciaków tego przebywania w spontanicznie stworzonej, niezorganizowanej grupie rówieśników, bez nadzoru dorosłych właściwie. Samodzielne wymyślanie zabaw, reguł, zmaganie się z tymi, którzy reguł przestrzegać nie chcą. Swoista nauka życia. Wszystko jest im teraz zorganizowane, od tej do tej przedszkole, od tej do tej angielski, potem dwa kwadranse na rower, potem kolacja etc.
Znowu nie rozumiem... No bo skoro brakuje, i skoro by te matki chciały, to czemu tego nie robią? Czemu nie pozwolą dzieciom zwyczajnie żyć? Kiedy idę z córką na rower, to idę, ale to jest sporadyczne. Oni się bawią sami! Po co im matka, która raz, że zapomniała trochę jak być dzieckiem i jak się bawić, dwa, że będzie stać i gadać jak rodzic jakiś (uważaj, nie właź, zaraz spadniesz) - niech sobie poużywają w swoim własnym towarzystwie rówieśników.
5. Dzieci i ryby głosu nie mają?
cyt. Niektórym z nas przeszkadza też to, że dzieciom w dzisiejszych czasach na więcej się pozwala. Iza wylicza krótko: - Dziecko powinno mieć obowiązki. Samo odrabiać lekcje. Szanować dorosłych. Nie wtrącać się bez pytania - mówi. Wtóruje jej Brygida: - Pamiętam, że jak próbowaliśmy przekrzyczeć dorosłych, wiecznie słyszeliśmy "dzieci i ryby głosu nie mają" - opowiada. - Naprawdę chciałabym, żeby nie było teraz tej mody na bezstresowe wychowanie, mogłabym ze spokojnym sumieniem wrzasnąć do córki: "ciiiisza, teraz ja mówię", nawet publicznie - marzy.
To nie pozwalaj, jedna z drugą! Nie jestem fanką tyranizowania, jednak sądzę, że każdy powinien znać swoje miejsce w szeregu. Nie można się zatracić w dziecku, postawić go w centrum naszego wszechświata i traktować jak złote jajo, bo w ten sposób wyrządzamy mu krzywdę. Dziecko jest człowiek, zasługuje na szacunek, uwagę, itp. Jednak jest również przyszłą jednostką w społeczeństwie i warto mu uświadomić, że nie zawsze jest (i nie zawsze będzie) najważniejszą gwiazdą. Owszem - należy mu wpajać szacunek do samego siebie i poczucie własnej wartości, jednak nie róbmy z niego egocentrycznej gwiazdy. Rzucanie wszystkiego "bo dziecko chce" jest dla niego szkodliwe.
6. Większa samodzielność.
cyt. Kiedyś oczekiwano od nas większej samodzielności: wcześniej zaczynaliśmy się sami ubierać, wybierać ubrania, wiązać sznurówki, robić proste kanapki. - Nie odprowadzano nas pod drzwi klasy i nie odbierano samochodem ze szkoły - dodaje Iwona. - Teraz dzieci są pokrzywdzone przed nadopiekuńczych rodziców, którzy we wszystkim ich wyręczają i ciągle nad nimi drżą
Zgadzam się, że jak dziecko ma daleko do szkoły, to wypada je zawieźć... Z drugiej strony... jak miałam 8-9 lat zasuwałam autobusem przez całe miasto (niemal 20 przystanków) i żyję! Obecnie moje dziecko wraca ze szkoły samo, samo sobie podgrzewa w mikrofali naszykowane jedzenie i siedzi, póki nie wrócimy z pracy. I też żyje.
Podsumowując - drogie mamy, które z nostalgią wspominacie swoje dzieciństwo, pełne kolegów, podwórka, swobody, samodzielności, zabaw - nie zabierajcie tego swoim dzieciom! Uwierzcie, że one sobie dadzą radę! Nie stójcie nad nimi z kloszem. Lepiej małymi kroczkami pozwalać im się usamodzielniać, niż później mieć problem - z nimi i sobą. Bo my, mamuśki, też się musimy nauczyć nasze dzieci "puszczać", uświadomić sobie, przyzwyczaić się, że rosną i nie jesteśmy im już tak potrzebne, jak za czasów kołyski...
Ale... jak mówiłam... post jest absolutnie nieobiektywny!
źródło: http://www.edziecko.pl/przedszkolak/56,79345,16141830,Moze_warto_wrocic_do_niektorych_sposobow_wychowywania.html#TRCuk
Subskrybuj:
Posty (Atom)
