wtorek, 17 września 2013

kibelkowy savoir-vivre

REGULAMIN KORZYSTANIA Z TOALETY


1. Po skorzystaniu toaletę zostawiamy po sobie czystą, w szczególności poprzez:
- dokładne spuszczenie po sobie wody (należy nacisnąć przycisk na spłuczce DO KOŃCA i wzrokowe upewnienie się że wszystko zostało spłukane; 
- wytarcie po sobie śladów użytkowania, zarówno na desce oraz obrzeżu muszli, jak i podłodze – o ile takie wystąpią. 
2. Zalecane jest aby panowie korzystali z toalety na siedząco, co sprzyja utrzymaniu higieny i optymalnie miłego zapachu w pomieszczeniu toalety. 
3. Opakowania artykułów higienicznych, jak również zużyte ręczniki papierowe umieszczamy w kubełku na odpady znajdującym się w rogu pomieszczenia WC. 
4. Na koniec dobrze jest zamknąć za sobą drzwi (na klamkę), albowiem - jak wiadomo - toaleta znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie pomieszczeń biurowych, więc niepożądane zapachy toaletowe powodują dyskomfort pracowników oraz klientów naszej firmy. 
Przestrzeganie powyższych zasad pozwoli nam utrzymać podstawową higienę w toalecie, jak również umili przebywanie w tym przybytku bez traumy gdy zdarzy Ci się odwiedzić go bezpośrednio po poprzednim użytkowniku.

Źródło: znalezione w sieci.

Aktualne miejsce: mój biurowy wu-cet. Na przeciwko muszli, na wysokości oczu, do poczytania. Do przemyślenia i zastosowania.

poniedziałek, 16 września 2013

poniosło mnie nieco...

...i nie była to bynajmniej fantazja.
Zaczęło się od robótek zaczętych tydzień temu - chusta dla mnie, a w piątek zaczęłam czapkę dla młodej.
I tak:
Sobota. Moje ukochane dziecko, skarbuś słodki, niuniuś... wstał kuźwa o 6.30!!!!! Wrrrrr. Ja więc wstałam za nim o 7.30, bo jak mi dziecko od 6:30 jęczy o herbatniki, znaczy, że głodne i może matka poda coś pożywniejszego niż ciastka? (tylko, że jej się wstawać to tak jakoś średnio chciało) I tym sposobem dzień wolny zaczął się matce przed godziną 8:00. I okazał się nader pracowity...
Efekt? do 11:00 miałam umyte okna, powycierane kurze, nawet z szafek wysokich (pod sufitowych, tam, gdzie wyciera się rzadko lub jak ma przyjść baba w białych rękawiczkach), wyprane firanki, zmienioną pościel, umytą łazienkę i zrobione pranie codzienne oraz zagniecione ciasto. Obiad dała babcia, więc na tym polu nie musiałam się wysilać.
Potem chwila relaksu - czyli serial Kości (nagranie z tygodnia) i zakończenie chusty i czapki. Efekt? Proszę podziwiać :) do czapki dorabia się mała chusta - jednak muszę dokupić troszkę włóczki, bo mi braknie.



Po południu zawiozłam dziecko na urodziny, a z młodszym poszłam na długi spacer w kierunku domu. Przegoniłam go myślę ze 2-3 km lekką ręką. Po drodze zbieraliśmy kasztany. I tak mi się zeszła sobota. Aaaa, jeszcze wieczorem dokończyłam ciasto, które jakoś dziwnie się rozeszło... w niedzielę ok. 14:00 zostało po nim tylko wspomnienie i parę okruszków...

W niedzielę bumelowałam. Poza machnięciem pysznego rosołu (na życzenie dziecków) i kotlecików devolay (czy jak się to cudo pisze) nie robiłam nic. Tylko nie wiedzieć czemu, miałam nieodpartą ochotę zakneblować i związać moje kochane niuniusie, kwiatuszki słodkie, słoneczka.... Wrrrrrr.... Jak ja mam pms, to one się robią wtedy wyjątkowo uciążliwe i potrafią dowalić.

wtorek, 10 września 2013

odrobina optymizmu wrześniowego

Przełom lata i jesieni to taki ciężki okres dla duszy. Koniec lata, koniec urlopu (dla większości), koniec ciepła, koniec pięknych ciepłych dni - powoli zastępuje to wszystko chłód, więcej deszczu, więcej chmur - i te chmury nawet są jakieś takie inne - deszczowe, ciężkie, jesienne... Wydatków trochę jest, kto ma dzieci w szkole ten wie.... Nic tylko w depresję popadać.

A ja się nie dam. Dzieje się u mnie troszkę, nie chce mi się pisać, bo jakoś mnie niechciej opanował. Nie tylko w tej dziedzinie, żeby nie było. Ale postaram się z nim skończyć. I mam na to sposoby takie:
- zakupy szkolne zamiast w dużym sklepie - robię w pepco - plastelina jest plastelina, Hello Kitty na okładce nie gwarantuje, że dziecko z niej lepiej będzie lepiło! Wniosek - oszczędzam! I powiem Wam - całkiem ładnie oszczędzam :) Ostatnio poszłam do biedronki po chleb, a wróciłam z piórnikiem! Prawie jak moja znajoma, która poszła po chleb, a wróciła z lampka nocną (możliwe, że właśnie to czyta i się uśmiecha).
- aby nie czuć się zaspaną, do pracy będę jeździć rowerem - nic tak nie pobudza jak zajeżdżający drogę kierowca i świeże powietrze. Przy okazji - w kieszeni zostanie mi przynajmniej 60 zł, które wydaję na bilety. A jestem za to bardziej mobilna :D
- w poniedziałki i czwartki zaczynam regularnie chodzić na zajęcia fitness w domu kultury - caaaałe 20 zł na miesiąc - jeszcze mnie stać. Zaniedbałam się w ostatnie 3 tygodnie, tylko rowerem jeździłam. i też nieregularnie. Potrzebuje endorfin - chyba się uzależniłam.
- jak na wrzesień - pogoda jest całkiem niezła. Jutro załamanie, ale.... kochani... mieliśmy w tym roku tyle słońca, że można było wyschnąć na wiór. Poza tym - mam kurtkę przeciwdeszczową (to pod kątem roweru).
- w ramach odnowy w szafie swojej i nie swojej (bo nic tak nie cieszy baby, jak nowa szmatka)- dziergam sobie komplet dla młodej i dla siebie, dla niej szal i czapka, dla mnie szal - chusta. Zamieszczę, żeby się pochwalić, o ile mi wyjdzie, ale co ma nie wyjść (niech se Frytka nie myśli, że tylko ona umi). Będzie takie jak chcę i na pewno nikt takiego mieć nie będzie!
- ponadto do kompletów na szyję zamierzam dorobić sobie sweterek - ostatnio widziałam jeden na dziewczynie, bardzo mi się spodobał, ale nie znalazłam nigdzie takiego na serwisach zakupowych wszelkiej maści. Więc se zrobię. Jak nie spełni oczekiwań - będę go najwyżej w domu nosić ;)
- zorganizuję babskie spotkanie, bo czas najwyższy ku temu, żeby pogadać.
- za miesiąc jadę do stolycy i zamierzam zabrać ze sobą butelkę wina, które degustowałam z siostrą we Francji aż po samo dno butelki (Dreamu - nie pytaj jakie, bo to trochę profanacja wina jest). No i może zostanę tam na cały weekend, o ile jedna Shara będzie chciała się spotkać i znowu czegoś nie wymodzi :P
- chciałabym również rozejrzeć się za nową pracą, ale tu mnie powstrzymuje jakaś wewnętrzna obawa... Wkońcu nie mam 20 lat i taka zmiana jest dla mnie poważnym krokiem. Jednak tutaj powoli przestaje mnie cokolwiek trzymać (poza ludźmi), a w miejsce dawnej frajdy, wchodzi frustracja i nerwy - uważam, że zupełnie niepotrzebnie
- sklejam powoli mój rozbity talerz i maskuję łączenia. Powinno być okej. Zobaczymy. W każdym razie dużo się nauczyłam i stwardniałam (po raz kolejny?) - obym się w jakiegoś pancernika nie zamieniła przypadkiem.
- a w ogóle - jeśli się dzieje, to przynajmniej nie jest nudno, nawet jeśli nie zawsze dzieje się dobrze. Taka kolej rzeczy - jakby tylko było słodko i cudownie, to by człowieka zemdliło.

No. Tak więc - depresjo jesienna - wypieprzaj! Nie ma miejsca dla ciebie u mnie.


piątek, 6 września 2013

no więc...

Niniejszym ogłaszam ten tydzień tygodniem ludzi bezmyślnych, zakręconych i świrów. Ze szczególnym uwzględnieniem poniedziałku. W każdej godzinie tamtego (na szczęście zakończonego!!!!) dnia ktoś usilnie starał się dostarczyć mi dowody na istnienie bezmózgowia, braku wyobraźni lub bycia bałwanem - nad wyraz skutecznie.
Tydzień skażony sobotnim weselem, niedzielnymi poprawinami i małym rodzinnym przyjęciem we wtorek. I nie idzie tu o jakieś strasznie późne godziny powrotu, ale sam fakt "imprezowania" i nadszarpniętych wieczorów.
Tydzień nienormalny, na całe jego szczęście - chylący się ku końcowi.
Tydzień przepełniony niegasnącym odczuciem "cholera, żeby mi się chciało, tak jak mi się nie chce".
Dzień dzisiejszy, piątek, postanowił jednak być nie gorszy od poniedziałku i również zaserwował mi wątpliwe atrakcje. Ech..... Szczęście w nieszczęściu jest takie, że sobotę spędzę sama u mamy i mam wrażenie, że nadgonię z robótką na drutach oraz książką. Będzie błogi spokój... pomijając fakt, że mama jest chora. Jednakowoż nie jest dzieckiem i nie będzie marudzić ;) Taki pacjent jest znośny.
Idę sobie, zanim coś jeszcze "wyskoczy" niczym królik z kapelusza. Mówię Wam - tydzień masakryczny. Mam nadzieję, że weekend się odetnie od pozostałych kolegów z tygodnia.

środa, 28 sierpnia 2013

Górskie wyprawy tygrysa z tygrysiątkiem

Post z dedykacją dla Ewy.

Jak co roku, już drugi rok z rzędu (hłe, hłe, młoda ta tradycja jeszcze) wypuściłam się z córką w nasze piękne góry, a konkretnie Tatry, które kocham, uwielbiam, miłuję, muszę tam być i już. Usiłuję swoje umiłowanie przekazać córce i chyba mi się udaje ta sztuka.

Czwartek, 22.08
Wyjazd z domu, przesiadka w Krakowie, szybka wizyta w decathlonie celem odebrania butów dla córki i jedziemy do Zakopanego. W tym dniu nie robiłyśmy już nic, przeszłyśmy się tylko troszkę, coby okolicę poznać i zobaczyć, gdzie co leży (czytaj sklep na przykład, czy jakaś jadłodajnia). Siusiu, paciorek i spać, bo jutro idziemy zdobywać szczyty. Nocleg miałam w okolicy ulicy Kościeliskiej, boczna uliczka, zaraz obok liceum sztuk pięknych, z widokiem na "Giewonda", jak mówiła moja córa, regularnie przekręcając nazwę. Cicho, bardzo spokojnie, czysto i cenowo stosunkowo okej. I blisko do busów, które odjeżdżają również spod dolnych Krupówek (nie musiałyśmy zasuwać na dworzec!).


Piątek, 23.08
Pobudki nie trzeba było robić, jakoś same wstałyśmy około 7-mej i przed 9-tą już jechałyśmy w kierunku Łysej Polany. Cel - Morskie Oko, które córa chciała koniecznie zobaczyć. Początki drogi były jakieś ciężkie, młoda marudziła, stękała, ale szła. Jakoś. Rozkręciła się przy Wodogrzmotach, które jakieś małe się wydawały, po upalnym lecie - zdarzało się, że jednak było tam więcej wody, niż obecnie. Morski Oko, jak zawsze ładne, malownicze, tylko okrutnie zaludnione - można oszaleć. Zjadłyśmy ciepły posiłek, wypiłyśmy czekoladę i czym prędzej uciekłyśmy w górę - w kierunku przełęczy Szpiglasowej. Trasa na przełęcz jest niesamowicie malownicza. Szlak odchodzi w prawo od MO i wznosi się powoli po zboczu góry. Wąska, ale bardzo łagodna ścieżka prowadzi początkowo przez las. Po około 10 minutach las się nieco przerzedza, a oczom ukazuje się jezioro - błękitne, piękne, oddalone. Na ścieżce jest raptem kilkoro turystów (nie są to turysty z bryczek, ale turyści). Cisza i coraz lepiej widoczne z góry jezioro. Przed nami majestatyczny Mnich,  pochylony, idzie ku szczytom, na lewo kolejne górskie zbocza otaczające MO, po lewej stronie powoli rysuje się niecka Czarnego Stawu pod Rysami, który jeszcze jest niewidoczny - jesteśmy jeszcze na zbyt małej wysokości. Ścieżka powoli wyprowadza nas z lasu, na poziom kosodrzewiny. Zbliżamy się do Mnicha i do kamienistych zboczy. Mijamy kolejny raz strumyczek spływający z góry, ścieżka wije się zakosami, nadal łagodnie i delikatnie. Po nieco ponad godzinie dochodzimy do rozwidlenia szlaków. Mamy widok na Dolinkę za Mnichem, w tle ścieżkę na Wrota Chałubińskiego. Mnich nieco stracił na majestacie, jakby się skurczył... Sama Szpiglasowa Przełęcz i szczyt Szpiglasowy tonie w chmurze, choć na dole świeci słońce. Do szczytu jeszcze około godziny (przy tempie, w jakim szła młoda, myślę, że max 45 minut). Jednak na tym etapie rezygnujemy. Jest już za późno na większy odpoczynek i dalsze wspinanie. Trzeba jeszcze zejść ze ścieżki i wrócić do tego gniazda buczących os nad MO, a potem jeszcze z MO na dół do busa. Droga w dół do MO była lekka i przyjemna, po asfalcie już gorzej, ale przecież nie zostaniemy... Jak się weszło, trzeba i zejść. W Zakopanym byłyśmy około 18-tej. Spało się nam nad wyraz dobrze.
Niektórzy spotykają w górach niedźwiedzie, inni widują kozice, a my spotkałyśmy górali... z góralskiej kapeli :)

 
Pniemy się wysoko, ku Mnichowi

Widok na Morskie, po prawej Czarny Staw się wyłania, a po lewej ścieżka, którą tu dotarłyśmy. Zdjęcie wykonane już podczas zawracania.


Jeszcze raz Morskie z lewej, a Czarny z prawej i zamglone szczyty nad nim. Zdjęcie wykonane już podczas zawracania.

Młoda niemal na rozwidleniu, Szpiglasowa we mgle. Doszłyśmy do tej zielonej "bulwy" nad głową Młodej. Tam nastąpił zawrót.
Sobota, 24.08
Dzisiaj w planie wycieczka na Halę Gąsienicową i Czarny Staw Gąsienicowy. Idziemy od Kuźnic, przez Boczań, Skupniów Upłaz. Ta część wycieczki zajmuje nam 2 godziny. Po poprzednim dniu Młoda jest nieco zmęczona i mękoli, ale jako tako, przed schroniskiem się wreszcie rozkręca i pędzi. Chyba te dwa łyki power rade ją tak na nogi postawiły. Poprzedniego dnia, jak się napiła, to niemal do szczytu Szpiglasowej dobiegła. Hala została zdobyta, pięknie jakimś kwieciem obrośnięta. Z hali krótki postój w Murowańcu, gdzie jadłam chyba najlepszy w życiu żurek z jajkiem, ziemniaczkiem i kiełbasą (i najdroższy zarazem...). Porcja była na prawdę bardzo solidna. Posilone i odpocznięte ruszamy nad Staw. A nad stawem... Jak zwykle pięknie, choć same szczyty we mgle. Ewa, dla Ciebie zdjęcia, ze szczególnym uwzględnieniem Kościelca. Zejście było bardzo interesujące. Jednak z uwagi na ciągłe motywowanie starszej pani oraz jej asekurowanie (wybrały sobie ścieżkę przez Jaworzynkę), nie miałam czasu ani ręki, aby je dokumentować. Ta trasa robi wrażenie - jest przez chwilę (ok. 40 minut) stromo, a potem w nagrodę płasko. Ale pierwsza część daje się we znaki...
W drodze, na Upłazie.
Gdzie jest Wally? Czyli dziecko dociera.

Hala zdobyta - w tle Betlejemka.
 Staw Gąsienicowy - w tle (uwierzcie na słowo) Kozi Wierch, między innymi... Orla Perć.
Kościelec - jedyny nie zasłonięty przez chmurę.

Miejscowa fauna - poza kaczkami były też ryby, które zjadały rzucany kaczkom chleb, zanim wspomniana kaczka do niego dotarła.

Niedziela, 25.08
To już był dzień wyjazdu. Rekreacyjnie zdobyłyśmy Gubałówkę za pomocą kolejki, a tam moje niespokojne dziecko zdobywało park linowy. Wolałam jej dać 20 zł na godzinną zabawę na linach, niż 10 za 5 minut skakania na trampolinie, czy czymś podobnym. Dziecko radziło sobie jak stary wyga - przepinało bloczki, zapinało liny, zjeżdżało na tyrolce... Była kapitalna. Popołudniu wróciłyśmy do domu. Za rok - kolejna wycieczka.


wtorek, 20 sierpnia 2013

absurd absurdem absurd pogania, czyli o rowerach w mieście

Normalnie mnie trafi zaraz coś! Jak co dzień do śniadania robię prasówkę i widzę artykuł o rowerzystach - na moście tym razem. No i czytam, co robię źle, jak zapewne spory odsetek mieszkańców, który aktualnie porusza się na rowerze z przyczyn różnych. Miast się chwali ścieżkami, rowerem miejskim, że przyjazne, że ekologia, i tym podobne szmery bajery. Ale....
I tak oto oczy me widzą taki tekst:
50 złotych kosztuje przejechanie rowerem po chodniku mostu Lwowskiego w Rzeszowie. Takie mandaty wlepiają policjanci rowerzystom, którzy łamią przepisy. Samochody na moście mogą jechać maksymalnie 50 km na godzinę, a w takim wypadku rowerzyści muszą poruszać się po jezdni.

Yhm, czyli dowiedziałam się czegoś nowego - mam szczęście, że ostatnio wracałam od lekarza za darmo, a nie za 50 zł, bo na moście z roweru nie zsiadłam. A tam rzeczywiście ścieżka urywa się przy rozpoczęciu mostu.
W mieście jeździć z przepisami się po prostu nie da... To, co miasto oferuje, to jest jedynie namiastka. Chwalą się, że mamy tyyyle kilometrów ścieżek. Ale... jak zwykle jest jakieś ale. Ścieżki urywają się nagle, nie wiadomo czemu, albo tuż przed przejściem, albo przed parkingiem (wycięty fragment chodnika na potrzeby parkingu), po to, żeby 100 metrów dalej ponownie się zacząć (parking się skończył). Pominę już samochody zaparkowane na ścieżkach, które przylegają do ulicy. Duże skrzyżowanie, światła, kilka pasów i prrr kobyłka, koniec ścieżki, ciąg dalszy za światłami. Jadę taką ścieżką ponad kilometr i nagle stop - powinnam zejść z roweru i przejść przez drogę, żeby po drugiej stronie znowu wsiadać. Okej - rozumiem, przy mniejszych ulicach, gdzie rower może nagle wyskoczyć, ale przy 4-pasmówce, gdzie jest sygnalizacja - nie do końca się zgadzam z takim pomysłem. Przecież na czerwonym nie wjadę, tylko na zielonym. A skoro ja mam zielone, to samochody czerwone - więc w czym problem? W pieniądzach, bo jeśli wyznaczą ścieżkę, to będą musieli dodatkowy sygnalizator dostawić, ze znaczkiem rowerka. Poza tym, mam takie ulice po drodze do pracy i muszę mieć oczy dookoła głowy, bo kierowcy mają w poważaniu zielone na przejściu, jeśli oni mają "strzałkę". Wielokrotnie nawiewałam, czy to na nogach, czy na rowerze, przed takim baranem. Bryluje tu moje ulubione przejście pod realem. Ale idźmy dalej. Jeżdżę wolno, nie szaleję, jeszcze nikomu pod koła nie wjechałam, ani nie rozjechałam pieszego, nawet jak mi wlezie niczym krowa na środek ścieżki, bo piesek chciał na trawkę po drugiej stronie chodnika,

Jeżdżą po chodnikach, tam, gdzie im nie wolno, oraz pokonują przejścia dla pieszych na rowerze. Dlatego patrole policji są uczulone na to, by w swojej codziennej jeździe po mieście zwracać szczególną uwagę na poruszających się rowerzystów. - Chciałbym przypomnieć, że po chodniku rowerzysta może jechać tylko w trzech przypadkach: jeżeli szerokość chodnika wzdłuż drogi, po której poruszanie się pojazdów jest dozwolone z prędkością większą niż 50 km/godz., wynosi co najmniej dwa metry (ok. czterech standardowych płyt chodnikowych) i nie ma wydzielonej specjalnej drogi dla rowerzystów; w razie ekstremalnych warunków pogodowych - burza, śnieg, grad, deszcz, gdy jezdnia jest na tyle śliska, że poruszanie się po niej rowerem jest bardzo niebezpieczne; oraz jeśli opiekujemy się kierującym rowerem dzieckiem, które nie ukończyło 10. roku życia. Pozwolenia na jeżdżenie chodnikiem nie mają jednak opiekunowie podróżujący rowerem z dzieckiem przypiętym do fotelika - wylicza rzecznik KWP w Rzeszowie.

Cały tekst: http://rzeszow.gazeta.pl/rzeszow/1,34962,14393198,Rowerzysci_na_moscie_Lwowskim_lapia_mandaty.html#LokRzeTxt#ixzz2bAVsQMmi


Dodatkowym utrudnieniem jest komunikacja miejska. W Rzeszowie jest zakaz wsiadania z rowerem do autobusu. Ścieżki, które znajdują się np. w centrum, nad rzeką, nad zalewem, są oddzielone od reszty miasta ulicami. Jeśli chciałabym pojechać z dzieckiem na Bulwary, muszę załatwić auto z bagażnikiem i tam dziecko dowieść. Mogłabym autobusem, ale nie wolno. Nawet jeśli jest pusty. Jeśli złapię gumę gdzieś w drodze - to mam murowany spacer. Nawet jeśli autobus jedzie pusty. Wózki z dziećmi wozić można. Rowerów nie można, bo mogą zabrudzić ubranie, uszkodzić odzież lub pasażera, i zajmują za dużo miejsca. Wózki nie zajmują. Oraz wózkiem nikt nigdy komuś w nogi nie wjechał. A rowerem na pewno by to zrobił. Jak miałam wózek, a autobus był wypełniony - nie wsiadałam. Rowerem też bym nie wsiadła. Ale cóż... Ten zakaz jest uważam zły. Uważam, że kierowcy powinni traktować przewóz rowerów zdroworozsądkowo - jeśli jest mnóstwo miejsca - nie wywalać takiego pasażera, bo to się wiąże z dodatkowym skasowanym biletem. Czyli zarobkiem.

Co do konfliktów - jeszcze słów kilka.
Powiem szczerze - między rowerzystami, kierowcami i pieszymi zawsze będą zatargi. Zawsze się znajdzie jakiś baran, który narobi złej opinii, w każdej z tych grup. To fakt, że mijałam wielu baranów - rowerzystów, którzy nagle wjeżdżali na ulicę, lawirowali między pieszymi, z ostrożnością byli na bakier. Ale nie raz i nie dwa było tak, że jadę ścieżką, a tu nagle myk - pieszy sobie idzie. Ostatnio - szeroki chodnik, obok ścieżka, po chodniku idą 3 panie, obok ścieżką pan, osoba nr 4. Oczywiście idą pełną szerokością. Jak użyłam dzwonka, to pan do mnie z tzw. japą "co się czepiasz? miejsca nie masz? ulica jest!". A na ulicy zakaz jazdy rowerem. Odpowiedziałam panu, że skoro jak krowa włazi na środek ścieżki rowerowej, to niech się liczy, że go przepędzą. Nie odezwał się. Jeśli mam gdzieś dojechać, tak planuję przejazd, żeby jechać ścieżkami - ile się da. Szanuję pieszych i nie jeżdżę ich częścią chodnika. O to samo proszę ich. Ścieżek jest mało, więc nie łaźcie po tym, co zostało dla nas. Kierowcy nasz często nie widzą, bo nie są przyzwyczajeni. Ileż to razy musiałam jechać środkiem drogi w obawie przed wyjeżdżającymi autami - nie patrzą, tylko wsteczny i dajesz! A rowerzysta - jego problem. Najwyżej uskoczy, wjeżdżając nagle pod koła innemu.

P.S. żeby nie było, że jednostronna jestem i nieobiektywna - pochwalam takie wpisy: TUTAJ