Melduję się ponownie. Oświadczam, iż byłam na urlopie, potem się musiałam zaaklimatyzować do pracy. A to po urlopie nie jest łatwe.
Ostatnio, niestety, mam jakiś medyczny okres... Sypię się chyba ;)
A tak serio, to naprawiam w sobie pewne zużyte części, bo kiedyś trzeba... planuje dożyć setki! I tak na przykład ostatnio leczyłam u ortopedy haluksa, który okazał się nie być wcale haluksem (na oko to mówią, że chłop w szpitalu umarł, a u mnie własnie na oko chirurg leczył palucha stwierdzeniem "kupi se pani szerokie buty, to nie będzie bolało!"). 2 tygodnie zabiegów i noga boli duuuużo mniej (zeszłam z poziomu codziennego "k..., jak napieprza!" na "oo, coś tam dzisiaj troszkę boli" rzucane co kilka dni raptem). Teraz zajmę się swoimi zatokami - tomografię mam wykonać. I jeszcze czymś, ale to nie na bloga ;)
Byłam, jak pisałam na urlopie. W dniu wczorajszym moje dziecko (pierwszak!!!) miało w szkole zajęcia o wakacjach - gdzie byli, co widzieli, a potem mieli za zadanie stworzyć rysunek "Wspomnienia z wakacji". Co zapamiętało moje dziecko z urlopu? Że był w górach, że "weszedł" na górę, że siostra była na wyższej górze, że tatę jeepem z błota wyciągali (nie ufajcie skrótom i nawigacji!!!) i że w Zakopanym to tylko korki są... Dobrze, że pominął, że jakiś gość się zabił na torach wchodząc pod pociąg, jak wracali do domu... Bo dla niego to niestety była atrakcja - tyle policji, straży i karetka w jednym miejscu...
Urlop generalnie udany, córa kolejny szczyt ma na swoim młodocianym koncie. Weszła, zeszła, sama i o własnych siłach. Chociaż jak ją mąż zobaczył po wszystkim to popatrzył na mnie i rzekł tylko"zarznęłaś dziecko". Ale serio - sama chciała, i była z siebie mega dumna!!! Ja z niej jeszcze bardziej :)
Za parę dni wrzucę jakie fotki. Miejcie jeszcze trochę cierpliwości - po ponad 2 miesiącach przerwy, muszę się przyzwyczaić na nowo robić rano śniadanka, szykować wcześniej obiadki w lodówce i w ogóle całe to zamieszanie poranno - szkolne... jeszcze parę dni dla "starych" na ogarnięcie własnego tyłka ;)
środa, 7 września 2016
wtorek, 9 sierpnia 2016
adaptacja kulturowa
Rozmowa jegomościów dwóch o zarabianiu na życie i zatrudnianiu się u innego jegomościa. Niestety słownictwo można określić jako wysoko niecenzuralne. Jegomoście dwaj przybyli na przystanek i palili brzydko pachnące papierosy. Pani siedząca na ławeczce zwróciła jegomościom uwagę:
- Panowie, na przystanku obowiązuje zakaz palenia. Proszę sobie odejść z tymi papierosami nieco dalej, poza przystanek.
Nie zrozumieli :(
Ten sam tekst, poddany adaptacji kulturowej, czyli dostosowany do realiów kulturowych panów.
Przyszło dwóch facetów na przystanek. Stoją i kopcą fajki jak parowozy. Śmierdzi masakrycznie! Oni oczywiście mają w doopie wszelkie zakazy. Laska się oburzyła i zwróciła gościom uwagę, stosując obfite w epitety słownictwo tychże facetów:
- Panowie, kur... tu jest zakaz palenia. Może by się, kur... panowie stąd odsunęli, bo śmierdzi. Kur... jak nie kuma, co jest napisane, to ma pismo obrazkowe - może pojmie.
:P
- Panowie, na przystanku obowiązuje zakaz palenia. Proszę sobie odejść z tymi papierosami nieco dalej, poza przystanek.
Nie zrozumieli :(
Ten sam tekst, poddany adaptacji kulturowej, czyli dostosowany do realiów kulturowych panów.
Przyszło dwóch facetów na przystanek. Stoją i kopcą fajki jak parowozy. Śmierdzi masakrycznie! Oni oczywiście mają w doopie wszelkie zakazy. Laska się oburzyła i zwróciła gościom uwagę, stosując obfite w epitety słownictwo tychże facetów:
- Panowie, kur... tu jest zakaz palenia. Może by się, kur... panowie stąd odsunęli, bo śmierdzi. Kur... jak nie kuma, co jest napisane, to ma pismo obrazkowe - może pojmie.
:P
poniedziałek, 25 lipca 2016
o tym, jak się tygrys wyrwał na wolność
Nadejszła wiekopomna chwila... że się wyrwałam. Zerwałam ze smyczy, zerwałąm okowy i "wogle" i poleciałam (dosłownie) w odwiedziny do brata i bratowej. Kraj języka Dreamu zwiedzać pobieżnie. Normalnie SAMA!!! Znaczy, towarzystwo miałam, spokojnie, ale nie męża i nie dzieci :D No normalnie mówię Wam! O tak to wyglądało: w drodze na lotnisko
I poleciała ja w obce kraje na dni kilka. I dni te spędziła ja very intensywnie. W pierwszym dniu to się do tego angolskiego języka przyzwyczajałam. Bo w pierwszej chwili to ja ich pojąć nie mogła. Ale potem coś nawet nawet zaskoczyło... I nawet ja ich kum-kum - understingowałam. W każdym razie - kawę.. oh sorry, Cafe sobie sama kupić umiałam. I o toaletę zapytać też. I nawet usiłowałam symultanicznie przewodniczkę tłumaczyć, tylko Ci Englisz pipol mają taką straszną manierę bycia przesadnie grzecznym na every kroku i to, co wiekowa pani mówiła w 3 zdaniach, ja robiłam z tego only jedno... Bo ja tak strasznie nie lała wody i czasami nie wszystko rozumiała, bo lady była bardzo, soorry - very wiekowa, i ja ją posądzała o wspomnienia z I wojny światowej.
Dreamu - Ty must obejrzeć Asterix i Obelix w służbie jej królewskiej mości - Ty wtedy know, czemu ja tak writing :D
A poniżej nudna relacja foto - niezainteresowani mogą in this moment wyłączyć pejdża :)
Angielski lunch w angielskim tee room'ie :) Jesooo, jakie dobre oni mają te bułeczki!!! I to niby - masełko!!!
I poleciała ja w obce kraje na dni kilka. I dni te spędziła ja very intensywnie. W pierwszym dniu to się do tego angolskiego języka przyzwyczajałam. Bo w pierwszej chwili to ja ich pojąć nie mogła. Ale potem coś nawet nawet zaskoczyło... I nawet ja ich kum-kum - understingowałam. W każdym razie - kawę.. oh sorry, Cafe sobie sama kupić umiałam. I o toaletę zapytać też. I nawet usiłowałam symultanicznie przewodniczkę tłumaczyć, tylko Ci Englisz pipol mają taką straszną manierę bycia przesadnie grzecznym na every kroku i to, co wiekowa pani mówiła w 3 zdaniach, ja robiłam z tego only jedno... Bo ja tak strasznie nie lała wody i czasami nie wszystko rozumiała, bo lady była bardzo, soorry - very wiekowa, i ja ją posądzała o wspomnienia z I wojny światowej.
Dreamu - Ty must obejrzeć Asterix i Obelix w służbie jej królewskiej mości - Ty wtedy know, czemu ja tak writing :D
A poniżej nudna relacja foto - niezainteresowani mogą in this moment wyłączyć pejdża :)
Obowiązkowa wizyta w Londku ;)
W filmie był dużo przystojniejszy...
Najstarszy pub w mieście! Obowiązkowe fish&chips
Ja musiała w budce... I ja się starała nie okazywać nadmiernej radości...
Parking, a wokół tłum ulotek, plakatów i reklam. Cambridge.
Taki sobie mały kasztanowiec, co pół kościoła niemal zasłonił. Cambridge. King's college
Taki sobie angielski park... z jelonkami.
Katedra w Lincoln, w tle typowa angielska pogoda (jeden dzień się trafił...)
Wiekowa przewodniczka, co jak mówiła, to się jej ślina w kącikach zbierała i nie mogłam się skupić...
Piliście piwo w pubie urządzonym w starym nieczynnym kościele? Ja tak. Dziwne uczucie, ale pub genialny!!!
poniedziałek, 18 lipca 2016
chyba muszę zaktualizować bloga....
Lista czytanych blogów mi się jakoś popsuła... się zdezaktualizowała jakoś... część nie pisze, część poszła gdzieś w nieznane i niewiadome... na razie nie mam czasu, ale postaram się niedługo tym zająć. Aktualnie się rehabilituję, znaczy naprawiam. Puszczają mnie jakieś prąda przez stopę, aż mnie w tyłku niemal mrowi, potem mnie to zamrażają i czekają aż odmarznie (bez sęsu...) i parę innych. I mówiom mi, żebym na falę uderzeniową szła.... nie wiem, o co chodzi, ale bić się nie pozwolę, szczególnie, że mówiom, że to boli trochem. Znaczy generalnie chodzi o to, żebym mogła chodzić jak człowiek, a nie udawała, że mnie nic nie boli, wcale a wcale...
No.. to tak w skrócie.... Idem Was szukać!
No.. to tak w skrócie.... Idem Was szukać!
czwartek, 14 lipca 2016
Kocham polską służbę zdrowia!
Kocham polską służbę zdrowia! Tylko miłością chyba nieodwzajemnioną, tak sądzę.
Według Słownika Języka Polskiego PWN:
służba
1.
praca na rzecz jakiejś wspólnoty, wykonywana z poświęceniem
2.
instytucja użyteczności publicznej lub wojsko; też: pracownicy tej instytucji
3.
działalność tych instytucji
4.
obowiązki pełnione w określonych godzinach pracy w niektórych instytucjach
5.
daw. wykonywanie pracy służącego w czyimś domu, gospodarstwie itp. za
wynagrodzeniem; też: osoby wykonujące takie prace
No więc, wg powyższego służba zdrowia to instytucja
użyteczności publicznej, która swoją pracę powinna wykonywać z poświęceniem. Albo
przynajmniej porządnie – już nie oczekuję poświęcenia. Ostatnio służba zdrowia
jakoś mnie zawodzi… I ze służbą i poświęceniem nie ma wiele wspólnego – sądzę wręcz,
że nie przebywała z poświęceniem nawet w tym samym budynku, nie mówiąc o
pokoju. Otóż mam problem natury ortopedycznej, który mnie boli jak cholera przy
chodzeniu. Z problemem owym udałam się do ortopedy. Pomijam fakt, że „wcisnęła”
mnie tam znajoma pielęgniarka, bo terminy są na „za rok”, więc jest szansa, że
do tego czasu noga by odpadła i problem by rzeczywiście znikł. Pan przemiły
doktor zapytał mnie, w czym rzecz oraz poprosił o prześwietlenia lub inne
badania. Na moje oświadczenie, ze nie posiadam, bo poprzedni lekarz leczył mnie
wzrokowo (popatrzył i kazał kupić nowe buty), jednak leczenie nie przyniosło
efektów i dlatego tu jestem, pan doktor zrobił okrągłe oczy i wysłał mnie na
RTG. W ogóle wizyta w przychodni przyszpitalnej, to niezła szkoła przetrwania,
ale nieważne. Co się okazało… Mam jednak dużo poważniejszy problem, niż pan „wzrokowiec”
wydedukował. Koleżance pielęgniarce chyba jestem winna przysłowiową flaszkę, że
mnie „wcisnęła” i to do miłego pana doktora, który popatrzył, ale i dotykał! W
poniedziałek zaczynam maraton zabiegów, na razie chodzę z pięknie obklejoną
tejpami nózią, za 3-6 miesięcy kontrola i rozmowa, czy operacja jest potrzebna,
czy na razie jeszcze odkładamy. Bo wykluczona całkiem nie jest.
No i teraz podsumowanie. Czas oczekiwania na specjalistę –
dramat! Albo prywatnie. Dostać się na zabiegi – dramat! Na NFZ można wykonać
jednorazowo 5 zabiegów, więc jeśli lekarz zapisał mi 4 rodzaje na 2 nogi, to
daje to w sumie 8 zabiegów na raz, więc za dużo – z czegoś muszę zrezygnować,
albo dokupić prywatnie… Wkurza mnie, że za coś, co mi się de facto należy,
muszę płacić, albo czekać w nieskończoność. Co miesiąc, od paru lat, płacę
niemałe pieniądze w ramach składek. Chciałabym coś z tego mieć! A mam – guzik z
pętelką, żeby się nie wyrażać. Bez pomocy, „załatwiania”, wkręcania – człowiek może
zejść, kończyny odpaść, rak się poprzerzucać, i nic. Trzeba czekać. Nie lubię!
środa, 13 lipca 2016
tadaaaaam!!!
Cześć.
Chciałam powiedzieć, że żyję. Żyję bardzo intensywnie,
zabieganie, w ciągłym ruchu, jeśli nie biegu wręcz.
Chciałam powiedzieć, że u mnie jest okej, chwilami nawet
bardzo fajnie. Że momenty gorsze są rzadsze, że robi się fajnie.
Co u mnie? Cieszę się każdym dobrym dniem, staram się
zmienić podejście z racjonalnego pesymizmu na racjonalny optymizm. Dostrzegać więcej
pozytywów, a negatywami się nie przejmować, przynajmniej nie za bardzo.
Męża mam nadal tego samego, dzieci rosną, a pies… pies
urósł, szkód narobił i chyba powoli zaczyna być nawet mądrzejszy. Na pewno jest
fajny i za nic bym go nie oddała. Lubię te nasze spacery po łąkach, bocznymi ścieżkami.
Czekam na urlop. Z dużym zniecierpliwieniem. Nie mogę się
doczekać. Skreślam już po kolei tygodnie i liczę. A po pracy – jeżdżę palcem po
mapie i szukam nowych wyzwań i dróg do pokonania.
No nic. Na początek wystarczy. Obiecuję więcej wpisów J
Buziaki!
środa, 17 czerwca 2015
pojawiam się i znikam
Długo mnie nie było, prawda? Musiałam odpocząć, nabrać
dystansu i ochłonąć. Jeszcze mi się nie udało. Mam problemy, również
małżeńskie, które rozwalają mnie psychicznie. Stres, nerwy i wkurzające uczucie
bezsilności, ostatnio mnie wykańczają. Ale z drugiej strony, jak nie ja, to
kto? Tak sobie tłumaczę i tego się trzymam. Damy radę!
Będzie kilkuwątkowo.
Dziwne zjawiska
W moim domu żyją mutanty. Jednostki zmutowane genetycznie.
Ale bardzo fajnie zmutowane! Nie brudzą się, nie pocą, nie paćkają. Nie muszą
się więc myć. Nie korzystają z łazienki! Nie korzystają = nie brudzą – nie
muszą jej sprzątać. Proste! Tylko ja korzystam i używam, to SOBIE sprzątam. To
samo toaleta, podłoga (u nas sama się myje) czy lusterko nad umywalką –
krasnoludki je czasami myją. One chyba też gotują obiady, wyprowadzają o 6-tej
rano psa i dają mu jeść, szykują ubrania, zbierają pranie, wywieszają nowe,
zbierają suche z suszarki, myją balkon, żeby można było swobodnie wychodzić,
wycierają kurze…. Itp.
Tylko czasem czują się ciut zmęczone i mają ochotę
pier……dyknąć tym wszystkim i wychodzą na spacer, albo rower.
Przeładowanie
Mózg mi się zlasował, pamięć RAM została wykorzystana do
spodu, więcej nie przyjmie. Wszystko zapisuję teraz na kalendarzu na biurku,
inaczej nie zrobię/ nie pójdę/ nie załatwię, bo zapomnę. Wzięłam na siebie
ostatnio sporo rzeczy, problemów, za które czuję się odpowiedzialna, a związany
z nimi stres powoduje psychiczne wyczerpanie. Objawia się to czasami tym, że w
robocie zasypiam na siedząco. Głowa mi leci, oczy się zamykają i odlatuję. Nie
potrafię się skupić, bo po głowie krąży mnóstwo spraw, myśli i problemów. Za
dużo tego. Ciągle coś robię, o czymś myślę, planuję i kombinuję, jak związać
koniec z końcem. Jak załatać wielokrotnie cerowany materiał, gdy kolejne łaty
się odpruwają, a materiał już nie wytrzymuje i wszystko się sypie w rękach…
Matka Polka Wyrodna
Nie będę słodzić, nie będę kłamać – moje dzieci są świetne.
I ciężko pracują… żeby mnie doprowadzić do stanu szewskiej pasji… Efekty już
są. Mam ochotę na urlop od rodziny. Wcześniej chciałam wyjechać bez męża, teraz
również i bez nich. Ostatnio moim marzeniem jest wyjechać na wycieczkę
objazdową na Chorwację, albo do Hiszpanii. Pojeździć, pozwiedzać, poznać
miejsca z marzeń i przewodników. Chcę zobaczyć Dubrownik, chcę pojechać do Dalmacji,
chcę zwiedzić Barcelonę, pojechać do Segovii i jeszcze po Francji… Ale BEZ
dzieci. Po prostu. Chcę się skupić na miejscu, na relaksie i przyjemności, a
nie na soczku, wodzie, lodzie, siku, nudzimisię, czy jeszcze daleko, i całym
stadzie innych pierdół. Chcę JA mieć przyjemność. I nie mam z powodu tego
chcenia wyrzutów sumienia. Żadnych.
Psowate
Oprócz bycia wredną suką, w domu mamy jeszcze psa, jak
wiecie. Małe to, wredne, zgryźliwe i rozszczekane. Rośnie w oczach. Tempo ma
niezłe. Ostatnio zwichnął łapę. Zaliczył RTG, opatrunki, weta i…. wszystko
spadło, zjechało, zostało zeżarte, itp. Więc łazi bez, w myśl zasady, że goi
się jak na psie i że jakoś to będzie, samo mu przejdzie. I przechodzi. A ja
staram się kopiąc go nie trafiać w tą podejrzaną o złamanie łapę (żatuję :P nie
kopię go……. zbyt mocno :P). Jeśli nadal będzie rokował poprawę i normalniał, jak
do tej pory, to jest szansa, że dożyje kastracji za 3-4 miesiące. Jeśli nie…..
well……. Zgłoszę go do badań w kosmosie i będzie robił za następcę Łajki :P
Subskrybuj:
Posty (Atom)













