Zaczęło się na wiosnę. Posiałam sałatę. Ale że coś poszło nie tak, to z ziarenek g.. guzik urosło. Więc udałam się do zaprzyjaźnionego i pobliskiego reala celem nabycia 8 sadzonek i posadzenia ich w skrzynce. Wyrosła, a my niczym króliki - zażarliśmy całą. Kanapki wiosenne ze świeżymy własnymi liśćmi sałaty były rewelacyjne.
Potem posiałam pomidory - na początek koktajlowe. Nie miałam wcześniej pomidorów, więc uznałam, że lepiej zacząć od czegoś mniejszego. Uznałam również, że skoro sałata tak kiepsko kiełkowała, to pomidory pójdą w jej ślady więc wysiałam ich w ciula i ciut ciut, znaczy się - gęsto. Pomidorki, jak na złość, wykiełkowały w ilościach "w ciula i ciut ciut". W efekcie pomidory dostały moje 3 koleżanki, a mnie zostało "tylko" 4 skrzynki po rozsadzeniu oraz drugie tyle (albo i więcej) poszło w kosz. Bo musiałam je porządnie przerzedzić. Pomidorki, aby zaowocowały, powinny zostać zapylone. Ale z uwagi na skąpą liczbę pszczół i innych owadów zapylających, postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce. Otworzyłam wujka i wpisałam "jak zapylić pomidory". Mąż w tej kwestii okazał się bowiem kompletnie nieprzydatny i odmówił współpracy. Więc wzięłam sprawy w swoje ręce, a dokładniej wzięłam pędzelek i pieczołowicie miziałam żółte kwiatuszki, jeden po drugim, parokrotnie, dla pewności, potem za kilka dni kolejne, nowe kwiatki przechodziły tą samą procedurę. Efekt? Dużo zalążków :) Wczoraj były pierwsze zbiory - pierwsze parę pomidorków poszło na kanapkę. Na przyszły rok plany mam bardziej ambitne - planuję zbić sobie skrzynkę i posadzić te "normalnej" wielkości. Ale na tym nie kończę. Niedługo planuję zrobić pierwsze w życiu przetwory - zacznę od lubianych u mnie w domu dżemów śliwkowych, które moje dziecko i mąż pochłaniają w ilościach iście hurtowych. Jest to czynność raczej nieskomplikowana - wyposażenie będę miała od ojca - specjalne gary pamiętające jeszcze okolice wojny, robione własnoręcznie przez dziadka, czy pradziadka jakiegoś ;) Nadają się idealnie. Jak plany zrealizuję, to się Wam pochwalę - nie omieszkam. Tylko tak się zastanawiam, czy to nie jest objaw starości? :P
wtorek, 26 sierpnia 2014
poniedziałek, 25 sierpnia 2014
zdolna jestem niesłychanie, czyli chwalę się, tylko nie wiem, czy jest czym...
Ostatnio mi się parę rzeczy "przytrafiło" i stwierdziłam, że spiszę, bo generalnie wesoło było :) Na niektóre miałam wpływ, inne miałam okazję tylko zaobserwować...
Impreza drinkowa z koleżankami.
Jakiś czas temu wygrałam pewien konkursik w pracy, dokładnie to zajęłam 2-gie miejsce (pasowało mi lepiej niż 1-sze, jeśli chodzi o ścisłość). Zapowiedziałam wtedy, że koleżankom, które się do tego przyczyniły - stawiam dobrą pizzę. Pizza się odwlekała, ale nadarzyła się nagle okazja na wyjście na drinka, więc skorzystałam z okazji wywiązania się ze złożonej obietnicy. Pech chciał, że sama się rozchorowałam konkretnie i osobiście wypiłam tylko 1 małą kawę. Bez alkoholu dodam. Efekt? Koleżanki wypiły po 3 drinki i wróciły do domu. Ja też wracałam... po drodze pod klatką, już dzwonię, już naciskam domofon, już zbieram się, aby próg klatki schodowej przekroczyć, a tu nagle czuję na sobie WZROK. Wpatrywała się we mnie para bezmyślnych oczu. Siedziała ta para koło domofonu na ziemi i gapiła się. Żałuję, że nie trzasnęłam najpierw fotki, tylko rzuciłam się całować (taka piosenka - pocałuj żabkę w łapkę..). Wiecie, a nuż to książę z bajki był? Niestety, ani foty, ani księcia - żaba zwiała. Po krzakach jej nie chciałam gonić, bo ciemno było.
Godzinę później, chcę iść spać, a tu słyszę na ulicy: FUCK!!! Wait for me!!! FUCK!!!
Hmm, co w tej kawie było? Wyszłam na balkon i mym oczom ukazała się taka oto scena: taksówka, która podjeżdżała po 10-20 m, facet biegnący środkiem ulicy za wspomnianą taksówką i proszący wniebogłosy, aby ona na niego uprzejmie zaczekała (jak dobiegał - taksówka mu odjeżdżała), a za facetem popylała kobita w sandałkach (Frytka?!?!?!) wołająca pana - też nie po polsku. Pani radziła sobie świetnie i dogoniła Dżona. Patrzyłam tylko, czy Dżon pani nie przyłoży, ale skoro obyło się bez rękoczynów i bez potrzeby wzywania policji , poszłam spokojnie spać. Taki atrakcyjny wieczór... na spokojnym osiedlu.
Spotkanie z Frytką.
Jak było, to już mniej więcej wiecie. Dodam od siebie, jak bardzo się poświęcałam grając w siatkę. Frycia miała drobny problem z zaserwowaniem piłki, więc dzielnie wzięłam na siebie ten obowiązek... Efekt był taki, że jak na dzień następny zobaczyłam moją rękę, to przez 4 dni chodziłam w dłuższych rękawach - na szczęście się ochłodziło i nie kusiłam nikogo do wzywania opieki społecznej, ani do zakładania mi niebieskiej linii, karty, itp. Po prostu umiem serwować wyłącznie sposobem dolnym i moje przedramię nosiło tego oznaki. Wyglądało cudnie, feria barw i kolorów, z przewagą sinego i brązowego ;)
Po wyjeździe z Frytką.
SMS - Fryciu, a czy Ty przypadkiem nie widziałaś mojego szafirowego biustonosza? Zdaje mi się, że go zgubiłam przy pakowaniu się w pokoju, choć nie używałam... Frytka: buhahaha, nie. Na szczęście się znalazł - taki mały był, że się wcisnął w boczną kieszonkę torby i go pominęłam. A już obmyślałam, jak się mężowi wytłumaczyć z pomniejszenia garderoby... Już miałam mu mówić, że to Frytka mi zabrała, na pamiątkę sobie wzięła :P dopisek: nie byłby to pierwszy raz, bo zdarzyło mi się kiedyś rozczłonkować strój kąpielowy, konkretnie zgubić majtki :D jakkolwiek to brzmi... musiały wypaść podczas przepakowania.
Po wyjeździe z Frytką 2.
Robiąc pranie po powrocie (Frytka się zalała sokiem, więc aby wywabić plamy, podkręciłam temperaturę prania), wrzuciłam do pralki swoją bluzkę, nową, na której były różne napisy - połowa czarna, połowa brokatowa. Wyciągam, prasuję, zakładam i zachodzę w głowę, co mi tu kurde nie pasuje.... Motyla noga! Sprał mi się brokat i dlatego wygląda tak "łyso"! Cholercia jasna... Został mi tylko co drugi napis. Bluzka nowa, a wygląda cokolwiek głupio. Ale od czego jest kreatywność? I zabawki dzieci? Bluzka została naprawiona - napisy odmalowane brokatem z pet shopów :D Wygląda ponownie rewelacyjnie :D
Weselnie.
Jakby tu się wylansować na weselu, pochwalić wypracowaną figurą, zgrabnymi nogami, itp.? Można na przykład założyć nową kieckę, taką wąską, co to na dekolcie ma koronkę i ta koronka leci wąskim paskiem aż do pępka (znaczy wyraźnie zarysowany "przedziałek" między piersiami). Do tego ładna biżuteria, szpileczki i...... mała wywrotka z krzesłem na podsumowanie imprezy, koniecznie w takich okolicznościach, aby całe wesele widziało! Jak padać na tyłek, to z przytupem i widowiskowo!
Impreza drinkowa z koleżankami.
Jakiś czas temu wygrałam pewien konkursik w pracy, dokładnie to zajęłam 2-gie miejsce (pasowało mi lepiej niż 1-sze, jeśli chodzi o ścisłość). Zapowiedziałam wtedy, że koleżankom, które się do tego przyczyniły - stawiam dobrą pizzę. Pizza się odwlekała, ale nadarzyła się nagle okazja na wyjście na drinka, więc skorzystałam z okazji wywiązania się ze złożonej obietnicy. Pech chciał, że sama się rozchorowałam konkretnie i osobiście wypiłam tylko 1 małą kawę. Bez alkoholu dodam. Efekt? Koleżanki wypiły po 3 drinki i wróciły do domu. Ja też wracałam... po drodze pod klatką, już dzwonię, już naciskam domofon, już zbieram się, aby próg klatki schodowej przekroczyć, a tu nagle czuję na sobie WZROK. Wpatrywała się we mnie para bezmyślnych oczu. Siedziała ta para koło domofonu na ziemi i gapiła się. Żałuję, że nie trzasnęłam najpierw fotki, tylko rzuciłam się całować (taka piosenka - pocałuj żabkę w łapkę..). Wiecie, a nuż to książę z bajki był? Niestety, ani foty, ani księcia - żaba zwiała. Po krzakach jej nie chciałam gonić, bo ciemno było.
Godzinę później, chcę iść spać, a tu słyszę na ulicy: FUCK!!! Wait for me!!! FUCK!!!
Hmm, co w tej kawie było? Wyszłam na balkon i mym oczom ukazała się taka oto scena: taksówka, która podjeżdżała po 10-20 m, facet biegnący środkiem ulicy za wspomnianą taksówką i proszący wniebogłosy, aby ona na niego uprzejmie zaczekała (jak dobiegał - taksówka mu odjeżdżała), a za facetem popylała kobita w sandałkach (Frytka?!?!?!) wołająca pana - też nie po polsku. Pani radziła sobie świetnie i dogoniła Dżona. Patrzyłam tylko, czy Dżon pani nie przyłoży, ale skoro obyło się bez rękoczynów i bez potrzeby wzywania policji , poszłam spokojnie spać. Taki atrakcyjny wieczór... na spokojnym osiedlu.
Spotkanie z Frytką.
Jak było, to już mniej więcej wiecie. Dodam od siebie, jak bardzo się poświęcałam grając w siatkę. Frycia miała drobny problem z zaserwowaniem piłki, więc dzielnie wzięłam na siebie ten obowiązek... Efekt był taki, że jak na dzień następny zobaczyłam moją rękę, to przez 4 dni chodziłam w dłuższych rękawach - na szczęście się ochłodziło i nie kusiłam nikogo do wzywania opieki społecznej, ani do zakładania mi niebieskiej linii, karty, itp. Po prostu umiem serwować wyłącznie sposobem dolnym i moje przedramię nosiło tego oznaki. Wyglądało cudnie, feria barw i kolorów, z przewagą sinego i brązowego ;)
Po wyjeździe z Frytką.
SMS - Fryciu, a czy Ty przypadkiem nie widziałaś mojego szafirowego biustonosza? Zdaje mi się, że go zgubiłam przy pakowaniu się w pokoju, choć nie używałam... Frytka: buhahaha, nie. Na szczęście się znalazł - taki mały był, że się wcisnął w boczną kieszonkę torby i go pominęłam. A już obmyślałam, jak się mężowi wytłumaczyć z pomniejszenia garderoby... Już miałam mu mówić, że to Frytka mi zabrała, na pamiątkę sobie wzięła :P dopisek: nie byłby to pierwszy raz, bo zdarzyło mi się kiedyś rozczłonkować strój kąpielowy, konkretnie zgubić majtki :D jakkolwiek to brzmi... musiały wypaść podczas przepakowania.
Po wyjeździe z Frytką 2.
Robiąc pranie po powrocie (Frytka się zalała sokiem, więc aby wywabić plamy, podkręciłam temperaturę prania), wrzuciłam do pralki swoją bluzkę, nową, na której były różne napisy - połowa czarna, połowa brokatowa. Wyciągam, prasuję, zakładam i zachodzę w głowę, co mi tu kurde nie pasuje.... Motyla noga! Sprał mi się brokat i dlatego wygląda tak "łyso"! Cholercia jasna... Został mi tylko co drugi napis. Bluzka nowa, a wygląda cokolwiek głupio. Ale od czego jest kreatywność? I zabawki dzieci? Bluzka została naprawiona - napisy odmalowane brokatem z pet shopów :D Wygląda ponownie rewelacyjnie :D
Weselnie.
Jakby tu się wylansować na weselu, pochwalić wypracowaną figurą, zgrabnymi nogami, itp.? Można na przykład założyć nową kieckę, taką wąską, co to na dekolcie ma koronkę i ta koronka leci wąskim paskiem aż do pępka (znaczy wyraźnie zarysowany "przedziałek" między piersiami). Do tego ładna biżuteria, szpileczki i...... mała wywrotka z krzesłem na podsumowanie imprezy, koniecznie w takich okolicznościach, aby całe wesele widziało! Jak padać na tyłek, to z przytupem i widowiskowo!
czwartek, 21 sierpnia 2014
czasami...
Czasami trzeba popełnić błąd, żeby docenić to, co się posiada obecnie.
Czasami trzeba się cofnąć kilka kroków, aby spojrzeć z szerszej perspektywy.
Czasami trzeba się odciąć od wszystkiego, od wszelkich bodźców, otoczenia, aby spojrzeć świeżym okiem na stare sprawy i problemy.
Czasami trzeba po prostu przeczekać, a sprawy same się ułożą po dobrej myśli.
Czasami trzeba zakasać rękawy i wziąć się ostro do roboty, bo nikt za nas niczego nie zrobi i za darmo nie da.
Czasami trzeba po prostu machnąć ręką i iść dalej swoją drogą, zostawiając nierozwiązywalne problemy z tyłu i przestać się nimi przejmować. Wtedy przestają być problemami.
Czasami nie wiadomo co ze sobą zrobić.
Czasami trzeba się cofnąć kilka kroków, aby spojrzeć z szerszej perspektywy.
Czasami trzeba się odciąć od wszystkiego, od wszelkich bodźców, otoczenia, aby spojrzeć świeżym okiem na stare sprawy i problemy.
Czasami trzeba po prostu przeczekać, a sprawy same się ułożą po dobrej myśli.
Czasami trzeba zakasać rękawy i wziąć się ostro do roboty, bo nikt za nas niczego nie zrobi i za darmo nie da.
Czasami trzeba po prostu machnąć ręką i iść dalej swoją drogą, zostawiając nierozwiązywalne problemy z tyłu i przestać się nimi przejmować. Wtedy przestają być problemami.
Czasami nie wiadomo co ze sobą zrobić.
poniedziałek, 18 sierpnia 2014
o współczesnych relacjach międzyludzkich
A dzisiaj będzie nieco filozoficznie. O naszym wypadzie, bardziej, bądź mniej cenzuralnie, napisała Frytka. To ja się już powtarzać nie będę, poza tym talentu takiego nie mam, aby to tak zgrabnie w słowa ująć.
Mnie się zebrało na podsumowanie, dlaczego się tak wypuściłyśmy.
Mój mąż był nieco zdziwiony tym pomysłem, że nagle, wyjeżdżam na dwa dni, z kimś, kogo widziałam na oczy raptem raz w życiu. No bo jak to... Nie mam bliższych znajomych? koleżanek?
A prawda jest taka, że.... nie wiem, nie znalazłam.
Aktualnie, to Frytka i Natt chyba najwięcej o mnie wiedzą, znają najwięcej szczegółów. Z nimi regularnie rozmawiam, dzwonimy do siebie, piszemy. Starzy znajomi się jakoś wykruszyli, zamknęli w swoim świecie, znaleźli nowych znajomych. Stare "związki" się po prostu zmieniły. Osobiście brakuje mi takich wypadów, na dzień, dwa lub trzy "gdzieśkolwiek", wypadów, na których można sobie przy napoju procentowym posiedzieć, pogadać, pośmiać się, poszaleć. BEZ DZIECI, dodam. Jak za dawnych prehistorycznych czasów. Brakuje mi ludzi. Jestem zwierze towarzyskie i brakuje mi spotkań z żywymi ludźmi. Owszem, nie ma na to obecnie tyle czasu, ile dawniej. Nie ma możliwości, żeby latać na przysłowiowe piwko kilka razy w tygodniu. Ale od czasu do czasu - fajnie byłoby się spotkać. A jak wygląda rzeczywistość? Zdjęcia na FB, gadu-gadu, od wielkiego dzwonu jakiś mail. Od czasu do czasu rzucone w przestrzeń "pasuje się spotkać", na które nikt finalnie nie odpowie, bo nie wiadomo kiedy. Bo dzieci, bo szkoła, bo impreza rodzinna, bo choroba, bo inne spotkanie, bo wyjazd służbowy, bo wieczne "coś". I tak się potem składa i kończy, że łatwiej jest porozmawiać, zwierzyć się, czy spotkać z osobą teoretycznie "obcą". Stare znajomości robią się coraz bardziej wirtualne. Brakuje mi ludzi. Zamknęłam się w domu, sflaczałam, nie pamiętam kiedy wyskoczyłam na jakąś fajną imprezę. Poczułam się jak dinozaur - tu nie wypada, tam nie warto, na to nie ma czasu, a tutaj mężowi się nie chce, czy nie lubi, itp. Kurde, dość, basta - pora coś zmienić. Od dzisiaj zamierzam coś zmienić. Zaczęłam od wyskoku z Frytką... O dzieciach i domach raczej nie gadałyśmy ;) Może niedługo powtórzymy?
Mnie się zebrało na podsumowanie, dlaczego się tak wypuściłyśmy.
Mój mąż był nieco zdziwiony tym pomysłem, że nagle, wyjeżdżam na dwa dni, z kimś, kogo widziałam na oczy raptem raz w życiu. No bo jak to... Nie mam bliższych znajomych? koleżanek?
A prawda jest taka, że.... nie wiem, nie znalazłam.
Aktualnie, to Frytka i Natt chyba najwięcej o mnie wiedzą, znają najwięcej szczegółów. Z nimi regularnie rozmawiam, dzwonimy do siebie, piszemy. Starzy znajomi się jakoś wykruszyli, zamknęli w swoim świecie, znaleźli nowych znajomych. Stare "związki" się po prostu zmieniły. Osobiście brakuje mi takich wypadów, na dzień, dwa lub trzy "gdzieśkolwiek", wypadów, na których można sobie przy napoju procentowym posiedzieć, pogadać, pośmiać się, poszaleć. BEZ DZIECI, dodam. Jak za dawnych prehistorycznych czasów. Brakuje mi ludzi. Jestem zwierze towarzyskie i brakuje mi spotkań z żywymi ludźmi. Owszem, nie ma na to obecnie tyle czasu, ile dawniej. Nie ma możliwości, żeby latać na przysłowiowe piwko kilka razy w tygodniu. Ale od czasu do czasu - fajnie byłoby się spotkać. A jak wygląda rzeczywistość? Zdjęcia na FB, gadu-gadu, od wielkiego dzwonu jakiś mail. Od czasu do czasu rzucone w przestrzeń "pasuje się spotkać", na które nikt finalnie nie odpowie, bo nie wiadomo kiedy. Bo dzieci, bo szkoła, bo impreza rodzinna, bo choroba, bo inne spotkanie, bo wyjazd służbowy, bo wieczne "coś". I tak się potem składa i kończy, że łatwiej jest porozmawiać, zwierzyć się, czy spotkać z osobą teoretycznie "obcą". Stare znajomości robią się coraz bardziej wirtualne. Brakuje mi ludzi. Zamknęłam się w domu, sflaczałam, nie pamiętam kiedy wyskoczyłam na jakąś fajną imprezę. Poczułam się jak dinozaur - tu nie wypada, tam nie warto, na to nie ma czasu, a tutaj mężowi się nie chce, czy nie lubi, itp. Kurde, dość, basta - pora coś zmienić. Od dzisiaj zamierzam coś zmienić. Zaczęłam od wyskoku z Frytką... O dzieciach i domach raczej nie gadałyśmy ;) Może niedługo powtórzymy?
poniedziałek, 11 sierpnia 2014
tak to z tymi babami jest...
Czy wiecie, jak trudno jest się spakować kobiecie na 2-3 dniowy wyjazd?
Masakra! Jedziesz na 2-3 dni i trzeba przewidzieć absolutnie wszystko! Trzeba wziąć bieliznę (przyzwoitą, bo jeszcze koleżanka z pokoju pomyśli, że mnie nie stać na nowe majtki i w takich podartych latam), coś do spania (najlepiej nie za bardzo seksi, i z dołem, bo przecież nie będę koleżance tyłkiem po oczach świecić), coś z długim rękawem, gdyby było chłodno, długie spodnie, krótkie spodnie (gdyby było gorąco), coś z krótkim rękawem (tak żeby się jeszcze nadawało do wyjścia między ludzi, np. na piwo w lokalu), i buty, takie na wypadek deszczu, może jakaś kurtka? Oczywiście osobny strój na drogę, kolejny do ubrania się "na miejscu" (ten z drogi przecież będzie nieświeży i do zmiany). Kosmetyki, ręczniki (duży i mały obowiązkowo) i kilka drobiazgów do makijażu oraz coś z biżuterii.... I w ten oto sposób na 2-3 dni wychodzi mała walizka.
No ale niech mi ktoś powie, czy można te racje odzieżowe zmniejszyć? Nie można! To jest absolutne minimum. A potem... a potem się wraca i trzeba to rozpakować...
Masakra! Jedziesz na 2-3 dni i trzeba przewidzieć absolutnie wszystko! Trzeba wziąć bieliznę (przyzwoitą, bo jeszcze koleżanka z pokoju pomyśli, że mnie nie stać na nowe majtki i w takich podartych latam), coś do spania (najlepiej nie za bardzo seksi, i z dołem, bo przecież nie będę koleżance tyłkiem po oczach świecić), coś z długim rękawem, gdyby było chłodno, długie spodnie, krótkie spodnie (gdyby było gorąco), coś z krótkim rękawem (tak żeby się jeszcze nadawało do wyjścia między ludzi, np. na piwo w lokalu), i buty, takie na wypadek deszczu, może jakaś kurtka? Oczywiście osobny strój na drogę, kolejny do ubrania się "na miejscu" (ten z drogi przecież będzie nieświeży i do zmiany). Kosmetyki, ręczniki (duży i mały obowiązkowo) i kilka drobiazgów do makijażu oraz coś z biżuterii.... I w ten oto sposób na 2-3 dni wychodzi mała walizka.
No ale niech mi ktoś powie, czy można te racje odzieżowe zmniejszyć? Nie można! To jest absolutne minimum. A potem... a potem się wraca i trzeba to rozpakować...
piątek, 8 sierpnia 2014
Apel do kierowców
Szanowni Kierowcy! Zwracam się z uprzejmą prośbą o włączenie procesu myślenia i wyobraźni. Procesy te powinny się uruchamiać wraz z silnikiem, z przekręceniem kluczyka w stacyjce. Jeśli działały przed tym zdarzeniem, to po jego wystąpieniu, wspomniane procesy powinny wejść na wyższe obroty i zwiększyć wydajność. O czym mówię? O pieszych. Właśnie przeczytałam kolejne doniesienie, że w moim mieście zginął pieszy na przejściu dla pieszych. Po raz kolejny ten sam scenariusz - kierowca zatrzymał się przed przejściem, a drugi na nie wjechał, zabijając człowieka. Moja koleżanka jeden z tych wypadków widziała. Widziała, jak starsza pani przeleciała parę metrów, by wylądować w szpitalu i umrzeć zaraz po tym. Niemal zawsze ten sam scenariusz. Dwa lub trzy pasy, jeden staje, pieszy wchodzi i jest zgarniany z przejścia. Bo drugi, czy trzeci nie wpadnie na pomysł, że na przejściu może być człowiek. Czyjaś babcia, matka, ojciec lub rodzeństwo. Dziewczyna, która widziała taki wypadek, ta co wspomniałam, ma teraz nawyk, że nie przepuszcza pieszych, bo nie chce mieć nikogo na sumieniu - ona wpuści, a ktoś obok zabije. Poniekąd jej się nie dziwię. Sama nie raz mam wrażenie, że przechodzenie przez przejścia to wręcz sporty ekstremalne i ryzykowanie własnym życiem. Iluż to wariatów zostało już przeze mnie w myślach uduszonych, ilu już nakopałam wirtualnie do tyłka. Kolejny zabity i żadnej poprawy.
Pomyślcie sobie, ze następnym razem, to może się przydarzyć waszej żonie, mężowi, matce, babci, ojcu, bratu, siostrze. MYŚLENIE NIE BOLI! na prawdę. Odrobina wyobraźni i zastanowienia - a ktoś przeżyje dzień do końca. Tak niewiele od siebie, a tak dużo może dać!
Pomyślcie sobie, ze następnym razem, to może się przydarzyć waszej żonie, mężowi, matce, babci, ojcu, bratu, siostrze. MYŚLENIE NIE BOLI! na prawdę. Odrobina wyobraźni i zastanowienia - a ktoś przeżyje dzień do końca. Tak niewiele od siebie, a tak dużo może dać!
środa, 6 sierpnia 2014
o niczym
Ostatnio nie mam weny i pociągu, żeby pisać. Możliwe, że z gorąca. Na szczęście, nieco odpuściło, bo człowiek by zwariował. Na dowód - wczoraj przez 15 minut po całym moim małym mieszkanku łaziłam i szukałam swojego piwa - zaginęła mi puszka radlera. I wiecie co... nie znalazłam. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że je dokończyłam i wywaliłam puszkę do kosza..... serio! Chociaż osobiście podejrzewam krasnoludki, bo ja faktu dopicia i wywalenia nie pamiętam. Wygłosiłam tez kilka zdać na głos, po czym usłyszałam "przecież już to mówiłaś..." Serio? Zdawało mi się, że tylko pomyślałam, bez wyrażania się na głos... Cóż... Jeśli jeszcze ktoś ma wątpliwości, że upały szkodzom - to niech ich nie ma - szkodzom! Przynajmniej niektórym jednostkom. Ale zrozumcie - u mnie deszczyk spadł dopiero wczoraj. I nie jakaś tam burza, ulewa, czy cóś - taki tam zwykły, równy deszcz, nie za długi, po czym cały wtorek był piękny i słoneczny. Dopiero dzisiaj, we środę, jest nieco pochmurno i nawet odważyłam się przywdziać bluzkę z rękawem do łokcia! Szał!
Poza tym jakaś rozbita jestem wewnętrznie i nie umiem sobie znaleźć miejsca. Nosi mnie. Sama nie wiem, czego chcę i mam nadzieję, że nie przekombinuję w tym ustalaniu i dochodzeniu do wniosków.
Wczoraj Taka Jedna wypaliła z informacją, że ma urlop i skorzysta z mojego zaproszenia. Przyjedzie do mnie! Tak się ucieszyłam, że z radości na jej cześć pomyłam okna (przecież nie może patrzeć przez zakurzone!), lustra w szafie (a niech się podziwia z rana bez plam) oraz szyby w witrynkach :) Jeszcze okna w dużym pokoju mi zostały. Kurze z najwyższych półek też już zgarnięte. Za tydzień jeszcze poprawię. No i muszę jakiegoś placka popełnić, żeby mi z głodu nie umarła i niech se nie myśli, że jej nie dogodzę! Menu już obmyślam, urlop załatwiłam, teraz oczekuję, z niecierpliwością. I układam plany :D
Zobaczcie, co zrobiła dla mnie Natt! TU Jest to prezent dla mojej siostrzenicy :) mnie on się osobiście baaardzo podoba, jeśli spotka się z podobnym uznaniem u siostry (to niespodzianka), to będzie jeszcze jedno, dla siostrzeńca :) Mają niektórzy talent, co?
Poza tym jakaś rozbita jestem wewnętrznie i nie umiem sobie znaleźć miejsca. Nosi mnie. Sama nie wiem, czego chcę i mam nadzieję, że nie przekombinuję w tym ustalaniu i dochodzeniu do wniosków.
Wczoraj Taka Jedna wypaliła z informacją, że ma urlop i skorzysta z mojego zaproszenia. Przyjedzie do mnie! Tak się ucieszyłam, że z radości na jej cześć pomyłam okna (przecież nie może patrzeć przez zakurzone!), lustra w szafie (a niech się podziwia z rana bez plam) oraz szyby w witrynkach :) Jeszcze okna w dużym pokoju mi zostały. Kurze z najwyższych półek też już zgarnięte. Za tydzień jeszcze poprawię. No i muszę jakiegoś placka popełnić, żeby mi z głodu nie umarła i niech se nie myśli, że jej nie dogodzę! Menu już obmyślam, urlop załatwiłam, teraz oczekuję, z niecierpliwością. I układam plany :D
Zobaczcie, co zrobiła dla mnie Natt! TU Jest to prezent dla mojej siostrzenicy :) mnie on się osobiście baaardzo podoba, jeśli spotka się z podobnym uznaniem u siostry (to niespodzianka), to będzie jeszcze jedno, dla siostrzeńca :) Mają niektórzy talent, co?
Subskrybuj:
Posty (Atom)