Czy wiecie, jak trudno jest się spakować kobiecie na 2-3 dniowy wyjazd?
Masakra! Jedziesz na 2-3 dni i trzeba przewidzieć absolutnie wszystko! Trzeba wziąć bieliznę (przyzwoitą, bo jeszcze koleżanka z pokoju pomyśli, że mnie nie stać na nowe majtki i w takich podartych latam), coś do spania (najlepiej nie za bardzo seksi, i z dołem, bo przecież nie będę koleżance tyłkiem po oczach świecić), coś z długim rękawem, gdyby było chłodno, długie spodnie, krótkie spodnie (gdyby było gorąco), coś z krótkim rękawem (tak żeby się jeszcze nadawało do wyjścia między ludzi, np. na piwo w lokalu), i buty, takie na wypadek deszczu, może jakaś kurtka? Oczywiście osobny strój na drogę, kolejny do ubrania się "na miejscu" (ten z drogi przecież będzie nieświeży i do zmiany). Kosmetyki, ręczniki (duży i mały obowiązkowo) i kilka drobiazgów do makijażu oraz coś z biżuterii.... I w ten oto sposób na 2-3 dni wychodzi mała walizka.
No ale niech mi ktoś powie, czy można te racje odzieżowe zmniejszyć? Nie można! To jest absolutne minimum. A potem... a potem się wraca i trzeba to rozpakować...
poniedziałek, 11 sierpnia 2014
piątek, 8 sierpnia 2014
Apel do kierowców
Szanowni Kierowcy! Zwracam się z uprzejmą prośbą o włączenie procesu myślenia i wyobraźni. Procesy te powinny się uruchamiać wraz z silnikiem, z przekręceniem kluczyka w stacyjce. Jeśli działały przed tym zdarzeniem, to po jego wystąpieniu, wspomniane procesy powinny wejść na wyższe obroty i zwiększyć wydajność. O czym mówię? O pieszych. Właśnie przeczytałam kolejne doniesienie, że w moim mieście zginął pieszy na przejściu dla pieszych. Po raz kolejny ten sam scenariusz - kierowca zatrzymał się przed przejściem, a drugi na nie wjechał, zabijając człowieka. Moja koleżanka jeden z tych wypadków widziała. Widziała, jak starsza pani przeleciała parę metrów, by wylądować w szpitalu i umrzeć zaraz po tym. Niemal zawsze ten sam scenariusz. Dwa lub trzy pasy, jeden staje, pieszy wchodzi i jest zgarniany z przejścia. Bo drugi, czy trzeci nie wpadnie na pomysł, że na przejściu może być człowiek. Czyjaś babcia, matka, ojciec lub rodzeństwo. Dziewczyna, która widziała taki wypadek, ta co wspomniałam, ma teraz nawyk, że nie przepuszcza pieszych, bo nie chce mieć nikogo na sumieniu - ona wpuści, a ktoś obok zabije. Poniekąd jej się nie dziwię. Sama nie raz mam wrażenie, że przechodzenie przez przejścia to wręcz sporty ekstremalne i ryzykowanie własnym życiem. Iluż to wariatów zostało już przeze mnie w myślach uduszonych, ilu już nakopałam wirtualnie do tyłka. Kolejny zabity i żadnej poprawy.
Pomyślcie sobie, ze następnym razem, to może się przydarzyć waszej żonie, mężowi, matce, babci, ojcu, bratu, siostrze. MYŚLENIE NIE BOLI! na prawdę. Odrobina wyobraźni i zastanowienia - a ktoś przeżyje dzień do końca. Tak niewiele od siebie, a tak dużo może dać!
Pomyślcie sobie, ze następnym razem, to może się przydarzyć waszej żonie, mężowi, matce, babci, ojcu, bratu, siostrze. MYŚLENIE NIE BOLI! na prawdę. Odrobina wyobraźni i zastanowienia - a ktoś przeżyje dzień do końca. Tak niewiele od siebie, a tak dużo może dać!
środa, 6 sierpnia 2014
o niczym
Ostatnio nie mam weny i pociągu, żeby pisać. Możliwe, że z gorąca. Na szczęście, nieco odpuściło, bo człowiek by zwariował. Na dowód - wczoraj przez 15 minut po całym moim małym mieszkanku łaziłam i szukałam swojego piwa - zaginęła mi puszka radlera. I wiecie co... nie znalazłam. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że je dokończyłam i wywaliłam puszkę do kosza..... serio! Chociaż osobiście podejrzewam krasnoludki, bo ja faktu dopicia i wywalenia nie pamiętam. Wygłosiłam tez kilka zdać na głos, po czym usłyszałam "przecież już to mówiłaś..." Serio? Zdawało mi się, że tylko pomyślałam, bez wyrażania się na głos... Cóż... Jeśli jeszcze ktoś ma wątpliwości, że upały szkodzom - to niech ich nie ma - szkodzom! Przynajmniej niektórym jednostkom. Ale zrozumcie - u mnie deszczyk spadł dopiero wczoraj. I nie jakaś tam burza, ulewa, czy cóś - taki tam zwykły, równy deszcz, nie za długi, po czym cały wtorek był piękny i słoneczny. Dopiero dzisiaj, we środę, jest nieco pochmurno i nawet odważyłam się przywdziać bluzkę z rękawem do łokcia! Szał!
Poza tym jakaś rozbita jestem wewnętrznie i nie umiem sobie znaleźć miejsca. Nosi mnie. Sama nie wiem, czego chcę i mam nadzieję, że nie przekombinuję w tym ustalaniu i dochodzeniu do wniosków.
Wczoraj Taka Jedna wypaliła z informacją, że ma urlop i skorzysta z mojego zaproszenia. Przyjedzie do mnie! Tak się ucieszyłam, że z radości na jej cześć pomyłam okna (przecież nie może patrzeć przez zakurzone!), lustra w szafie (a niech się podziwia z rana bez plam) oraz szyby w witrynkach :) Jeszcze okna w dużym pokoju mi zostały. Kurze z najwyższych półek też już zgarnięte. Za tydzień jeszcze poprawię. No i muszę jakiegoś placka popełnić, żeby mi z głodu nie umarła i niech se nie myśli, że jej nie dogodzę! Menu już obmyślam, urlop załatwiłam, teraz oczekuję, z niecierpliwością. I układam plany :D
Zobaczcie, co zrobiła dla mnie Natt! TU Jest to prezent dla mojej siostrzenicy :) mnie on się osobiście baaardzo podoba, jeśli spotka się z podobnym uznaniem u siostry (to niespodzianka), to będzie jeszcze jedno, dla siostrzeńca :) Mają niektórzy talent, co?
Poza tym jakaś rozbita jestem wewnętrznie i nie umiem sobie znaleźć miejsca. Nosi mnie. Sama nie wiem, czego chcę i mam nadzieję, że nie przekombinuję w tym ustalaniu i dochodzeniu do wniosków.
Wczoraj Taka Jedna wypaliła z informacją, że ma urlop i skorzysta z mojego zaproszenia. Przyjedzie do mnie! Tak się ucieszyłam, że z radości na jej cześć pomyłam okna (przecież nie może patrzeć przez zakurzone!), lustra w szafie (a niech się podziwia z rana bez plam) oraz szyby w witrynkach :) Jeszcze okna w dużym pokoju mi zostały. Kurze z najwyższych półek też już zgarnięte. Za tydzień jeszcze poprawię. No i muszę jakiegoś placka popełnić, żeby mi z głodu nie umarła i niech se nie myśli, że jej nie dogodzę! Menu już obmyślam, urlop załatwiłam, teraz oczekuję, z niecierpliwością. I układam plany :D
Zobaczcie, co zrobiła dla mnie Natt! TU Jest to prezent dla mojej siostrzenicy :) mnie on się osobiście baaardzo podoba, jeśli spotka się z podobnym uznaniem u siostry (to niespodzianka), to będzie jeszcze jedno, dla siostrzeńca :) Mają niektórzy talent, co?
piątek, 1 sierpnia 2014
nie ma mnie
Mózg mi się zlasował. Trochę go wyparowało. Wrócę, jak odrośnie. Albo się na powrót skropli. Tygrys jest ugotowany w sosie własnym i to nie jest fajne. Nie umiem sklecić rozsądnie kilku zdań, bo mi się wszystko plącze. Post wakacyjny się tworzy (co to był ten urlop???????????? miałam go wogle??????????)
piątek, 18 lipca 2014
prawo do dokonania wyboru?
Wiem, miało być o urlopie. Stworzę posta w weekend, obiecuję. Muszę się troszkę do niego przyłożyć (zdjęcia, opis, itp. - odpowiednio dobrać). Teraz będzie o czymś innym. Niewakacyjnym.
Trochę mnie w kraju nie było. Odłączyłam się od sieci, wiadomości, całego szumu. Docierały do mnie skrawki. A ostatnio jak wiadomo było głośno o wielu rzeczach. Ja się chciałam aktualnie skupić na aborcji, eutanazji. Na możliwości lub niemożliwości podjęcia pewnych decyzji. Za kogoś, za siebie, w sprawie...
Wiadomo, zwolenników i przeciwników jest wielu. Każdy ma jakieś silne argumenty po swojej stronie. A mnie boli jedno - niezależnie od tego, jakie JA mam poglądu, jestem zmuszana do postępowania wg CUDZYCH postanowień. A ja chciałabym mieć wybór. Móc zdecydować w chwili nieszczęścia, co robić dalej.
Aborcja. Jestem osobą wierzącą. Może nie zagorzale, nie fanatycznie, nawet nie jakoś silnie, ale jednak. Odniosę się do wiadomej sytuacji, kiedy dr Chazan odmówił kobiecie wykonania zabiegu aborcji. O tym, czy miał do tego moralne prawo, nie teraz. Chociaż osobiście uważam, że mógł nie chcieć wykonać zabiegu, jednak w takim wypadku powinien odesłać ją do innych lekarzy. Ale to w innym poście. Temat za szeroki. Wracając do tej sytuacji. Zastanawiam się, czy będąc na miejscu tej kobiety dokonałabym zabiegu. Uczciwie mówię, że nie wiem. Wiem jednak, że zależałoby mi, aby mieć możliwość wyboru. Żeby móc samodzielnie podjąć decyzję i ponieść jej skutki. Moja decyzja, mój wybór, moje uczynki, moja odpowiedzialność. Podobne zdanie mam w przypadku do eutanazji. Chciałabym, aby mój wybór był uszanowany. Otwarcie mówię mężowi, że gdyby coś mi się stało, chcę, aby moje narządy poszły do przeszczepu. Również świadomie twierdzę, że nie chciałabym być sztucznie podtrzymywana przy życiu. Nie chciałabym, aby ktoś się ze mną "męczył", nie chciałabym wegetować. Oglądałam kiedyś taki dokument o brytyjskich szpitalach i rodzących się tam wcześniakach. Mają ustaloną granicę powyżej której ratują takie dzieci - podejmują próbę. Bo śmiertelność jest niezwykle wysoka. I lekarza oraz pielęgniarki rozważali, co oni by zrobili na miejscu takich rodziców. Bo są tacy, którzy nie podejmują leczenia "za wszelką" cenę, tylko pozwalają dzieciom odejść. Aby nie cierpiały. Często bowiem zdarza się, że dziecko się leczy, a ono mimo to, po tygodniu, dwóch, trzech, intensywnych i agresywnych metod leczenia, umiera. Cierpienie dziecka i tych rodziców jest przedłużane, może czasami niepotrzebnie? Ale oni mają wybór - mogę podjąć swoją własną decyzję. Tam im się na to pozwala. U nas z tym bywa różnie. Mam w rodzinie, dalszej, dziewczynę, która dokonała aborcji. Wiem, że była to dla niej cholernie trudna decyzja, którą okupiła cierpieniem i żałobą. Powodem były bardzo duże wady płodu, który się niemal nie rozwijał. Istniało bardzo duże ryzyko, że dziecko nie dożyje końca ciąży, zagrozi jej życiu, a jeśli jakoś dotrwa do końca ciąży, to nie przeżyje porodu. Nie rozwijało się serce, układ krwionośny i miało poważne wady układu nerwowego (doszło do mnie, że nie rozwijał się prawidłowo mózg). Ona podjęła swoją decyzję, za którą poniosła odpowiedzialność. Nikt jednak nie - jakby to ująć - nie narzucał jej niczego. Wyjaśniono jest, jak realnie wygląda sytuacja, nikt nie nakłaniał jej do żadnej opcji. Decyzja należała do niej, do jej rodziny. Została uszanowana. U nas nie uszanowano wyboru tej kobiety, o której rozpisywały się media. Na prawdę rozumiem, że duży odsetek naszego społeczeństwa jest wierzący i wiara nie pozwala im podejmowania decyzji, które są grzechem. Jednak domagam się tolerancji z ich strony. Każdy wierzący wie, że człowiek ma "wolną wolę". Ma możliwość wybrania, między dobrem, a złem. Katolik dokonując wyboru będzie odpierał pokusę, wybierał dobro. Ale wolna wola dopuszcza możliwość "złego wyboru" - złego według zasad wiary. Wybranie "zła" jest możliwe. Pamiętajmy jednak, że jest to "zły" wybór patrząc przez pryzmat wiary. Niech wierzący pozwolą nie-wierzącym na działania zgodne z własnym sumieniem. Żyjemy w państwie demokratycznym, a wg definicji tego słowa, państwie, które pozwala wybrać. A ja się czasami czuję, że moja możliwość dokonania wyboru jest tylko pozorna... Bo jak przyjdzie co do czego, to narzuca się mi "jedyną słuszną opcję". I że w takich realiach, jakie obecnie mamy, to nie lekarz, nie państwo, ale ksiądz na ambonie będzie mnie sztucznie podtrzymywał przy życiu w hipotetycznej sytuacji kryzysowej, mimo mojego głośnego i wyraźnego sprzeciwu.
Trochę mnie w kraju nie było. Odłączyłam się od sieci, wiadomości, całego szumu. Docierały do mnie skrawki. A ostatnio jak wiadomo było głośno o wielu rzeczach. Ja się chciałam aktualnie skupić na aborcji, eutanazji. Na możliwości lub niemożliwości podjęcia pewnych decyzji. Za kogoś, za siebie, w sprawie...
Wiadomo, zwolenników i przeciwników jest wielu. Każdy ma jakieś silne argumenty po swojej stronie. A mnie boli jedno - niezależnie od tego, jakie JA mam poglądu, jestem zmuszana do postępowania wg CUDZYCH postanowień. A ja chciałabym mieć wybór. Móc zdecydować w chwili nieszczęścia, co robić dalej.
Aborcja. Jestem osobą wierzącą. Może nie zagorzale, nie fanatycznie, nawet nie jakoś silnie, ale jednak. Odniosę się do wiadomej sytuacji, kiedy dr Chazan odmówił kobiecie wykonania zabiegu aborcji. O tym, czy miał do tego moralne prawo, nie teraz. Chociaż osobiście uważam, że mógł nie chcieć wykonać zabiegu, jednak w takim wypadku powinien odesłać ją do innych lekarzy. Ale to w innym poście. Temat za szeroki. Wracając do tej sytuacji. Zastanawiam się, czy będąc na miejscu tej kobiety dokonałabym zabiegu. Uczciwie mówię, że nie wiem. Wiem jednak, że zależałoby mi, aby mieć możliwość wyboru. Żeby móc samodzielnie podjąć decyzję i ponieść jej skutki. Moja decyzja, mój wybór, moje uczynki, moja odpowiedzialność. Podobne zdanie mam w przypadku do eutanazji. Chciałabym, aby mój wybór był uszanowany. Otwarcie mówię mężowi, że gdyby coś mi się stało, chcę, aby moje narządy poszły do przeszczepu. Również świadomie twierdzę, że nie chciałabym być sztucznie podtrzymywana przy życiu. Nie chciałabym, aby ktoś się ze mną "męczył", nie chciałabym wegetować. Oglądałam kiedyś taki dokument o brytyjskich szpitalach i rodzących się tam wcześniakach. Mają ustaloną granicę powyżej której ratują takie dzieci - podejmują próbę. Bo śmiertelność jest niezwykle wysoka. I lekarza oraz pielęgniarki rozważali, co oni by zrobili na miejscu takich rodziców. Bo są tacy, którzy nie podejmują leczenia "za wszelką" cenę, tylko pozwalają dzieciom odejść. Aby nie cierpiały. Często bowiem zdarza się, że dziecko się leczy, a ono mimo to, po tygodniu, dwóch, trzech, intensywnych i agresywnych metod leczenia, umiera. Cierpienie dziecka i tych rodziców jest przedłużane, może czasami niepotrzebnie? Ale oni mają wybór - mogę podjąć swoją własną decyzję. Tam im się na to pozwala. U nas z tym bywa różnie. Mam w rodzinie, dalszej, dziewczynę, która dokonała aborcji. Wiem, że była to dla niej cholernie trudna decyzja, którą okupiła cierpieniem i żałobą. Powodem były bardzo duże wady płodu, który się niemal nie rozwijał. Istniało bardzo duże ryzyko, że dziecko nie dożyje końca ciąży, zagrozi jej życiu, a jeśli jakoś dotrwa do końca ciąży, to nie przeżyje porodu. Nie rozwijało się serce, układ krwionośny i miało poważne wady układu nerwowego (doszło do mnie, że nie rozwijał się prawidłowo mózg). Ona podjęła swoją decyzję, za którą poniosła odpowiedzialność. Nikt jednak nie - jakby to ująć - nie narzucał jej niczego. Wyjaśniono jest, jak realnie wygląda sytuacja, nikt nie nakłaniał jej do żadnej opcji. Decyzja należała do niej, do jej rodziny. Została uszanowana. U nas nie uszanowano wyboru tej kobiety, o której rozpisywały się media. Na prawdę rozumiem, że duży odsetek naszego społeczeństwa jest wierzący i wiara nie pozwala im podejmowania decyzji, które są grzechem. Jednak domagam się tolerancji z ich strony. Każdy wierzący wie, że człowiek ma "wolną wolę". Ma możliwość wybrania, między dobrem, a złem. Katolik dokonując wyboru będzie odpierał pokusę, wybierał dobro. Ale wolna wola dopuszcza możliwość "złego wyboru" - złego według zasad wiary. Wybranie "zła" jest możliwe. Pamiętajmy jednak, że jest to "zły" wybór patrząc przez pryzmat wiary. Niech wierzący pozwolą nie-wierzącym na działania zgodne z własnym sumieniem. Żyjemy w państwie demokratycznym, a wg definicji tego słowa, państwie, które pozwala wybrać. A ja się czasami czuję, że moja możliwość dokonania wyboru jest tylko pozorna... Bo jak przyjdzie co do czego, to narzuca się mi "jedyną słuszną opcję". I że w takich realiach, jakie obecnie mamy, to nie lekarz, nie państwo, ale ksiądz na ambonie będzie mnie sztucznie podtrzymywał przy życiu w hipotetycznej sytuacji kryzysowej, mimo mojego głośnego i wyraźnego sprzeciwu.
wtorek, 15 lipca 2014
wróciłam i zapowiadam posta
Cześć i czołem, kluski z rosołem
Tjaaa...
No po prostu wróciłam, dochodzę do siebie i próbuję poczuć pociąg do obowiązków w pracy. Postaram się w tym tygodniu sklecić posta upstrzonego zdjęciami, zawierającego relację z odbytego urlopu. Na razie idę powalczyć z leniwcem, który się we mnie obudził, panoszy się i nie chce dopuścić do głosu pracowitej pszczółki. Pa!
Tjaaa...
No po prostu wróciłam, dochodzę do siebie i próbuję poczuć pociąg do obowiązków w pracy. Postaram się w tym tygodniu sklecić posta upstrzonego zdjęciami, zawierającego relację z odbytego urlopu. Na razie idę powalczyć z leniwcem, który się we mnie obudził, panoszy się i nie chce dopuścić do głosu pracowitej pszczółki. Pa!
wtorek, 1 lipca 2014
Melduję się!
Dojechaliśmy. Stop. Jest pięknie. Stop. Pogoda dopisuje. Stop. Młoda wydobrzała, na kilka godzin przed wyjazdem dostała zastrzyk w tyłek puściło. Stop. Moja angina w odwrocie. Okazała się straszną suką i gardło (na szczęście bez spuchnięcia) miałam poranione aż na podniebieniu. Stop. Poniżej ja, podziwiajcie :D Stop. Pozdrawiam serdecznie. Stop. Bez odbioru. Stop.
Subskrybuj:
Posty (Atom)