Z góry uprzedzam, że mogą być literówki - tak bywa po 2 nieco obszerniejszych lampeczkach fałszywego martini.... No sorry, musicie wybaczyć! Jest dzień babci, więc mam imieniny :P Pochłonęłam ciastko z gagareką - razy 3 w sumie, orzeszka (i brzuszki poszły w cholerę....) i spożywam napój alkoholowy, zwany czasem wyskokowym, chociaż jakoś nie skaczę... rzekłabym, że bliżej mi do chwiania... ale nie czepiajmy się szczegółów!
W kraju źle się dzieje, ludzie mają problemy z frankiem (ten to dopiero musiał spożyć, skoro tak wyskoczył!), górnicy strajkują, więc co robić? Pić! Przynajmniej jakoś raźniej i luźniej się robi na sercu (i w nogach).
No.
A teraz wprowadźmy odrobinę powagi..... (błehehehehehehhehehehe).... przepraszam, sie mi wyrwało :P
Znalazłam swoje stare zdjęcia. Ze studniówki i liceum... łomatkozcórkombabkom i wszyscy święci! Nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać, więc dolałam fałszywego martini :D
Ale byłam laska! Jacieżniepierdzielę! Tylko styl fryzurowo-odzieżowy jakoś pozostawia nieco do życzenia. Ale w tamtych czasach (nie, wcale nie brzmi to jakbym miała 150 lat!) takie było modne i basta. Nie wnikajmy lepiej. Dla zdrowia psychicznego!
Czymże jest spowodowany mój nastrój? Winem, to fakt. Ano tym również, że roboty mam tyle, że nie nadążam taczek ładować i latam z pustymi :P jak w tym starym dowcipie. Dowcip jest stary, ja jeszcze nie aż tak, gwoli ścisłości.
Niestety, sytuacja się w biurze mym zmieniła nieco i pisać mogę jedynie z domu. A tu się ciężko dobić do kompa, bo chętnych wielu. Poza tym (kurczę, jak mi się literki plączą... dzięki ci, kimkolwiek jesteś, za spelczeka!) po 8 minimum godzinach przed kompem w domu funduję sobie detoks komputerowy. Dlatego rzadziej dużo piszę i pisać rzadziej będę. Następnym razem postaram się pisać sama, bez wina zaglądającego mi przez ramię i poganiającego.
Inna kwestia, że ostatnio staram się wygrać konkurs na najfajniejszego pacjenta chirurgicznego i zbieram ostro punkty na karcie! Uwierzcie mi, staram się jak mogę :P Włączając w to powoli całą rodzinę! Z niusów ostatnich - w piątek idę z młodą zdjąć jej szwy z głowy (jeszcze tylko małż został w kolejce do rozbicia i szycia głowy... a ja mu wcale źle nie życzę, tylko tak uprzedzam... teraz jego kolej). Generalnie, wiem już, z czym i gdzie jechać, żeby zostać profesjonalnie obsłużonym.
Kurczę... muszę dolać, bo się skończył.... momencik..... JUŻ :D
Wbrew pozorom i mojej głupawce, to jest jakoś średnio, ale.... ostatnio otrzymałam tyle pozytywnych znaków, że samej mi ciężko uwierzyć. Z jednej strony - łał!!! z drugiej aż się boję cieszyć, żeby nie zapeszyć. Ale... kto nie da rady iść pod wiatr, jak nie ja? No kto? Ja? Ja nie dam rady?!?! Jestem zajebista i sobie ze wszystkim poradzę! A co!
środa, 21 stycznia 2015
niedziela, 4 stycznia 2015
nauczmy się wzajemnej kultury i szacunku
No więc... oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym się nie odniosła do głośnego ostatnimi czasy felietonu o kupach w pampersach w restauracji. A dokładniej do całej dyskusji, która się wokół rozpętała. Cały "problem" tak na prawdę sprowadza się to jednej NIE-PROSTEJ kwestii - ludzie nie potrafią zrozumieć, że ktoś może mieć inne spojrzenie na sprawę niż oni sami! Jako matka też chciałam "być" - w mieście, w sklepach, w kawiarni - nie siedzieć zamknięta w domu z telewizją śniadaniową i gadać tylko z lekko odmóżdżonymi mamuśkami pod piaskownicą. Ale..... mój wewnętrzny racjonalizm, wrodzona i nabyta w toku dorastania kultura osobista i szacunek do otoczenia podpowiadały mi, że z dzieckiem do restauracji to się raczej nie nadają. A dlaczego? Bo restauracja (poza faktem, że nie stać mnie na regularne jadanie w knajpach) to miejsce, w którym obowiązują pewne standardy i wymaga się pewnego poziomu zachowania. Jeśli chcę iść na kawę i zabierać ze sobą dziecko - idę do knajpki przeznaczonej dla dzieci! Tam wiem, że nikomu moje latające dziecko nie będzie przeszkadzało. Jestem - jakimś cudem! - w stanie zrozumieć, ze głośno zachowujące się dzieci mogą przeszkadzać ludziom, którzy wyszli z domu, by spokojnie zjeść posiłek poza domem. Ponadto - uczę moje dzieci, że w miejscach publicznych (w tym -w sklepach, parkach, galeriach, na spacerze) - nie zachowujemy się jak dzicz spuszczona po latach ze smyczy, nie drzemy paszczy, nie biegamy pod nogami innym ludziom, a jak chcemy o coś zapytać mamę, to do niej podchodzimy, a nie drzemy się z odległości dużej :P Może ja jestem szurnięta? Ale patrząc czasami na otoczenie - jestem dumna z moich dzieci. Dwa dni temu chciałam zrobić w biedrze jakieś zakupy. Myślałam, że ustrzelę dzieciaka i jego ojca. Serio... Nie byłam w stanie się skupić, bo jedyne co słyszałam, to synek drący się przez całą alejkę, że nie ma tego szpinaku!!!!!! potem się darł, że chce jogurt, potem że się stuknął, potem, że chce do domu.... AAAAAAAAAAAAA!!!! A tatuś?
Ze stoickim spokojem patrzył w kartkę z listą i czasami rzucał znudzone i spokojne "romuś, nie krzycz..." nie wiem, czy Romuś to w ogóle dosłyszał... Wyszłam ze sklepu z przeogromną ulgą. Nie wiem, może jestem szurnięta? A może właśnie wręcz przeciwnie? Może zarówno moje dzieci, jak i ja, jesteśmy normalni? Bo widzicie, ja się nie wstydzę z nimi wychodzić między ludzi. Owszem, też potrafią szaleć i wariować. ale my, jako rodzice, zwracamy im wtedy uwagę i uczymy, jak się wypada zachować. Zdaję sobie sprawę z ograniczeń, wiem, na co moje dzieci stać, a na co nie i nie idę z nimi w pewne miejsca, gdzie mogą one przeszkadzać otoczeniu! Bo wiem i rozumiem (przykład z biedry), że dzieci mogą być wkurzające dla otoczenia! Taki ich urok i zbójeckie prawo. Moim obowiązkiem zaś jest im to uświadomić i nauczyć kulturalnych zachowań. Oraz szacunku i zrozumienia dla innych.
I dodam na koniec wywodu - nie uważam, żeby autorka tego spornego felietonu miała zamiar szkalować matki z dziećmi - szkalowała i wytykała brak kultury, zachowania i szacunku. Bo co jak co - ale przebierać pampersa przy stole??????? No dajcie spokój!!!!!!!!!! Zwróciłabym takiej babie uwagę!
Ze stoickim spokojem patrzył w kartkę z listą i czasami rzucał znudzone i spokojne "romuś, nie krzycz..." nie wiem, czy Romuś to w ogóle dosłyszał... Wyszłam ze sklepu z przeogromną ulgą. Nie wiem, może jestem szurnięta? A może właśnie wręcz przeciwnie? Może zarówno moje dzieci, jak i ja, jesteśmy normalni? Bo widzicie, ja się nie wstydzę z nimi wychodzić między ludzi. Owszem, też potrafią szaleć i wariować. ale my, jako rodzice, zwracamy im wtedy uwagę i uczymy, jak się wypada zachować. Zdaję sobie sprawę z ograniczeń, wiem, na co moje dzieci stać, a na co nie i nie idę z nimi w pewne miejsca, gdzie mogą one przeszkadzać otoczeniu! Bo wiem i rozumiem (przykład z biedry), że dzieci mogą być wkurzające dla otoczenia! Taki ich urok i zbójeckie prawo. Moim obowiązkiem zaś jest im to uświadomić i nauczyć kulturalnych zachowań. Oraz szacunku i zrozumienia dla innych.
I dodam na koniec wywodu - nie uważam, żeby autorka tego spornego felietonu miała zamiar szkalować matki z dziećmi - szkalowała i wytykała brak kultury, zachowania i szacunku. Bo co jak co - ale przebierać pampersa przy stole??????? No dajcie spokój!!!!!!!!!! Zwróciłabym takiej babie uwagę!
piątek, 2 stycznia 2015
o tym JAK przeżyłam Nowy Rok...
Joł! Jestem! Z doskoku wracam, coraz częściej do Was zaglądając. Skończył się 2014, nastał 2015, znowu się trzeba przyzwyczajać do nowej cyferki na końcu.... Życzę Wam wszystkim, aby ten Nowy był po stokroć lepszy od poprzedniego!
A jak się Wam udał Sylwester? Pobawiliście się nieco? Ja swój spędziłam głównie na kanapie. W towarzystwie szwagierki z mężem. Było miło, tak jak miało być. Chlapnęłam 2 lampki wina, o północy lampkę szampana, pożarliśmy wypasione zapiekanki, była też sałatka... poszłam spać przed pierwszą w sumie, licząc, że ta głowa co mnie ćmi - przejdzie. Przeszła.... a owszem... od stanu "ćmi" do stanu "napieprza". A potem było już gorzej... Jak można przywitać Nowy Rok, aby go dobrze zapamiętać? Oszczędzę Wam szczegółów, ale wspomnę, że wstałam z łóżka ok. 19-tej dopiero, gdy głowa przeszła z etapu "napierd..." do tylko "napieprza" oraz jak już miałam pewność, że kasza ze zjedzonego z ogromną dozą nieśmiałości krupniku nie wybije mi zębów od wewnątrz... Dreszcze, temperatura i zatrucie to NIE jest to, co Tygrysy lubią na święta...... No, ale jest i plus - możliwe, że schudłam po świątecznym obżarstwie :P a plusów w tym roku zamierzam szukać bardzo mocno!
Moje postanowienia noworoczne?
1. kontynuować regularne wizyty u pani prowadzącej zajęcia fitness celem poprawy własnego samopoczucia, kondycji i sprawności oraz wyrzucenia z siebie negatywnych emocji.
2. nie zabić męża i nie rozwieść się :P
3. wykazywać się większą cierpliwością i wyrozumiałością w stosunku do coraz częściej irytującego swoimi "genialnymi-inaczej" pomysłami potomstwa
4. nie zamordować teściowej (czyli wykazać się przeogromną dawką cierpliwości, wyrozumiałości i tumiwisizmu, nie popadając tym samym w alkoholizm)
5. świetnie się bawić i niczego nie żałować :D
6. obowiązkowo - w tym roku pojechać z Młodą w Tatry - trasę już mam zaplanowaną :D
Uważam, że moja lista jest wystarczająco długa i dość ambitna, jeśli się wczytać w poszczególne punkty. Tyle mi wystarczy :) Powinnam dać radę....
DOPISEK: O kurierze, co nie trafił i dzwonieniu do Frytki o 4 rano będzie w następnym poście :)
A jak się Wam udał Sylwester? Pobawiliście się nieco? Ja swój spędziłam głównie na kanapie. W towarzystwie szwagierki z mężem. Było miło, tak jak miało być. Chlapnęłam 2 lampki wina, o północy lampkę szampana, pożarliśmy wypasione zapiekanki, była też sałatka... poszłam spać przed pierwszą w sumie, licząc, że ta głowa co mnie ćmi - przejdzie. Przeszła.... a owszem... od stanu "ćmi" do stanu "napieprza". A potem było już gorzej... Jak można przywitać Nowy Rok, aby go dobrze zapamiętać? Oszczędzę Wam szczegółów, ale wspomnę, że wstałam z łóżka ok. 19-tej dopiero, gdy głowa przeszła z etapu "napierd..." do tylko "napieprza" oraz jak już miałam pewność, że kasza ze zjedzonego z ogromną dozą nieśmiałości krupniku nie wybije mi zębów od wewnątrz... Dreszcze, temperatura i zatrucie to NIE jest to, co Tygrysy lubią na święta...... No, ale jest i plus - możliwe, że schudłam po świątecznym obżarstwie :P a plusów w tym roku zamierzam szukać bardzo mocno!
Moje postanowienia noworoczne?
1. kontynuować regularne wizyty u pani prowadzącej zajęcia fitness celem poprawy własnego samopoczucia, kondycji i sprawności oraz wyrzucenia z siebie negatywnych emocji.
2. nie zabić męża i nie rozwieść się :P
3. wykazywać się większą cierpliwością i wyrozumiałością w stosunku do coraz częściej irytującego swoimi "genialnymi-inaczej" pomysłami potomstwa
4. nie zamordować teściowej (czyli wykazać się przeogromną dawką cierpliwości, wyrozumiałości i tumiwisizmu, nie popadając tym samym w alkoholizm)
5. świetnie się bawić i niczego nie żałować :D
6. obowiązkowo - w tym roku pojechać z Młodą w Tatry - trasę już mam zaplanowaną :D
Uważam, że moja lista jest wystarczająco długa i dość ambitna, jeśli się wczytać w poszczególne punkty. Tyle mi wystarczy :) Powinnam dać radę....
DOPISEK: O kurierze, co nie trafił i dzwonieniu do Frytki o 4 rano będzie w następnym poście :)
wtorek, 30 grudnia 2014
święta, święta i po świętach
Wróciłam! Niemal całkowicie ;) i chyba jako jedyna - przetrwałam święta! Bo dokoła wszyscy popadali na katar i pochodne kaszle.
Przepraszam za to, że nie znalazłam czasu na skrobnięcie życzeń, ale coś przykuło całą moją uwagę i zabrało czas. Nie wymawiać przy mnie słowa "kurier" i "przesyłka" jeszcze przez parę dni :P Wyjaśnię niedługo.
Muszę się pochwalić czymś, co wręczałam pod choinkę:
http://oleander73.blogspot.com/2014/12/19-czas-na-herbate.html?spref=fb
Pudełka były dwa - drugie zamiast pasków, miało kropeczki. Było jeszcze pudełko na chusteczki (nie zdążyłam fotki cyknąć - może autorka posiada). Piękne są :) Nie spodziewałam się aż takiego efektu. A jeszcze do tego był mały gratis w postaci osobistego kalendarzyka - ze spersonalizowaną okładką!
POLECAM!
Przepraszam za to, że nie znalazłam czasu na skrobnięcie życzeń, ale coś przykuło całą moją uwagę i zabrało czas. Nie wymawiać przy mnie słowa "kurier" i "przesyłka" jeszcze przez parę dni :P Wyjaśnię niedługo.
Muszę się pochwalić czymś, co wręczałam pod choinkę:
http://oleander73.blogspot.com/2014/12/19-czas-na-herbate.html?spref=fb
Pudełka były dwa - drugie zamiast pasków, miało kropeczki. Było jeszcze pudełko na chusteczki (nie zdążyłam fotki cyknąć - może autorka posiada). Piękne są :) Nie spodziewałam się aż takiego efektu. A jeszcze do tego był mały gratis w postaci osobistego kalendarzyka - ze spersonalizowaną okładką!
POLECAM!
środa, 17 grudnia 2014
nie ma nikogo w domu
Jak niektórzy mogli zauważyć, ostatnio jakoś u mnie pusto. Znalazłam chwilę, aby wyjaśnić. Otóż po prostu mnie nie ma :) Zwyczajnie jestem zabiegana, można by rzec, że latam niczym przysłowiowy kot z pęcherzem. Taka ze mnie prawie święta mikołajka. Trochę tu, trochę tam, głównie w trasie i w Krakowie. Nawet urodziny tam spędziłam - było niezwykle miło i przyjemnie. Zwiedziłam pobieżnie z tej okazji krakowski Kazimierz i zostają pod jego wrażeniem - muszę kiedyś wpaść tu latem i za dnia. Odetchnę pewnie na Święta, ale odezwać się zapewne nadal nie odezwę, gdyż wyjeżdżam i wrócę tuż przed Sylwestrem. Już mam przygotowaną żółtą karteczkę post-it z imieniem i nazwiskiem, w razie problemów z przypomnieniem ich sobie... przykleję sobie na czole, albo na monitorze...
Wczoraj miałam małe spotkanie firmowe, na którym otrzymaliśmy opinie o sobie wystawione przez kolegów. Poniżej pozwolę sobie zacytować parę, gdyż nastrajają mnie mega pozytywnie i dają kopa:
"Ma dobre podejście do problematycznych klientów, umie z nimi postępować"
"Kobieta - dynamit :) towarzyska i uśmiechnięta"
"Człowiek żywcem wyjęty z najwybitniejszych dzieł literatury światowej, entuzjastyczna, z siłą przebicia, wspaniały kompan do..."
Polecam każdemu taką terapię! Działa! Trzymam swoją listę przy sobie i będę do niej zaglądać :)
Wczoraj miałam małe spotkanie firmowe, na którym otrzymaliśmy opinie o sobie wystawione przez kolegów. Poniżej pozwolę sobie zacytować parę, gdyż nastrajają mnie mega pozytywnie i dają kopa:
"Ma dobre podejście do problematycznych klientów, umie z nimi postępować"
"Kobieta - dynamit :) towarzyska i uśmiechnięta"
"Człowiek żywcem wyjęty z najwybitniejszych dzieł literatury światowej, entuzjastyczna, z siłą przebicia, wspaniały kompan do..."
Polecam każdemu taką terapię! Działa! Trzymam swoją listę przy sobie i będę do niej zaglądać :)
poniedziałek, 24 listopada 2014
co w spamie piszczy...
Ostatnio miałam nalot angielskojęzycznych spamerów. Oglądalność bloga wzrastała w tempie szalonym i galopującym. Potem nastąpiła chwila ciszy... aż tu nagle dostałam na maila takie coś... Jest tak piękne, że Wam to prezentuję!
Odlotowo tu tuż przy Ciebie, wielce mi się podoba twoja stronica internetowa
jest w gruncie rzeczy poczesna, wybitnie mi się podoba w niej fatałaszki graficzna sum, ego intymnie inwituję
Ciebie aż do mnie na stronę, jakiej ogół zagadnień owo: tanie oczyszczalnie przydomowe
Odlotowo tu tuż przy Ciebie, wielce mi się podoba twoja stronica internetowa
jest w gruncie rzeczy poczesna, wybitnie mi się podoba w niej fatałaszki graficzna sum, ego intymnie inwituję
Ciebie aż do mnie na stronę, jakiej ogół zagadnień owo: tanie oczyszczalnie przydomowe
środa, 19 listopada 2014
pokusy, pokusy, na każdym kroku pokusy....
Ostatnio sobie dogodziłam.... jakkolwiek to brzmi, myślcie sobie, co chcecie :P
Generalnie - uległam pokusie.... Popełniłam grzech nieumiarkowania w jedzeniu, ze szczególnym uwzględnieniem słodkiego. A wszystko zaczęło się tak niewinnie...
Najpierw chora była młoda i siedziałam z nią 3 dni w domu. Co robi Tygrys, jak siedzi w domu? Otóż - gotuje. Gotuje do przesady i często gęsto za dużo. Na szczęście od czego jest zamrażalka i pudełka po lodach! Alleluja! Bo nie wiem, co bym z tą ilością fasolki po kretyńsku zrobiła....
Potem, jak młoda zdrowiała, lekkie przeziębienie dopadło Tygrysa... Zaczęło się niewinnie, lekkie drapania, lekko przytkany nosek, lekka temperaturka - nic wielkiego, ale dmuchamy na zimne, więc hyc pod kołderkę, w towarzystwie aspirynki, czosnku, imbiru, soczku malinowego - niniejszym matka jest chora (niemal obłożnie - dodajmy dramatyzmu, żeby nie było, że bezczynnie leży) i cmentarny łikendzik przeleży. Zresztą, futra z norek, woniającego naftaliną nie posiadam, to po co mam lecieć na cmentarz, skoro nie mam w czym się lansować?
Nic to, leżymy... I tak mi się spodobało, że przedłużyłam tą opcję aż do następnej niedzieli... a co...
mąż tylko był szczęśliwym człowiekiem, bo mu żona zamilkła na 6 dni i miał jakiś spokój w domu, przerywany wypluwaniem płuc (ale luzik - co wyplułam, wkładałam na miejsce z powrotem). Jak nie wierzycie - zapytajcie Natt, jak do niej zadzwoniłam to zapytała, co mi tak szafka strasznie skrzypi w kuchni... to jej wytłumaczyłam, że to nie szafka, tylko ja osobiście sobie westchnęłam, że nie czuję się chyba najlepiej....
Noo, więc wracając.. posiedziałam w domu ekstra półtora tygodnia (długi łikend doszedł), więc się realizowałam.... kuchennie, kurde mol... chora byłam, to nie łaziłam na zumbę i fitness.... i mi się chciało....
Efekt:
- zrobiłam napoleonkę na całą blachę z piekarnika - zeżarliśmy
- zrobiłam miodownik - zeżarliśmy
- zrobiłam bezę z 10 białek (taki torcik) z kremem toffi - zeżarliśmy
- zrobiłam sobie quesadillę - zeżarłam sama
- końcem zeszłego tygodnia, będąc w stanie lekkiej desperacji - zeżarłam pół puszki mleka skondensowanego........
Jesoooo, jaka ja jestem słodkożerna!!!! Na całe szczęście, antybiotyk się kończy - wróciłam na zumbę. Efekt: bolą mnie pośladki, bolą mnie uda, boli mnie brzuch (myślałam, że macicę urodzę, ale się kuźwa zaparłam - co??!! ja nie zrobię wszystkich serii??? JA?!?!?!). I jest mi bosko... Oraz - już mi się nie chce słodyczy... Endorfiny wystarczą :) a zakwasy przypominają, że teraz zrzucić to, co się zeżarło nie będzie taką bułką z masłem - 3 tygodnie przerwy robią swoje....
Generalnie - uległam pokusie.... Popełniłam grzech nieumiarkowania w jedzeniu, ze szczególnym uwzględnieniem słodkiego. A wszystko zaczęło się tak niewinnie...
Najpierw chora była młoda i siedziałam z nią 3 dni w domu. Co robi Tygrys, jak siedzi w domu? Otóż - gotuje. Gotuje do przesady i często gęsto za dużo. Na szczęście od czego jest zamrażalka i pudełka po lodach! Alleluja! Bo nie wiem, co bym z tą ilością fasolki po kretyńsku zrobiła....
Potem, jak młoda zdrowiała, lekkie przeziębienie dopadło Tygrysa... Zaczęło się niewinnie, lekkie drapania, lekko przytkany nosek, lekka temperaturka - nic wielkiego, ale dmuchamy na zimne, więc hyc pod kołderkę, w towarzystwie aspirynki, czosnku, imbiru, soczku malinowego - niniejszym matka jest chora (niemal obłożnie - dodajmy dramatyzmu, żeby nie było, że bezczynnie leży) i cmentarny łikendzik przeleży. Zresztą, futra z norek, woniającego naftaliną nie posiadam, to po co mam lecieć na cmentarz, skoro nie mam w czym się lansować?
Nic to, leżymy... I tak mi się spodobało, że przedłużyłam tą opcję aż do następnej niedzieli... a co...
mąż tylko był szczęśliwym człowiekiem, bo mu żona zamilkła na 6 dni i miał jakiś spokój w domu, przerywany wypluwaniem płuc (ale luzik - co wyplułam, wkładałam na miejsce z powrotem). Jak nie wierzycie - zapytajcie Natt, jak do niej zadzwoniłam to zapytała, co mi tak szafka strasznie skrzypi w kuchni... to jej wytłumaczyłam, że to nie szafka, tylko ja osobiście sobie westchnęłam, że nie czuję się chyba najlepiej....
Noo, więc wracając.. posiedziałam w domu ekstra półtora tygodnia (długi łikend doszedł), więc się realizowałam.... kuchennie, kurde mol... chora byłam, to nie łaziłam na zumbę i fitness.... i mi się chciało....
Efekt:
- zrobiłam napoleonkę na całą blachę z piekarnika - zeżarliśmy
- zrobiłam miodownik - zeżarliśmy
- zrobiłam bezę z 10 białek (taki torcik) z kremem toffi - zeżarliśmy
- zrobiłam sobie quesadillę - zeżarłam sama
- końcem zeszłego tygodnia, będąc w stanie lekkiej desperacji - zeżarłam pół puszki mleka skondensowanego........
Jesoooo, jaka ja jestem słodkożerna!!!! Na całe szczęście, antybiotyk się kończy - wróciłam na zumbę. Efekt: bolą mnie pośladki, bolą mnie uda, boli mnie brzuch (myślałam, że macicę urodzę, ale się kuźwa zaparłam - co??!! ja nie zrobię wszystkich serii??? JA?!?!?!). I jest mi bosko... Oraz - już mi się nie chce słodyczy... Endorfiny wystarczą :) a zakwasy przypominają, że teraz zrzucić to, co się zeżarło nie będzie taką bułką z masłem - 3 tygodnie przerwy robią swoje....
Subskrybuj:
Posty (Atom)
