piątek, 30 maja 2014

lista moich grzechów głównych

Nieco mnie "wcięło". Latane miałam dość mocno - praca, zabiegi, próby, komunia, itp. Wcięło mnie, wciągnęło, ale powoli wypływam. Wczoraj ułożył mi się w głowie interesujący post, ale postanowiłam go odłożyć na weekend. Teraz, pod wpływem tekstu na onecie (tu) zrobiłam listę swoich grzechów głównych.


  • bywam zmęczona i mi się nie chce
  • nie zawsze mam mam gotowy obiad, zdarza mi się zamówić pizzę, albo zrobić spagetti ze słoika
  • nie jestem mega fanem zabaw z dziećmi - jeśli np. wychodzę z nimi na zewnątrz, to najlepiej na plac zabaw, bo wtedy się sami sobą zajmują i bawią; ostatnio pozwalam im latać samopas pod blokiem
  • regularnie omija czytanie dzieciom - młoda umie czytać, czyta młodemu
  • upiekę ciasto w weekend, ale nie zawsze
  • ostatnio olałam sprzątanie - nie miałam siły, ochoty i czasu - po prostu przymknęłam oczy
  • nadal mam nie umyte okna po zimie....
  • lekcje odrabiam z dzieckiem tylko jak czegoś nie rozumie i sama z nimi się do mnie zwróci
  • dzieci mnie czasami denerwują - mam czasami po kokardę dyskusji, czy najpierw kolacja, czy kąpiel, czy mają wrócić ze spaceru teraz, a nie za pół godziny, że zabawki należy po sobie posprzątać, że ciuchy same do szafy nie wrócą, a zęby myć codziennie, a nie co jakiś czas
  • jak jadę na szkolenie na 2-3 dni, to łapię się, że nie tęsknię przez te dni za domem
  • jak dziecko jedzie z babcią nad morze na tydzień, to mnie swędzi język, żeby zapytać, czy drugie też weźmie, albo czemu tylko tydzień
Nie jestem stereotypową matką polką. Mam uczucia, bywam zmęczona i leniwa. Jestem człowiekiem. Ale kocham moje dzieci i jakby im ktoś próbował zrobić krzywdę - zagryzłabym. Po prostu też wymagam i dopominam się odrobiny uwagi, luzu i spokoju. Tylko i aż tyle. Niniejszym zeszłam z piedestału, spadłam z niego z hukiem i jakoś mi z tym lżej.


wtorek, 13 maja 2014

Staram się naprawić oraz motorek w tyłek pilnie poszukiwany

Latam jak kot z pęcherzem - to określenie chyba najlepiej do mnie ostatnio pasuje. Usiłuję naprawić nogę, załatwiam sprawy komunijne i mam nadzieję, że nie zwariuję przez najbliższe tygodnie.

Jak mówiłam - byłam z nogą u lekarza. Tym razem pan doktor zażyczył sobie nogę obejrzeć (w przeciwieństwie do swojego poprzednika), stopę zmacał, chyba skutecznie, bo miałam problem z powrotem do domu. Przeciążenie i zapalenie kaletki stawowej. Ciul wie co to dokładnie (wygooglowałam), ale boli. Impreza trwa już 3 tygodnie. Od poniedziałku mam rehabilitację. Najpierw mi nogę naświetlają jakimś laserem. Potem trzymam ją przez 10 minut w jakiejś tubie. Na końcu pani smaruje ją żelem, jak brzuch przy USG, jeździ po niej aparacikiem, który w sumie aparat USG też nieco przypomina. Ot, cała filozofia. Ma pomóc. Jak nie pomoże - złożę doktorowi reklamację. Bo, żeby nie było, maści i ketonal póki co - nie pomogły. Do domu wracam po 18-tej nawet czasami. Dokonałam również zakupu eliganckich balerinek do sukienki. Udało mi się, gdyż je również przecenili :)

W weekend również dokonaliśmy zakupu garnituru dla męża. Miła pani w sklepie, po tym jak podała mi cenę, po której niektóre jednostki mogą zemdleć, od razu wyskoczyła z informacją, że w ten weekend mają jednak przecenę 45%. Ale skoro jestem taka zainteresowana, to ona mi proponuje dodatkowy rabat, przy zakupie 2 rzeczy - 55%, a 3 - 60%. No i teraz możemy rozmawiać. Mąż ma w cenie akceptowalnej wielce porządny garnitur, z wypasioną koszulą i eliganckim krawatem. I wygląda bosko. A do końca miesiąca, to będziemy wcinać makaron :P Efekt jest taki, że za te 3 rzeczy zapłaciłam mniej, niż za sam garnitur z 45% rabatem :D Swoją drogą - ależ oni muszą mieć gigantyczne marże na tych rzeczach, skoro nadal na nich zarabiają........ Ale fakt jest taki, że obsługa bardzo dobra i miła, a garnitur ma gwarancję - jeśli materiał zniszczy się jak w poprzednim - zwrot lub wymiana.

Komunia zaklepana, ustalona, zarezerwowana, goście zaproszeni, dziecko się szykuje, również wszystko ma gotowe, najchętniej codziennie robiłaby przymiarki. Czy jest mentalnie przygotowana - mówiąc szczerze - nie wiem. To jeszcze dziecko i w głowie ma pstro. Wczoraj zapytała mnie na przykład, czy w nagrodę po spowiedzi może pójść na wesołe miasteczko. Powiedziałam jej, że nagrodą będzie fakt otrzymania rozgrzeszenia i możliwość przystąpienia do komunii. Jednak jej pytania świadczy o tym, że chyba nie jest jeszcze wystarczająco dorosła i nie czuje powagi wydarzenia. Zresztą - rozumiem to w pełni. Akurat chyba jestem zwolennikiem, aby do komunii przystępowali najwytrwalsi, czyli ci, którzy w wieku np. 16-20 lat będą nadal osobami wierzącymi i sami, dla siebie, z własnej potrzeby, przystąpią do pierwszej komunii. Ze znacznie większą świadomością. Ale to odrębny i dłuższy temat.

W przyszłym tygodniu - biały tydzień, moja rehabilitacja i dwa baseny. No będzie wesoło pod względem organizacyjnym....

Aaa, przy okazji, czy ktoś ma ochotę na urlop w towarzystwie mojego syna? Za mieszkanie i wyżywienie oferuję zaszczyt opiekowania się nim przez jakieś 2-3 tygodnie :D znajdzie się kto naiwny? Przedszkole mam zamknięte w lipcu....

poniedziałek, 12 maja 2014

My, Słowianie

Echa Eurowizji jeszcze brzmią, wszędzie się mówi o kobiecie z brodą i wygranej Austrii. Tak więc również pozwolę sobie wtrącić trzy grosze od siebie.
Przede wszystkim chciałam się odnieść do najeżdżania na Cleo i Donatana.
Mnie się ich kawałek podoba. Nie jestem spięta, napięta i mam raczej luźne pośladki, nie traktuję wszystkiego śmiertelnie serio i mnie ta piosenka, teledysk, ani pani bijąca masło nie rażą, nie urażają, nie obrażają, ani też nie uważam ich na soft porno, czy seksistowską wizję Polski i polskich kobiet. Wiem, że gusta są różne. Mój gust jest taki, że wolę biuściastą panią piorącą na tarce, niż faceta z brodą udającego kobietę. Wybaczcie. Czy piosenka jest kiczowata? Może trochę jest. A która nie była? Bo Rumunia przedstawiła takie dicho, że łohohoho. Grecja też miała skoczny kawałek, a Francuzi śpiewali o posiadaniu wąsów. A my krytykujemy nasz występ. Nasza piosenka była taka "nasza", swojska, polska. Dziewczyny wystąpiły w polskich strojach, a walorów to można im pozazdrościć :P
Co do wyniku - nie będę oceniać. Żal mi było tylko, że cała otoczka wokół pani z brodą przesłoniła jej/ jego ewentualny talent i piosenkę, bo od początku była/ był on faworyzowany i przedstawiany w roli zwycięzcy. I wiadomo było, że tak pozostanie do końca.
A może jestem stronnicza, jednak wolę nasze rasowe, pełnokrwiste kobiety od tych sztucznych i zrobionych.

poniedziałek, 5 maja 2014

SKS, pani, SKS (dopisek)

SKS - to taki syndrom ludzi w wieku, nazwijmy to - dojrzałym ;) Chyba mnie dopadł ostatnimi czasy. Popsułam sobie nogę, a konkretniej stopę. Rzecz w tym, może ktoś się spotkał z podobnym przypadkiem i będzie "mondrzejszy" niż ja jestem... Otóż... od drobnych ponad 2 tygodni boli mię stopa w okolicach małego palna i sąsiada jego. Ale, ale... nie przewróciłam się, nie skoczyłam z żadnego stopnia, stołka, itp. Nie stanęłam krzywo, a bynajmniej nie na tyle, by ten fakt odnotować. No chyba, że w czasie zumby stanęłam lekko krzywo z 15 razy i to się złożyło na cały uraz. Fakt niezaprzeczalny, że boli mnie stopa i nie przestaje, oraz że powoli trafia mnie szlag i mam ochotę ją odrąbać. W zeszły poniedziałek rozbolała mnie do tego stopnia, że podejrzewałam u siebie jakieś pęknięcie. Już miałam nadzieję, że jestem niemal jak Justyna "Złota" Kowalczyk. Że chodzę z pękniętą kością, że do nogi nie można dotknąć, chodzić źle - normalnie prawie bohaterka! Ale moje nadzieje okazały się być płonne, bowiem chirurg rozwiał moje marzenia, pokazując na RTG, że stopa jak malowana i w całości. A boli!!!! Nie pomaga oszczędzanie, smarowanie, zawijanie bandażem. BOLI.
Mam iść ponownie do chirurga, innego, bo ten pierwszy nie był zainteresowany, dlaczego boli. Ni ma złamania, to do domu. Uznał, że po 2 latach ćwiczeń "widocznie moja stopa i ja nie jesteśmy nawykłe do wysiłku fizycznego". Wsio. Cała diagnoza. A RTG powinno "uleczyć mą duszę" i nogę. Ale, pacz pani, nie uleczyło. Jak się zaczęło poprawiać, to mi wczoraj chłop, na oko ze 120 kilo żywej wagi, niech mu ziemia lekką będzie, nadepnął na moją nózię!!!! ;( ;( ;( I wróciłam do stanu sprzed tygodnia, czyli rwie, boli, kuleje i boli :( Szpilki nadal w szafie, rządzą adidasy :(

Kurde, niech się znajdzie jakiś umyślny doktór, który mnie na drzewo nie spuści i powód bólu w mej małej stópce odnajdzie i zaradzi.... Bo jeszcze kilka dni i zostanę kuternogą, po tym, jak sobie odrąbię powód zmartwień.

Dopisek.
Noga ma bubu. Szpilki idą do szafy na dłużej, zaprzyjaźniamy się bardziej z adidaskami, musimy sobie do kiecki kupić baleriny (no coś na tą komunię muszę ubrać), rezygnujemy z ćwiczeń, unikamy chodzenia po twardej nawierzchni (po trawie mam chodzić?), zakaz opierania się na palcach i rehabilitacja. A najlepiej na razie nie chodzić wcale. Mocno nadwyrężona stopa i zapalenie stawu, a dokładnie czegoś, co nosi magiczną nazwę "kaletka".
Najbardziej żałuję zumby i obcasów... albo obcasów i zumby? Mniej więcej na tym samym poziomie obie... :(

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

takie tam o życiu

Cześć i czołem! Nie było mnie parę dni (albo i paręnaście... a kto by liczył). Powodów wiele, głównie niedoczas i chwilowy brak weny. Ale dzisiaj mnie 2 osoby natchnęły - Zante i Pani S. Obie napisały posta o kompletnie różnej tematyce. A mnie się gdzieś wnioski z jednego i drugiego zbiegły razem. Mianowicie słów kilka o "akceptacji".
Pani S. pisała o koszmarze sennym, jakim jest odchudzanie. Powiem szczerze, że już mi się "rzygać" chce, jak słucham na każdym kroku reklam cudownych środków na odchudzanie. Normalnie cud, miód i orzeszki - połkniesz kapsułkę, rozpuścisz saszetkę w wodzie, zjesz batonika, a po tygodniu ubędzie Ci czytelniku drogi kilka zbędnych kilogramów. Zniknął fałdki, zniknie tłuszczyk, apetyt się zmniejszy, a na słodycze nie będziesz nawet spoglądać. Cud, panie, prawdziwy cud!!! I nic nie musisz robić! Żadnego wysiłku, ćwiczeń, nic! Szkoda, że do kompletu nie sprzedają jeszcze tabletek na zdrowy rozsądek... Ale do czego piję... do manii, obsesji wręcz, że należy być szczupłym. Inaczej nie wypada. Człowiek szczupły inaczej, czytaj krąglutki, z nadwagą, jest gorszy. Nie ma prawa istnienia w społeczeństwie. Jego życie towarzyskie nie powinno istnieć, bo to nie uchodzi, by do ludzi wychodził. Zamknąć się w domu, zaciągnąć żaluzje, zasłony i udawać, że się nie istnieje. Nie otwierać dobijającym się koleżankom. Nikomu. Społeczeństwo mogłoby zobaczyć, że nie jesteś w stanie ubrać rozmiaru 36 lub 34 i co wtedy? Porażka!!! Na całej linii!!!
Nie tolerujemy osób grubszych. Wyrabia się w nas poczucie, że grube, w tym wypadku inne jest złe, a przynajmniej niewłaściwe i trzeba za wszelką cenę to zmienić, naprawić. Brakuje nam tolerancji. Akceptowania, że ktoś jest inny, że ktoś sądzi inaczej i nie możemy mu na siłę wkładać do głowy naszych racji. Bo niekoniecznie moja prawda jest najwłaściwsza i najprawdziwsza. Coś jak mój syn - ja wiem jaka jest prawda i ja ją znam - to moja prawda.
U Zante zaś czytałam o akceptacji innego zdania na podstawie karmienia piersią. Nie chodziło jej, czy to wypada, czy nie. Rzecz w tym, aby rozumieć, że komuś to może zawadzać. Coraz częściej spotykam się wśród mamusiek (nie mylić z mamami) z postawą roszczeniową. Mnie się należy, bo jestem matką z dzieckiem. Ja się domagam. Ostatnio jedna się domagała natychmiastowego przestawienia samochodu, gdyż ona chciała wsiąść do auta z dzieckiem, a nasze stało za blisko. Powinien mój mąż przewidzieć, że będzie ją blokował i nawet nie ważyć się stawać blisko. To nic, że specjalnie siedział w aucie właśnie na wypadek, gdyby zaszła potrzeba przestawić. Wystarczyło miło kiwnąć, a nie rzucać gromy w stylu "no pan, nie widzi, że ja idę?!!!" A skąd ma wiedzieć? Na czole nie miała napisane "wsiadam do TEGO auta". Mam w rodzinie dziewczynę, która ceni sobie wspomniane karmienie piersią. Jak dziecko jest głodne, to podchodzi, a ona cycuszek siup! ze stanika i do dziecięcej buźki. Dziecko sobie pomemła, wypluje, wróci, znowu pomemła... weźmie drugi... A cała rzecz się toczy przy stole, przy zupie, deserze, czy czymś tam. Przy wszystkich. Jako osoba postronna czuję się skrępowana. Nie czuję obrzydzenia, ale niezręczność. Dla mnie moje piersi są moje i nie jest to dobro powszechnego użytku. Nie latam z nimi na wierzchu po ulicy. Brakuje mi tego, że ta dziewczyna się z tym nie liczy. Nie zwracam jej uwagi, bo uważam, że ma prawo karmić dziecko. Jej jednak nie obchodzi moje odczucie. Dla niej ważne jest tylko to, co ona czuje i że jej z tym dobrze. Taką postawę właśnie reprezentuje coraz więcej osób. Ja i tylko Ja. Wczoraj ochrzaniłam córkę. Siedziała sobie przy obiedzie i woła "a soku mi zrobisz? podaj mi widelec, bo zapomniałaś. wyrzucisz to do śmieci?". Hola, hola, moja panno - a czy ja jestem służącą na twoich usługach? Kto tu jest starszy? Nie masz widelca? wstań i weź. Dla brata już nie wzięłaś? Dlaczego o nim nie pomyślisz? Wiem, że jeśli nie ukrócę takich zachowań teraz, to mi z niej wyrośnie głupie zapatrzone wyłącznie w siebie dziewczę. Z postawą "ja chcę". Nie patrzącą na otoczenie, na jego potrzeby, na to, co czują lub myślą inni. To wszystko się ze sobą przeplata. Zwracanie uwagi na innych, eliminowanie egoizmu, akceptacja cudzych potrzeb - w ogóle - chęć ich poznania, poznanie cudzych odczuć, tolerancja inności. Nie wszyscy muszą mieć jak ja, myśleć jak ja, chcieć tego, co ja. Asertywność asertywnością, ale patrzeć na otoczenie również trzeba.

środa, 23 kwietnia 2014

z cyklu - mogę polecić

Dzisiejszy wpis macie okazję przeczytać dzięki firmie AVON i portalowi streetcom.pl.

Sprawa wygląda następująco... Zapisałam się do pewnego portalu streetcom.pl - o tu.
Wypełniłam kilka ankiet, kwestionariuszu i zostałam zakwalifikowana do kampanii... Jak dumnie to brzmi. Zostałam testerką.

Obecna kampania dotyczy kosmetyków dla kobiet, a dokładniej kremu do twarzy z nowej serii Anew Reversalist, 35+. Dostałam od streetcom piękną paczuszkę - krem na dzień, krem na noc i 30 próbek do rozdania znajomym lub rodzinie, którzy kwalifikują się pod względem płci i wieku. Znalazło się parę takowych. Próbki zostały rozdane, koleżanki przepytane, raporty i wnioski spisane i zamieszczone w serwisie. Ja również używam kremu odkąd dostałam i mogę go polecić i pochwalić. Bardzo fajny. Ładnie się wchłania. Ładnie pachnie. Współgra z podkładem. Skóra ładnie odżywiona, wygląda świeżo. Krem dodatkowo zawiera filtry, co jest świetnym rozwiązaniem na lato. I na dodatek ładnie wygląda na mojej półce pod lustrem, bo opakowanie ma.... ładne :) Serio mówię, a raczej piszę - mogę polecić. Żadna z testujących koleżanek nie dostała uczulenia, co też jest istotne. Obecnie AVON wprowadził promocyjne ceny na wspomniane kremy. Może warto zaglądnąć do katalogów i popytać konsultantki?

Z przekazanych mi przez miłą panią z telemarketingu wiem również, że w niedługim czasie portal streetcom będzie prowadził więcej kampanii związanych z kosmetykami, w tym również dla kobiet. Zapisać się może każdy. Nic to nie kosztuje.

A niedługo - napiszę coś od siebie ;)

Za dzisiejszy post dziękujemy firmie AVON i portalowi streetcom.pl.


poniedziałek, 14 kwietnia 2014

przyszła kryska...

No więc... mój zatkany nosek przez 4 dni przeszedł w lekko uporczywy kaszelek, trwający średnio kilka godzin w nocy i utratę głosu (again!!!). Mus do pani doktor wrócić. Pani doktor we czwartek osłuchała, wyoglądała, ręce załamała (przecież ledwo tydzień minął jak pani skończyła antybiotyk!!). I uznała, że poprzednia trutka była słaba, za krótko podana (tydzień ledwie) i czas mnie zatruć całkowicie i do alergologa wysłać koniecznie. Tym razem dawka dwutygodniowa i z przytupem. Efekt chorowania jest taki, że nie gadam prawie wcale, w nocy prowadzę nocne życie (męża podziwiam za mocny sen, sąsiadom współczuję). Niedzielę celebrowałam należnie - na leżąco przez cały dzień. W piżamie, pod kołderką. I dzisiaj wreszcie poprawa - zamiast 4 godzin kaszlu raptem tylko kilka razy :) Ale truć się będę jeszcze długo. I uważać na siebie już bardziej będę. Kto to widział, żeby się na Wielkanoc ajerkoniaku nie napić??? :(
Chrypię pozdrowienia znad klawiatury, wypatrując słońca i tych upałów, co obiecują niedługo,
Tygrys