No, nareszcie... doczekałam się...
po pierwsze - własnego kompa! Nie muszę już czatować niczym kot w ukryciu na chwilowe zwolnienie kompa mężowskiego, który to sprzęt okupuje częściej i intensywniej niż małżonkę :P ale teraz to może się cmoknąć - mam swój własny! Nieco wiekowy, nieco wolny, ale jak zrobię z nim porządek, będzie działał jak trzeba! Jeszcze tylko muszę opanować inny układ klawiatury i trafianie w alta, zamiast w spację...
po drugie - wiosny!!! Moi Drodzy, musicie wiedzieć, że ja bardzo lubię lato, ale wiosnę wprost uwielbiam! Najfajniejsza pora roku! Wszystko spod ziemi wyłazi! Kwiotki, trowka, pszczoły (się) bzykają... Generalnie - coś bardzo fajnego i wreszcie optymistycznego.
Jak pisałam poprzednio - odbiło nam dokumentnie i zdecydowaliśmy się na psa. Wariaci... Jeszcze odszczekam ten entuzjazm...coś czuję. Na razie intensywnie przeczesuję internet, czytam o rasie, usposobieniu, wymaganiach, karmieniu, itp. Oraz nieco sprzątam mieszkanie. Np. buty z przedpokoju, czy jakieś szpargały z kuchni z podłogi. Przygotowania pełną niemal parą. Ma to być piesek, nie sunia. Odbiór szczęśliwca nastąpi 30 kwietnia. Jak już ogarniemy wszystkie moje służbowe wyjazdy i będzie czas na bieganie z maluchem fafnaście razy na trawkę przed blokiem. 4 dni wolnego... A potem będzie wesoło! Ponieważ młoda wyjeżdża na 5 dni na zieloną szkołę, to ja, jako prowokatorka całego zdarzenia, biorę po pół dnia wolnego przez cały tydzień z tytułu opieki nad tym dzieckiem! Do czego to doszło! Plan zakłada, że młoda wraca między 12-13 ze szkoły i będzie zaraz psa wyprowadzała. Zresztą, wychodzi też najpóźniej z nas wszystkich...Ale skoro jej nie ma.... to ja się zaproponowałam :) Rano będę wychodziła przed pracą (pojadę na rowerze, wtedy zyskuję z pół godziny), a potem po pracy - wyjdę wcześniej specjalnie. Wolne z powodu posiadania psa.... Oszalałam! Powinnam w podaniu o urlop specjalną adnotację zrobić - proszę o urlop, bo nie mogę zostawić psa samego w domu, bo się będzie bał.... Buhahahha! Brzmi cudownie :)
Muszę kupić woreczki na sprzątanie wiadomo czego po piesku i nauczyć tego dzieci.
Muszę zakupić zabawki, aby gryzł kauczukowe kółka i kości, a nie moje buty.
Muszę poszukać odpowiedniej karmy.
I pójść z nim do weterynarza, jak już do nas przyjdzie.
Będzie się działo... Ale powiem Wam - cieszę się! Na prawdę chciałam mieć psa!
A w związku z tym.... Ogłaszam casting na imię dla małej bestii! Wygrany dostąpi zaszczytu ogłoszenia i wyróżnienia w specjalnym poście, dozgonnej wdzięczności, a jego propozycja zostanie wpisana do książeczki psiaka na zawsze! Gotowi? START!
Ooo, jak ja ich nie lubię. Co za pośledni gatunek, co za zawalidrogi, słabsze ogniwa, cholerni ubodzy krewni i drażniące ofiary losu. Stwórca naprawdę był nie w humorze, miał ohydny katar, pmsa, andropauzę i wysypkę, kiedy ich projektował.
Przejmuje się toto literalnie wszystkim. Piegami, okularami, zdechłym kotkiem i losem biednych, małych rysiów. Przy odrobinie niepomyślnej pogody ma łzy w oczach. Krytykę wita rykiem. Nawet ponabijać się z tego czegoś nie można, zabawić, jak to w gronie kolegów, bo wpadnie w histerię i zleci ze schodów, umykając - półślepe od łez.
Chodzisz z tym do klasy? O, zią, współcz. Może od razu, niby przypadkiem, wyceluj dobrze piłką lekarską na WF, bo inaczej, gwarantuję, będzie tylko psuło atmosferę w dobranym towarzystwie. Skrócisz cierpienia sobie i innym.
Zapoznałeś lasię-wrażliwca? Uciekaj, stary. Uciekaj, a szybko. Uwierz mi, te fochy o byle grube słowo, te księżniczkowe wymagania, te drżące bez wyraźnego powodu usteczka i te krótkowzroczne ślepia znienacka pełne łez - to nic zabawnego. Nie masz tu do czynienia z bezradnym, uległym kwiatuszkiem, raczej z obłąkaną pokrzywą, która, wściekła o to, co po innych spływa - rzuci ci się znienacka do gardła. Nigdy nie wiesz, pełnia, czy pyłki. Wiej, póki możesz.
Mieć taką łajzę w zespole - to już lepiej tłuc kamienie w rowie. W Shawshank. Kiedy wy wszyscy z podniesionym czołem i olewaczem nastawionym na maksimum znosicie kiepski dzień szefa - łajza przy byle uwadze czerwienieje, ma łzy w oczach i najczęściej w stylu drama queen wybiega z pokoju, aby szlochać spazmatycznie w pomieszczeniach sanitarnych. Lub w schowku na szczotki, co tam bliżej. Weź teraz, człowieku pracy, przerywaj zebranie, szukaj owcy, pocieszaj, doprowadzaj do stanu używalności (wódką, prośbą, groźbą, egzorcyzmem), żmudnie wznawiaj obrady, w koło Wojtek, co za strata czasu, bue.
Jest jedna dobra strona - nadwrażliwiec jest empatyczny. Wywęszy i wyczuje twój ból, strach i wkurwa omal zanim poczujesz je ty. Nie wykorzysta tej wiedzy przeciwko tobie, a mógłby, nie? A że empatyczny - zawsze wysłucha. Truj mu rzyć długo, obficie i zawsze o sobie, bez strachu, że zechce się zrewanżować. Kiedy rozpacza po ukochanej śwince - pożal się mu na złamany paznokieć, masz spore szanse, że nie potraktuje cię tak, jak powinien. Oczywiście do czasu, nadwrażliwiec kiedyś dorasta, o czym niżej, a gdy raz na ciebie zobojętnieje i zrazi się - nie masz już powrotu, bo jest pamiętliwy. Ale zanim dzbankowi ucho się urwie - używaj bez wahania, przynajmniej jest z łajzy jakiś pożytek.
Wiem, że brzmię ironicznie i wygląda to na podwójne dno, ale nie, wierzcie mi - nie. Nie tym razem. Nadwrażliwiec to zło i kłopoty. Nie zna się na żartach. A żarty są przecież takie zabawne. Chowa urazę, a urazić łatwo. Pamięta, jak słoń, wspominałam, żeby jeszcze miał tego słonia skórę. Boli go krytyka wyglądu, intelektu, dokonań. Wymachując piąstkami domaga się uszanowania swoich wrażliwych miejsc, a tych miejsc jest tyle, że kto by je wszystkie spamiętał i kto ma czas na takie bzdury.
Owszem, owszem, z czasem nadwrażliwiec nieco dorasta, jest o tyle lepiej, że nie rusza go już kąśliwy komentarz pani w warzywniaku, czy ocena koleżanki ciotki szwagra, którą ledwo zna i niewiele mają wspólnego. Prócz szwagra. Nie zwija się z mentalnego bólu po złośliwym podsumowanku, wystosowanym przez kogoś, kim gardzi z wielu i słusznych powodów. Dorosły nadwrażliwiec na co dzień jest agresywnym forfajterem, kopie, gryzie i niszczy całkiem jak ty, oszczędzając tylko, nie wiedzieć czemu, słabsze osobniki własnej, nadwrażliwej rasy. Ale nie daj panbuk, żebyś skrytykował nadwrażliwca, który cię lubi, szanuje, podziwia i ceni. Powiedz mu parę słów prawdy, niby dlaczego to w sobie dusić, przecież szczerość jest dobra. Dajmy na to - nadwrażliwej pani, już od dawna nie dwudziestolatce - wyznaj, że na twoje oko zestarzała się i zbrzydła, ot tak, znienacka jej to powiedz, zza rogu. Powiedz, bo właściwie czemu nie, może jak powiesz, to odmłodnieje i wypięknieje, może robisz jej przysługę, zwłaszcza, że całe życie wygląd był jej czułym punktem, o tak. Kolego, nie dość, że uwierzy, to jeszcze umrze siedem razy na ten temat. Naprawdę, chcesz tego? Nieść ciężar jej zawiedzionego szacunku i skopanej miłości własnej? Nie chcesz, powiadam ci.
Co ja zrobię, że to prawda.
Pocieszę Was, kochani moi, natykający się nieustannie na męczących, drażniących, upierdliwych, chimerycznych, irytujących i kłopotliwych nadwrażliwców. Pocieszę was wszystkich, którzy nie znosicie tego gatunku równie szczerze i z pasją, jak ja go nie znoszę.
Uwaga - oni mają gorzej. Ci nadwrażliwcy. Oni męczą się ze sobą i z wami znacznie bardziej, niż wy męczycie się z nimi. Oni się bardziej przejmują, gorzej się na nich goi, ślady zostają dłużej i trawią z większym trudem. I dobrze im tak. Może w trumnie się nauczą.
Wiem co mówię, użeram się z jednym już trzydzieści osiem lat.
