środa, 8 kwietnia 2015

prawdy życiowe wg tygrysa

1. Nie można we wszystko i wszystkim wierzyć, w tym mężowi. Zasada ograniczonego zaufania.
2. Jak się polepszy, to się popieprzy,albo wręcz popierd......
3. Gdyby kózka nie skakała, gdyby łóżka omijała, to by nóżka nie bolała, i by tygrys nie kulała... Wierzcie mi - nie warto... lepiej paczać uważnie pod nogi...
4. Poznałam nieznane dotąd odcienie fioletu i bordo (nastąpiło zaraz po punkcie nr 3).
5. Jestem twarda babka i mam fajnych przyjaciół. Nie tylko kości mam twarde... doopę również.

oraz....



będę miała pieska :D nie, nie próbujcie mnie odwodzić, już za późno... tak, zwariowałam.... na starość mi odbija i mięknę. Oraz potrzebuję psa.

poniedziałek, 16 marca 2015

...

Są takie sytuacje, że mamy ochotę uciec od wszystkiego. Powiedzieć światu i problemom „a idźcie do wszystkich diabłów” i zwiać. Udawać, ze nas nie ma. Dla nikogo, dla niczego.
Są takie granice, których nie umiemy dotrzymać i które ciągle przesuwamy. Mówimy sobie, że więcej nie damy rady, że tyle i dość, stawiamy jakiś limit, a potem… Potem go przesuwamy, bo boimy się być konsekwentni. Boimy się dotrzymać danego sobie słowa. I popuszczamy, żałujemy, wybaczamy, powtarzamy błędne koło. Tylko po co? Bo tak jest bezpieczniej… pozornie bezpieczniej. Mówią, że lepszy stary wróg, a znany, niż nowy… ale czy na pewno? Może lepiej poznać nowego?
Aż przychodzi taki dzień, że się wszystko ulewa, tama puszcza i tym razem mówimy stanowcze „dość!”. Przynajmniej na chwilę, bo po paru dniach nasz opór mięknie i kusi chęć powrotu do starych nawyków… powtarzania starych schematów, które zawiodły, ale… ale są przynajmniej znane… nie wymagają ryzyka. Czy warto? Pewnie nie…
Są sytuacje tzw. bez wyjścia.
Są sytuacje, są ludzie, którzy sprawiają, że robimy się zimni uczuciowo. Wypierają nas z pozytywnych emocji. Sprawiają, że się przez nich przestaje chcieć. Sprawiają, że łamiemy nasze żelazne dotąd zasady, które były takie wspaniałe i proste do zastosowania, ale tylko w teorii. Bo praktyka wygląda zupełnie inaczej.
Są takie związki, w których się tkwi, mimo, że przestaje nam zależeć. Bo tak było, tak jest i pewnie będzie… Póki, nie przestaniemy się bać konsekwencji i dotrzymywania ustalonych granic. Póki wygoda, póki przyzwyczajenie, póki myślenie o innych nie zostanie zwalczone przez myślenie o samym sobie, przez odwagę, by iść na przód, zamiast się cofać, czy stać w miejscu.
Są takie sytuacje, kiedy trzeba sięgnąć dna, żeby się mieć od czego odbić… Inaczej nie ma szans na obranie kierunku ku górze…

Jestem zmęczona.

niedziela, 1 marca 2015

przerwa

Ogłaszam przerwę. Coś ostatnio mi nie idzie, od początku tego roku ciągle pod górkę i pod wiatr. Po prostu muszę odsapnąć i złapać oddech. Wrócę, jak się naprawi. Narka!

wtorek, 17 lutego 2015

z frontu...

Dzisiaj nie będzie tradycyjnego posta. Dzisiaj będzie wstawka. Pracuję z taką osobą i ten artykulik mnie zachwycił - wypisz - wymaluj - moja koleżanka. Ostatnio przeprowadzono z nią rozmowę lekko upominającą - od tygodnia ma focha. Na pytania w większości odpowiada. Nie pytana - nie odzywa się. Ale to i tak lepsze od ostatniego warczenia na wszystko co się rusza.
A teraz artykuł :) miłej zabawy.

Aaa, ustrojstwo w postaci choroby niemal nas opuściło - młody zaliczył po drodze ospę bostońską, rodzice skończyli z antybiotykami i po 3 tygodniach są niemal zdrowi - tak na 90%.... co to za g...o było?!?!

źródło: http://foch.pl/foch/1,142404,17056790,Pieprzony_los_nadwrazliwca__czyli_te_irytujace_typy.html#NiePrzeg

Mój drogi, krytyczny, chłodno oceniający Czytelniku - nie wątpię, że znasz ten gatunek. Niejeden raz jego przedstawiciel stanął ci na drodze. Albo wręcz wpadł pod nogi. Przyznaj, miałeś ochotę dobić celnym kopem, co? Rozumiem Cię. Też tak często mam.
Ooo, jak ja ich nie lubię. Co za pośledni gatunek, co za zawalidrogi, słabsze ogniwa, cholerni ubodzy krewni i drażniące ofiary losu. Stwórca naprawdę był nie w humorze, miał ohydny katar, pmsa, andropauzę i wysypkę, kiedy ich projektował.
Przejmuje się toto literalnie wszystkim. Piegami, okularami, zdechłym kotkiem i losem biednych, małych rysiów. Przy odrobinie niepomyślnej pogody ma łzy w oczach. Krytykę wita rykiem. Nawet ponabijać się z tego czegoś nie można, zabawić, jak to w gronie kolegów, bo wpadnie w histerię i zleci ze schodów, umykając - półślepe od łez.
Chodzisz z tym do klasy? O, zią, współcz. Może od razu, niby przypadkiem, wyceluj dobrze piłką lekarską na WF, bo inaczej, gwarantuję, będzie tylko psuło atmosferę w dobranym towarzystwie. Skrócisz cierpienia sobie i innym.
Zapoznałeś lasię-wrażliwca? Uciekaj, stary. Uciekaj, a szybko. Uwierz mi, te fochy o byle grube słowo, te księżniczkowe wymagania, te drżące bez wyraźnego powodu usteczka i te krótkowzroczne ślepia znienacka pełne łez - to nic zabawnego. Nie masz tu do czynienia z bezradnym, uległym kwiatuszkiem, raczej z obłąkaną pokrzywą, która, wściekła o to, co po innych spływa - rzuci ci się znienacka do gardła. Nigdy nie wiesz, pełnia, czy pyłki. Wiej, póki możesz.
Mieć taką łajzę w zespole - to już lepiej tłuc kamienie w rowie. W Shawshank. Kiedy wy wszyscy z podniesionym czołem i olewaczem nastawionym na maksimum znosicie kiepski dzień szefa - łajza przy byle uwadze czerwienieje, ma łzy w oczach i najczęściej w stylu drama queen wybiega z pokoju, aby szlochać spazmatycznie w pomieszczeniach sanitarnych. Lub w schowku na szczotki, co tam bliżej. Weź teraz, człowieku pracy, przerywaj zebranie, szukaj owcy, pocieszaj, doprowadzaj do stanu używalności (wódką, prośbą, groźbą, egzorcyzmem), żmudnie wznawiaj obrady, w koło Wojtek, co za strata czasu, bue.
Jest jedna dobra strona - nadwrażliwiec jest empatyczny. Wywęszy i wyczuje twój ból, strach i wkurwa omal zanim poczujesz je ty. Nie wykorzysta tej wiedzy przeciwko tobie, a mógłby, nie? A że empatyczny - zawsze wysłucha. Truj mu rzyć długo, obficie i zawsze o sobie, bez strachu, że zechce się zrewanżować. Kiedy rozpacza po ukochanej śwince - pożal się mu na złamany paznokieć, masz spore szanse, że nie potraktuje cię tak, jak powinien. Oczywiście do czasu, nadwrażliwiec kiedyś dorasta, o czym niżej, a gdy raz na ciebie zobojętnieje i zrazi się - nie masz już powrotu, bo jest pamiętliwy. Ale zanim dzbankowi ucho się urwie - używaj bez wahania, przynajmniej jest z łajzy jakiś pożytek.
Wiem, że brzmię ironicznie i wygląda to na podwójne dno, ale nie, wierzcie mi - nie. Nie tym razem. Nadwrażliwiec to zło i kłopoty. Nie zna się na żartach. A żarty są przecież takie zabawne. Chowa urazę, a urazić łatwo. Pamięta, jak słoń, wspominałam, żeby jeszcze miał tego słonia skórę. Boli go krytyka wyglądu, intelektu, dokonań. Wymachując piąstkami domaga się uszanowania swoich wrażliwych miejsc, a tych miejsc jest tyle, że kto by je wszystkie spamiętał i kto ma czas na takie bzdury.
Owszem, owszem, z czasem nadwrażliwiec nieco dorasta, jest o tyle lepiej, że nie rusza go już kąśliwy komentarz pani w warzywniaku, czy ocena koleżanki ciotki szwagra, którą ledwo zna i niewiele mają wspólnego. Prócz szwagra. Nie zwija się z mentalnego bólu po złośliwym podsumowanku, wystosowanym przez kogoś, kim gardzi z wielu i słusznych powodów. Dorosły nadwrażliwiec na co dzień jest agresywnym forfajterem, kopie, gryzie i niszczy całkiem jak ty, oszczędzając tylko, nie wiedzieć czemu, słabsze osobniki własnej, nadwrażliwej rasy. Ale nie daj panbuk, żebyś skrytykował nadwrażliwca, który cię lubi, szanuje, podziwia i ceni. Powiedz mu parę słów prawdy, niby dlaczego to w sobie dusić, przecież szczerość jest dobra. Dajmy na to - nadwrażliwej pani, już od dawna nie dwudziestolatce - wyznaj, że na twoje oko zestarzała się i zbrzydła, ot tak, znienacka jej to powiedz, zza rogu. Powiedz, bo właściwie czemu nie, może jak powiesz, to odmłodnieje i wypięknieje, może robisz jej przysługę, zwłaszcza, że całe życie wygląd był jej czułym punktem, o tak. Kolego, nie dość, że uwierzy, to jeszcze umrze siedem razy na ten temat. Naprawdę, chcesz tego? Nieść ciężar jej zawiedzionego szacunku i skopanej miłości własnej? Nie chcesz, powiadam ci.
Co ja zrobię, że to prawda.
Pocieszę Was, kochani moi, natykający się nieustannie na męczących, drażniących, upierdliwych, chimerycznych, irytujących i kłopotliwych nadwrażliwców. Pocieszę was wszystkich, którzy nie znosicie tego gatunku równie szczerze i z pasją, jak ja go nie znoszę.
Uwaga - oni mają gorzej. Ci nadwrażliwcy. Oni męczą się ze sobą i z wami znacznie bardziej, niż wy męczycie się z nimi. Oni się bardziej przejmują, gorzej się na nich goi, ślady zostają dłużej i trawią z większym trudem. I dobrze im tak. Może w trumnie się nauczą.
Wiem co mówię, użeram się z jednym już trzydzieści osiem lat.

poniedziałek, 2 lutego 2015

o jedności ducha :P

Już od zeszłego tygodnia zbieram się, żeby coś naskrobać, wpisać, może coś poważnego tym razem? Ale... wszystko idzie nie tak.
Osobiście mam doła z powodu nagromadzonych problemów, w które wnikać nie będę. Wystarczy, że są, po co jeszcze roztrząsać? Wystarczy, że nagromadzone stresy obciążyły mi odporność.
Poza tym ogłosiłam strajk z tytułu L4 i nie piszę. I w ten oto sposób nasunął mi się dzisiejszy wpis.
Czy wiecie, jak wspólne chorowanie zbliża do siebie ludzi?
Padliśmy z mężem w zeszły wtorek. Takie totalne kaput na katar (nie, nie mistrzostwa, TEN prawdziwy), kaszel i chrypę. Brzmimy oboje niczym nienaoliwiona szafka, w której złośliwy człowiek bardzo powoli otwiera i zamyka drzwi, sprawdzając reakcję otoczenia. Od tego się zaczęło. Potem katar - wspólne poranki w łazience, smarkanie, chrząkanie, postękiwanie, będące substytutem dosadnego "urwał nać, mam dość". Wspólnie nie śpimy kaszląc, wspólnie dogorywamy, wspólnie chrząkamy nocami, uatrakcyjniając noce również sąsiadom. I te pobudki... o 3 nad ranem, z językiem przyklejonym do podniebienia i to wyskrzypiałe czułe "chcesz soku???? do popicia?" i tu następuje wtedy eksplozja dźwięków, chrząkań, stęknięć, przypieczętowane kiwnięciem głową. Mówię Wam, ta jedność duchowa..... poczucie wspólnoty.... Seks nie jest nam wcale potrzebny :P
Dzisiaj rano obudziłam się z opuchniętymi powiekami, wory pod oczami, czerwony nos i spojówki i mówię "tulaj mnie!", ale mąż mówi, że zombie go nie kręcą, że pozostanie przy oglądaniu "Walking death", zadawać się jednak nie chce :P Zerknęłam w lustro i stwierdziłam, że fakt - pretensji mieć do niego nie mogę żadnych. 
Ale jest lepiej, serio... może jeszcze nie słychać, ale jest.... będzie. W końcu to się musi skończyć, prawda?


Dzisiejszy wpis sponsorował ibuprom, syrop na kaszel, 100-pak chusteczek do nosa.

DOPISEK: Czy widzicie zdjęcie? Bo się pochwalić chciałam...


środa, 21 stycznia 2015

cześć i czołem!

Z góry uprzedzam, że mogą być literówki - tak bywa po 2 nieco obszerniejszych lampeczkach fałszywego martini.... No sorry, musicie wybaczyć! Jest dzień babci, więc mam imieniny :P Pochłonęłam ciastko z gagareką - razy 3 w sumie, orzeszka (i brzuszki poszły w cholerę....) i spożywam napój alkoholowy, zwany czasem wyskokowym, chociaż jakoś nie skaczę... rzekłabym, że bliżej mi do chwiania... ale nie czepiajmy się szczegółów!
W kraju źle się dzieje, ludzie mają problemy z frankiem (ten to dopiero musiał spożyć, skoro tak wyskoczył!), górnicy strajkują, więc co robić? Pić! Przynajmniej jakoś raźniej i luźniej się robi na sercu (i w nogach).
No.
A teraz wprowadźmy odrobinę powagi..... (błehehehehehehhehehehe).... przepraszam, sie mi wyrwało :P

Znalazłam swoje stare zdjęcia. Ze studniówki i liceum... łomatkozcórkombabkom i wszyscy święci! Nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać, więc dolałam fałszywego martini :D
Ale byłam laska! Jacieżniepierdzielę! Tylko styl fryzurowo-odzieżowy jakoś pozostawia nieco do życzenia. Ale w tamtych czasach (nie, wcale nie brzmi to jakbym miała 150 lat!) takie było modne i basta. Nie wnikajmy lepiej. Dla zdrowia psychicznego!

Czymże jest spowodowany mój nastrój? Winem, to fakt. Ano tym również, że roboty mam tyle, że nie nadążam taczek ładować i latam z pustymi :P jak w tym starym dowcipie. Dowcip jest stary, ja jeszcze nie aż tak, gwoli ścisłości.

Niestety, sytuacja się w biurze mym zmieniła nieco i pisać mogę jedynie z domu. A tu się ciężko dobić do kompa, bo chętnych wielu. Poza tym (kurczę, jak mi się literki plączą... dzięki ci, kimkolwiek jesteś, za spelczeka!) po 8 minimum godzinach przed kompem w domu funduję sobie detoks komputerowy. Dlatego rzadziej dużo piszę i pisać rzadziej będę. Następnym razem postaram się pisać sama, bez wina zaglądającego mi przez ramię i poganiającego.

Inna kwestia, że ostatnio staram się wygrać konkurs na najfajniejszego pacjenta chirurgicznego i zbieram ostro punkty na karcie! Uwierzcie mi, staram się jak mogę :P Włączając w to powoli całą rodzinę! Z niusów ostatnich - w piątek idę z młodą zdjąć jej szwy z głowy (jeszcze tylko małż został w kolejce do rozbicia i szycia głowy... a ja mu wcale źle nie życzę, tylko tak uprzedzam... teraz jego kolej). Generalnie, wiem już, z czym i gdzie jechać, żeby zostać profesjonalnie obsłużonym.

Kurczę... muszę dolać, bo się skończył.... momencik..... JUŻ :D

Wbrew pozorom i mojej głupawce, to jest jakoś średnio, ale.... ostatnio otrzymałam tyle pozytywnych znaków, że samej mi ciężko uwierzyć. Z jednej strony - łał!!! z drugiej aż się boję cieszyć, żeby nie zapeszyć. Ale... kto nie da rady iść pod wiatr, jak nie ja? No kto? Ja? Ja nie dam rady?!?! Jestem zajebista i sobie ze wszystkim poradzę! A co!

niedziela, 4 stycznia 2015

nauczmy się wzajemnej kultury i szacunku

No więc... oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym się nie odniosła do głośnego ostatnimi czasy felietonu o kupach w pampersach w restauracji. A dokładniej do całej dyskusji, która się wokół rozpętała. Cały "problem" tak na prawdę sprowadza się to jednej NIE-PROSTEJ kwestii - ludzie nie potrafią zrozumieć, że ktoś może mieć inne spojrzenie na sprawę niż oni sami! Jako matka też chciałam "być" - w mieście, w sklepach, w kawiarni - nie siedzieć zamknięta w domu z telewizją śniadaniową i gadać tylko z lekko odmóżdżonymi mamuśkami pod piaskownicą. Ale..... mój wewnętrzny racjonalizm, wrodzona i nabyta w toku dorastania kultura osobista i szacunek do otoczenia podpowiadały mi, że z dzieckiem do restauracji to się raczej nie nadają. A dlaczego? Bo restauracja (poza faktem, że nie stać mnie na regularne jadanie w knajpach) to miejsce, w którym obowiązują pewne standardy i wymaga się pewnego poziomu zachowania. Jeśli chcę iść na kawę i zabierać ze sobą dziecko - idę do knajpki przeznaczonej dla dzieci! Tam wiem, że nikomu moje latające dziecko nie będzie przeszkadzało. Jestem - jakimś cudem! - w stanie zrozumieć, ze głośno zachowujące się dzieci mogą przeszkadzać ludziom, którzy wyszli z domu, by spokojnie zjeść posiłek poza domem. Ponadto - uczę moje dzieci, że w miejscach publicznych (w tym -w sklepach, parkach, galeriach, na spacerze) - nie zachowujemy się jak dzicz spuszczona po latach ze smyczy, nie drzemy paszczy, nie biegamy pod nogami innym ludziom, a jak chcemy o coś zapytać mamę, to do niej podchodzimy, a nie drzemy się z odległości dużej :P Może ja jestem szurnięta? Ale patrząc czasami na otoczenie - jestem dumna z moich dzieci. Dwa dni temu chciałam zrobić w biedrze jakieś zakupy. Myślałam, że ustrzelę dzieciaka i jego ojca. Serio... Nie byłam w stanie się skupić, bo jedyne co słyszałam, to synek drący się przez całą alejkę, że nie ma tego szpinaku!!!!!! potem się darł, że chce jogurt, potem że się stuknął, potem, że chce do domu.... AAAAAAAAAAAAA!!!! A tatuś?
Ze stoickim spokojem patrzył w kartkę z listą i czasami rzucał znudzone i spokojne "romuś, nie krzycz..." nie wiem, czy Romuś to w ogóle dosłyszał... Wyszłam ze sklepu z przeogromną ulgą. Nie wiem, może jestem szurnięta? A może właśnie wręcz przeciwnie? Może zarówno moje dzieci, jak i ja, jesteśmy normalni? Bo widzicie, ja się nie wstydzę z nimi wychodzić między ludzi. Owszem, też potrafią szaleć i wariować. ale my, jako rodzice, zwracamy im wtedy uwagę i uczymy, jak się wypada zachować. Zdaję sobie sprawę z ograniczeń, wiem, na co moje dzieci stać, a na co nie i nie idę z nimi w pewne miejsca, gdzie mogą one przeszkadzać otoczeniu! Bo wiem i rozumiem (przykład z biedry), że dzieci mogą być wkurzające dla otoczenia! Taki ich urok i zbójeckie prawo. Moim obowiązkiem zaś jest im to uświadomić i nauczyć kulturalnych zachowań. Oraz szacunku i zrozumienia dla innych.
I dodam na koniec wywodu - nie uważam, żeby autorka tego spornego felietonu miała zamiar szkalować matki z dziećmi - szkalowała i wytykała brak kultury, zachowania i szacunku. Bo co jak co - ale przebierać pampersa przy stole??????? No dajcie spokój!!!!!!!!!! Zwróciłabym takiej babie uwagę!