Ostatnio miałam nalot angielskojęzycznych spamerów. Oglądalność bloga wzrastała w tempie szalonym i galopującym. Potem nastąpiła chwila ciszy... aż tu nagle dostałam na maila takie coś... Jest tak piękne, że Wam to prezentuję!
Odlotowo tu tuż przy Ciebie, wielce mi się podoba twoja stronica internetowa
jest w gruncie rzeczy poczesna, wybitnie mi się podoba w niej fatałaszki graficzna sum, ego intymnie inwituję
Ciebie aż do mnie na stronę, jakiej ogół zagadnień owo: tanie oczyszczalnie przydomowe
poniedziałek, 24 listopada 2014
środa, 19 listopada 2014
pokusy, pokusy, na każdym kroku pokusy....
Ostatnio sobie dogodziłam.... jakkolwiek to brzmi, myślcie sobie, co chcecie :P
Generalnie - uległam pokusie.... Popełniłam grzech nieumiarkowania w jedzeniu, ze szczególnym uwzględnieniem słodkiego. A wszystko zaczęło się tak niewinnie...
Najpierw chora była młoda i siedziałam z nią 3 dni w domu. Co robi Tygrys, jak siedzi w domu? Otóż - gotuje. Gotuje do przesady i często gęsto za dużo. Na szczęście od czego jest zamrażalka i pudełka po lodach! Alleluja! Bo nie wiem, co bym z tą ilością fasolki po kretyńsku zrobiła....
Potem, jak młoda zdrowiała, lekkie przeziębienie dopadło Tygrysa... Zaczęło się niewinnie, lekkie drapania, lekko przytkany nosek, lekka temperaturka - nic wielkiego, ale dmuchamy na zimne, więc hyc pod kołderkę, w towarzystwie aspirynki, czosnku, imbiru, soczku malinowego - niniejszym matka jest chora (niemal obłożnie - dodajmy dramatyzmu, żeby nie było, że bezczynnie leży) i cmentarny łikendzik przeleży. Zresztą, futra z norek, woniającego naftaliną nie posiadam, to po co mam lecieć na cmentarz, skoro nie mam w czym się lansować?
Nic to, leżymy... I tak mi się spodobało, że przedłużyłam tą opcję aż do następnej niedzieli... a co...
mąż tylko był szczęśliwym człowiekiem, bo mu żona zamilkła na 6 dni i miał jakiś spokój w domu, przerywany wypluwaniem płuc (ale luzik - co wyplułam, wkładałam na miejsce z powrotem). Jak nie wierzycie - zapytajcie Natt, jak do niej zadzwoniłam to zapytała, co mi tak szafka strasznie skrzypi w kuchni... to jej wytłumaczyłam, że to nie szafka, tylko ja osobiście sobie westchnęłam, że nie czuję się chyba najlepiej....
Noo, więc wracając.. posiedziałam w domu ekstra półtora tygodnia (długi łikend doszedł), więc się realizowałam.... kuchennie, kurde mol... chora byłam, to nie łaziłam na zumbę i fitness.... i mi się chciało....
Efekt:
- zrobiłam napoleonkę na całą blachę z piekarnika - zeżarliśmy
- zrobiłam miodownik - zeżarliśmy
- zrobiłam bezę z 10 białek (taki torcik) z kremem toffi - zeżarliśmy
- zrobiłam sobie quesadillę - zeżarłam sama
- końcem zeszłego tygodnia, będąc w stanie lekkiej desperacji - zeżarłam pół puszki mleka skondensowanego........
Jesoooo, jaka ja jestem słodkożerna!!!! Na całe szczęście, antybiotyk się kończy - wróciłam na zumbę. Efekt: bolą mnie pośladki, bolą mnie uda, boli mnie brzuch (myślałam, że macicę urodzę, ale się kuźwa zaparłam - co??!! ja nie zrobię wszystkich serii??? JA?!?!?!). I jest mi bosko... Oraz - już mi się nie chce słodyczy... Endorfiny wystarczą :) a zakwasy przypominają, że teraz zrzucić to, co się zeżarło nie będzie taką bułką z masłem - 3 tygodnie przerwy robią swoje....
Generalnie - uległam pokusie.... Popełniłam grzech nieumiarkowania w jedzeniu, ze szczególnym uwzględnieniem słodkiego. A wszystko zaczęło się tak niewinnie...
Najpierw chora była młoda i siedziałam z nią 3 dni w domu. Co robi Tygrys, jak siedzi w domu? Otóż - gotuje. Gotuje do przesady i często gęsto za dużo. Na szczęście od czego jest zamrażalka i pudełka po lodach! Alleluja! Bo nie wiem, co bym z tą ilością fasolki po kretyńsku zrobiła....
Potem, jak młoda zdrowiała, lekkie przeziębienie dopadło Tygrysa... Zaczęło się niewinnie, lekkie drapania, lekko przytkany nosek, lekka temperaturka - nic wielkiego, ale dmuchamy na zimne, więc hyc pod kołderkę, w towarzystwie aspirynki, czosnku, imbiru, soczku malinowego - niniejszym matka jest chora (niemal obłożnie - dodajmy dramatyzmu, żeby nie było, że bezczynnie leży) i cmentarny łikendzik przeleży. Zresztą, futra z norek, woniającego naftaliną nie posiadam, to po co mam lecieć na cmentarz, skoro nie mam w czym się lansować?
Nic to, leżymy... I tak mi się spodobało, że przedłużyłam tą opcję aż do następnej niedzieli... a co...
mąż tylko był szczęśliwym człowiekiem, bo mu żona zamilkła na 6 dni i miał jakiś spokój w domu, przerywany wypluwaniem płuc (ale luzik - co wyplułam, wkładałam na miejsce z powrotem). Jak nie wierzycie - zapytajcie Natt, jak do niej zadzwoniłam to zapytała, co mi tak szafka strasznie skrzypi w kuchni... to jej wytłumaczyłam, że to nie szafka, tylko ja osobiście sobie westchnęłam, że nie czuję się chyba najlepiej....
Noo, więc wracając.. posiedziałam w domu ekstra półtora tygodnia (długi łikend doszedł), więc się realizowałam.... kuchennie, kurde mol... chora byłam, to nie łaziłam na zumbę i fitness.... i mi się chciało....
Efekt:
- zrobiłam napoleonkę na całą blachę z piekarnika - zeżarliśmy
- zrobiłam miodownik - zeżarliśmy
- zrobiłam bezę z 10 białek (taki torcik) z kremem toffi - zeżarliśmy
- zrobiłam sobie quesadillę - zeżarłam sama
- końcem zeszłego tygodnia, będąc w stanie lekkiej desperacji - zeżarłam pół puszki mleka skondensowanego........
Jesoooo, jaka ja jestem słodkożerna!!!! Na całe szczęście, antybiotyk się kończy - wróciłam na zumbę. Efekt: bolą mnie pośladki, bolą mnie uda, boli mnie brzuch (myślałam, że macicę urodzę, ale się kuźwa zaparłam - co??!! ja nie zrobię wszystkich serii??? JA?!?!?!). I jest mi bosko... Oraz - już mi się nie chce słodyczy... Endorfiny wystarczą :) a zakwasy przypominają, że teraz zrzucić to, co się zeżarło nie będzie taką bułką z masłem - 3 tygodnie przerwy robią swoje....
wtorek, 18 listopada 2014
czego to ludzie nie wymyślą?
Mam w biurze radio, którego NIE SŁUCHAM. Wcale. Zero. Null. I wogóle tego radia tam nie ma, dlatego nie trzeba płacić żadnych abonamentów, bo i za co? Przecież tam nie ma NIC. I w tym radiu, którego absolutnie nie słucham, są reklamy. I ta oto doszłam do pewnych wniosków. Są tabletki na:
- syndrom rozbieganych nóg i rąk (znam paru takich, co by im się szczególnie na rozbiegane ręce przydało...)
- zgagę
- uregulowanie chęci spożycia cukru
- schudnięcie
- łatwe siusianie (panowie i ich prostata)
- zdrowe i mocne zęby (tak, teraz można łyknąć tabletkę, żeby dziecku (o zgrozo!) rosły zdrowe i silne zęby)
- poprawę apetytu u niejadka (odwrotność tych na spalanie tłuszczu?)
- zimne stopy i dłonie (ooo, coś dla mnie!)
To tak sobie myślę... Na co jeszcze mogą być tabletki?
- tabletka na śniadanie/ obiad/ kolację - zamiast tracić czas i wysilać zęby - tabletka zamiast posiłku
- tabletka zamiast wizyty w kibelku - samo się będzie utylizowało, wewnętrznie, po prostu zniknie niczym fatamorgana...
- tabletka zamiast picia - łykasz, a poziom płynów w organizmie się podnosi!
- tabletka zamiast seksu - łykniesz i czujesz się jak po najgorętszej nocy w życiu (jeszcze przydałaby się do kompletu taka, co dostarcza wspomnień...) - w sam raz w sytuacji, kiedy nie ma faceta na podorędziu, a ochota dręczy i męczy...
- tabletka na farbowanie włosów - co się będziemy męczyć z farbą, w domu, czy u fryzjera.. pyk, łykasz i jest! Burgund na głowie!
Może macie jakieś pomysły jeszcze? Póki co, idęsprawdzić, czy są tabletki na przyrost rozumu...
- syndrom rozbieganych nóg i rąk (znam paru takich, co by im się szczególnie na rozbiegane ręce przydało...)
- zgagę
- uregulowanie chęci spożycia cukru
- schudnięcie
- łatwe siusianie (panowie i ich prostata)
- zdrowe i mocne zęby (tak, teraz można łyknąć tabletkę, żeby dziecku (o zgrozo!) rosły zdrowe i silne zęby)
- poprawę apetytu u niejadka (odwrotność tych na spalanie tłuszczu?)
- zimne stopy i dłonie (ooo, coś dla mnie!)
To tak sobie myślę... Na co jeszcze mogą być tabletki?
- tabletka na śniadanie/ obiad/ kolację - zamiast tracić czas i wysilać zęby - tabletka zamiast posiłku
- tabletka zamiast wizyty w kibelku - samo się będzie utylizowało, wewnętrznie, po prostu zniknie niczym fatamorgana...
- tabletka zamiast picia - łykasz, a poziom płynów w organizmie się podnosi!
- tabletka zamiast seksu - łykniesz i czujesz się jak po najgorętszej nocy w życiu (jeszcze przydałaby się do kompletu taka, co dostarcza wspomnień...) - w sam raz w sytuacji, kiedy nie ma faceta na podorędziu, a ochota dręczy i męczy...
- tabletka na farbowanie włosów - co się będziemy męczyć z farbą, w domu, czy u fryzjera.. pyk, łykasz i jest! Burgund na głowie!
Może macie jakieś pomysły jeszcze? Póki co, idęsprawdzić, czy są tabletki na przyrost rozumu...
piątek, 14 listopada 2014
kobieca logika - męska pamiętliwość
Nie rozumiem... 8 lat minęło, odkąd opierdzieliłam męża, że mnie zostawił na stoku... Miał mnie uczyć jeździć na nartach i prosiłam, żeby nigdzie nie łaził. Miał być obok, w razie problemów, pomagać, wyjaśniać, korygować błędy. A on mi powiedział, jak się skręca w prawo, jak w lewo, jak się hamuje i poszedł!!! Poszedł do baru oglądać mecz! Powiedział "Ty tu ćwicz, wrócę za godzinę, góra dwie i pokażesz, co się nauczyłaś". I jak tu się nie wkurzyć? No jak? Wkurzyłam się i go opieprzyłam! I co z tego, że mi się to śniło?
http://demotywatory.pl/4415596/Kobieca-logika
czwartek, 30 października 2014
czego się boi tygrys?
Tak mi się ostatnio jakoś przypomniało, dlaczego nie przepadam za "wsiom", a wolę miasto.
Z jednego małego powodu. Powód ten ma 8 nóżek i jest przepaskudny. A zwie się pająk.
Witam wszystkich... Nazywam się Tygrys, mam 21 lat (NO CO?! Mam tyle!) i boję się pająków. Od urodzenia chyba, a przynajmniej odkąd pamiętam, czyli mniej więcej od czwartego roku życia.
Jakby ktoś organizował spotkania Anonimowych Arachnofobików, to chyba tak by wypadało zacząć, prawda?
Pająki to ponoć pożyteczne stworzenia, są mniejsze ode mnie (mając 172 cm to w sumie sporo rzeczy jest mniejszych ode mnie), zabijają muchy i komary, są niegroźne, i w ogóle, i w szczególe. Ale cóż poradzę, że wywołują we mnie reakcje skrajne...
Wiecie, jak spaceruje po lesie osoba, która się boi pająków? Ano tak. Najpierw wybiera odpowiedni las - nie za gęsty, żeby pająki nie miały za dużo możliwości rozciągnięcia sieci między drzewami, bez krzaków i duuużych gęstych chaszczy. Następnie na obrzeżu lasu szuka kija. Będąc wyposażona w kij wchodzi nieśmiało między drzewa i zaczyna kręcić kijem koła przed sobą. Po co? Po to by ściągnąć kijem ewentualne pajęczyny i ich mieszkańców. To dość ryzykowne zajęcie, gdyż jeśli się tak stanie, że na kiju znajdzie się ściągnięty pająk, kij zwykle zostaje odrzucony z wrzaskiem na odległość kilku metrów. Jest pewne, że w ten sposób wiele zwierząt uciekło z lasu razem z tym pająkiem. Osoba należąca do AA staje w tedy na środku lasu, bezbronna (kij jest daleko) i mówi "Pierd... dalej nie idę! i czeka na nowego kija. Oczywiście, ktoś inny go musi znaleźć i przynieść...
Jak zabija pająka osoba z grona AA? Odpowiedź jest krótka. Wcale albo przypadkiem. Najlepiej oczywiście wcale. Osoba z grona AA po prostu robi wrzask, że niech się F16 z poziomem hałasu schowa, potem spieprza szybciej niż niejaki Usain Bolt i grzecznie prosi o pomoc "WEŹ MI TO STAMTĄD WYEKSMITUJ!!!!! NA ŚMIERĆ! ŻEBY NIE WRÓCIŁO!!!". Tu jedna mała uwaga. Wciąganie odkurzaczem nie wchodzi w grę, bo po wyjęciu rury istnieje ryzyko, że istota zła wróci do naszego świata przez pozostały po rurze otwór. Nie. Ma nastąpić eksmisja na bruk (chodnik pod blokiem, 3 piętra niżej jest akceptowalny) lub pełna eksterminacja. Zabicie przypadkiem nastąpiło raz, jak AA zabił małe stworzenie na łóżku, uznając je za muchę (nie miał AA okularów na nosie i był zaspany). Taki przypadek miał miejsce raz w życiu.
Czy w przypadku AA wchodzi w grę przegonienie pająka miotłą? Nie. Jeśli pająk dotknie jednego końca miotły, miotła zwykle niechcący (jak inaczej?) wypada z ręki AA, na odległość uzależnioną od miejsca w pomieszczeniu (na koniec pokoju). Zwykle, zanim miotła wyląduje na ziemi, AA jest już w tym czasie daleko, a po okolicy niesie się echo...echo... echo.....cho...o....
Czy AA łapie pająki do słoika, zakrywa wieczko i wypuszcza je na dworze? Nie. AA spróbował tego raz. Nakrył pająka słoikiem, wsunął kartkę, podniósł i odwrócił słoik.... I wtedy TO nastąpiło... Pająk opadł na dno słoika i znalazł się w niebezpiecznie bliskiej odległości od palców AA (NO I CO Z TEGO, ŻE MIĘDZY PAJĄKIEM A PALCAMI BYŁ SŁOIK?!?! To jeszcze nic nie znaczy!). Słoik został na tyle gwałtownie odstawiony, że cudem się nie zbił. Yyyy... Znaczy to pająk o mało co nie wybił dna...
Czy AA bywa w piwnicy? Nie.
A teraz element humorystyczny (do tej pory było poważnie):
http://demotywatory.pl/4406464/Krotki-poradnik--Jak-rozroznic-pajaki
Apel: proszę nie tłumaczyć mi, że pająki są małe, niegroźne i pożyteczne. Jest to jedyne stworzenie, którego się boję, więc chyba nie jest tak źle ze mną? Żadne żuki, ćmy, robaki, węże, myszy, tylko i wyłącznie pająki. Trudno... radziłam sobie jakoś (z naciskiem na jakoś) przez te 21 lat mojego życia, to teraz też jakoś przeżyję. Najlepiej z daleka od tych-tych tam... pająków.... brrrrrr
Z jednego małego powodu. Powód ten ma 8 nóżek i jest przepaskudny. A zwie się pająk.
Witam wszystkich... Nazywam się Tygrys, mam 21 lat (NO CO?! Mam tyle!) i boję się pająków. Od urodzenia chyba, a przynajmniej odkąd pamiętam, czyli mniej więcej od czwartego roku życia.
Jakby ktoś organizował spotkania Anonimowych Arachnofobików, to chyba tak by wypadało zacząć, prawda?
Pająki to ponoć pożyteczne stworzenia, są mniejsze ode mnie (mając 172 cm to w sumie sporo rzeczy jest mniejszych ode mnie), zabijają muchy i komary, są niegroźne, i w ogóle, i w szczególe. Ale cóż poradzę, że wywołują we mnie reakcje skrajne...
Wiecie, jak spaceruje po lesie osoba, która się boi pająków? Ano tak. Najpierw wybiera odpowiedni las - nie za gęsty, żeby pająki nie miały za dużo możliwości rozciągnięcia sieci między drzewami, bez krzaków i duuużych gęstych chaszczy. Następnie na obrzeżu lasu szuka kija. Będąc wyposażona w kij wchodzi nieśmiało między drzewa i zaczyna kręcić kijem koła przed sobą. Po co? Po to by ściągnąć kijem ewentualne pajęczyny i ich mieszkańców. To dość ryzykowne zajęcie, gdyż jeśli się tak stanie, że na kiju znajdzie się ściągnięty pająk, kij zwykle zostaje odrzucony z wrzaskiem na odległość kilku metrów. Jest pewne, że w ten sposób wiele zwierząt uciekło z lasu razem z tym pająkiem. Osoba należąca do AA staje w tedy na środku lasu, bezbronna (kij jest daleko) i mówi "Pierd... dalej nie idę! i czeka na nowego kija. Oczywiście, ktoś inny go musi znaleźć i przynieść...
Jak zabija pająka osoba z grona AA? Odpowiedź jest krótka. Wcale albo przypadkiem. Najlepiej oczywiście wcale. Osoba z grona AA po prostu robi wrzask, że niech się F16 z poziomem hałasu schowa, potem spieprza szybciej niż niejaki Usain Bolt i grzecznie prosi o pomoc "WEŹ MI TO STAMTĄD WYEKSMITUJ!!!!! NA ŚMIERĆ! ŻEBY NIE WRÓCIŁO!!!". Tu jedna mała uwaga. Wciąganie odkurzaczem nie wchodzi w grę, bo po wyjęciu rury istnieje ryzyko, że istota zła wróci do naszego świata przez pozostały po rurze otwór. Nie. Ma nastąpić eksmisja na bruk (chodnik pod blokiem, 3 piętra niżej jest akceptowalny) lub pełna eksterminacja. Zabicie przypadkiem nastąpiło raz, jak AA zabił małe stworzenie na łóżku, uznając je za muchę (nie miał AA okularów na nosie i był zaspany). Taki przypadek miał miejsce raz w życiu.
Czy w przypadku AA wchodzi w grę przegonienie pająka miotłą? Nie. Jeśli pająk dotknie jednego końca miotły, miotła zwykle niechcący (jak inaczej?) wypada z ręki AA, na odległość uzależnioną od miejsca w pomieszczeniu (na koniec pokoju). Zwykle, zanim miotła wyląduje na ziemi, AA jest już w tym czasie daleko, a po okolicy niesie się echo...echo... echo.....cho...o....
Czy AA łapie pająki do słoika, zakrywa wieczko i wypuszcza je na dworze? Nie. AA spróbował tego raz. Nakrył pająka słoikiem, wsunął kartkę, podniósł i odwrócił słoik.... I wtedy TO nastąpiło... Pająk opadł na dno słoika i znalazł się w niebezpiecznie bliskiej odległości od palców AA (NO I CO Z TEGO, ŻE MIĘDZY PAJĄKIEM A PALCAMI BYŁ SŁOIK?!?! To jeszcze nic nie znaczy!). Słoik został na tyle gwałtownie odstawiony, że cudem się nie zbił. Yyyy... Znaczy to pająk o mało co nie wybił dna...
Czy AA bywa w piwnicy? Nie.
A teraz element humorystyczny (do tej pory było poważnie):
http://demotywatory.pl/4406464/Krotki-poradnik--Jak-rozroznic-pajaki
Apel: proszę nie tłumaczyć mi, że pająki są małe, niegroźne i pożyteczne. Jest to jedyne stworzenie, którego się boję, więc chyba nie jest tak źle ze mną? Żadne żuki, ćmy, robaki, węże, myszy, tylko i wyłącznie pająki. Trudno... radziłam sobie jakoś (z naciskiem na jakoś) przez te 21 lat mojego życia, to teraz też jakoś przeżyję. Najlepiej z daleka od tych-tych tam... pająków.... brrrrrr
środa, 29 października 2014
lato, lato, i po lecie....
Tak generalnie, to ja się od kilku dni zastanawiam, komu, kurde mol, to lato przeszkadzało???
Ostatnio na pytanie retoryczne rzucone w przestrzeń "Długo to jeszcze będzie tak zimno?!" padła rzeczowa odpowiedź "Do kwietnia".
Ja rozumiem, że należy dać zarobić producentom butów typu kozak i trep, ale bez przesady... Owszem, w kozakach moich koloru karmelowego wyglądam zajebiaszczo (szczególnie w połączeniu z legginsami lub kiecką), jednakowoż w szpilkach też niczego sobie i nie miałabym nic przeciwko temu, aby pozostać przy szpilkach, cienkich bluzkach i lekkich kurteczkach. Wcale to a wcale nie tęskniłam za puchowym płaszczem! A ostatnie dni sprawiły, że się jakoś od nowa w tym roku do siebie zbliżamy i bliżej poznajemy (nie, jeszcze z nim nie rozmawiam, jak Frytka z walizką, ale dobrze nam idzie).
Tak więc wracając do tematu (kurde... ktoś mi kawę wypił????), zima jest jako tako, ale jesień nie jest jednak moją ulubioną porą roku. Okej, okej, dzisiaj świeci słońce, dobra, niech będzie... Ale ten szron na trawie, to budzenie odgłosami skrobania szyb (hłe, hłe, hłe.... ja mam garaż!), ten przenikliwy wiaterek... to nie są jakieś moje ulubione rzeczy... Wolę napierdzielające z rana ptaszki (PTASZKI! wróbelki i kumple! proszę mnie tu kosmatych skojarzeń nie mieć), ciepłe promienie słońca na twarzy, przyzwoite temperatury (tak około 25-30 stopni - POWYŻEJ zera).
Od tego zimna to mi dłonie wysychają i robią się szorstkie...Poza tym w kilku warstwach ubrania nie wyglądam nadto atrakcyjnie, raczej grubo i puchato. A ta wersja nie ma zbyt dużo wspólnego z byciem seksownym obiektem westchnień płci przeciwnej ;)
Nawet ta fajniejsza wersja zmiany czasu na niewiele pomaga, bo fajnie było w pierwszym dniu, jak się wyspałam. Teraz organizm się przyzwyczaja i już nie jest tak fajnie. Poza tym wychodzę z pracy, a na zewnątrz zaczyna zapadać zmrok! Sie mi to nie podoba!
Tak więc do brzegu.... Apeluję o przedłużenie lata, maksymalne skrócenie jesieni (tydzień wystarczy, w porywach do dwóch - ukłon w kierunku wariatów, którzy się jesienią zachwycają), zima ma być tylko i wyłącznie biała i trwać miesiąc. Potem śnieg ma zniknąć (nie żadne tam roztopy, ciapki, błoto pośniegowe i inne - po prostu znika), a w jego miejsce przychodzi wiosna.
Tako proponuję ja, zwierzę zdecydowanie ciepłolubne i uzależnione od słońca. Niespełnienie moich grzecznych próśb może skutkować emigracją mojej szacownej osoby do krajów oferujących bardziej sprzyjające warunki (polecę z bocianami), co byłoby ogromną stratą dla tego kraju i mojego regionu.
Z poważaniem,
Tygrys
p.s. co za bezczelny typ wychlał moją kawę?!?!?!?!
Ostatnio na pytanie retoryczne rzucone w przestrzeń "Długo to jeszcze będzie tak zimno?!" padła rzeczowa odpowiedź "Do kwietnia".
Ja rozumiem, że należy dać zarobić producentom butów typu kozak i trep, ale bez przesady... Owszem, w kozakach moich koloru karmelowego wyglądam zajebiaszczo (szczególnie w połączeniu z legginsami lub kiecką), jednakowoż w szpilkach też niczego sobie i nie miałabym nic przeciwko temu, aby pozostać przy szpilkach, cienkich bluzkach i lekkich kurteczkach. Wcale to a wcale nie tęskniłam za puchowym płaszczem! A ostatnie dni sprawiły, że się jakoś od nowa w tym roku do siebie zbliżamy i bliżej poznajemy (nie, jeszcze z nim nie rozmawiam, jak Frytka z walizką, ale dobrze nam idzie).
Tak więc wracając do tematu (kurde... ktoś mi kawę wypił????), zima jest jako tako, ale jesień nie jest jednak moją ulubioną porą roku. Okej, okej, dzisiaj świeci słońce, dobra, niech będzie... Ale ten szron na trawie, to budzenie odgłosami skrobania szyb (hłe, hłe, hłe.... ja mam garaż!), ten przenikliwy wiaterek... to nie są jakieś moje ulubione rzeczy... Wolę napierdzielające z rana ptaszki (PTASZKI! wróbelki i kumple! proszę mnie tu kosmatych skojarzeń nie mieć), ciepłe promienie słońca na twarzy, przyzwoite temperatury (tak około 25-30 stopni - POWYŻEJ zera).
Od tego zimna to mi dłonie wysychają i robią się szorstkie...Poza tym w kilku warstwach ubrania nie wyglądam nadto atrakcyjnie, raczej grubo i puchato. A ta wersja nie ma zbyt dużo wspólnego z byciem seksownym obiektem westchnień płci przeciwnej ;)
Nawet ta fajniejsza wersja zmiany czasu na niewiele pomaga, bo fajnie było w pierwszym dniu, jak się wyspałam. Teraz organizm się przyzwyczaja i już nie jest tak fajnie. Poza tym wychodzę z pracy, a na zewnątrz zaczyna zapadać zmrok! Sie mi to nie podoba!
Tak więc do brzegu.... Apeluję o przedłużenie lata, maksymalne skrócenie jesieni (tydzień wystarczy, w porywach do dwóch - ukłon w kierunku wariatów, którzy się jesienią zachwycają), zima ma być tylko i wyłącznie biała i trwać miesiąc. Potem śnieg ma zniknąć (nie żadne tam roztopy, ciapki, błoto pośniegowe i inne - po prostu znika), a w jego miejsce przychodzi wiosna.
Tako proponuję ja, zwierzę zdecydowanie ciepłolubne i uzależnione od słońca. Niespełnienie moich grzecznych próśb może skutkować emigracją mojej szacownej osoby do krajów oferujących bardziej sprzyjające warunki (polecę z bocianami), co byłoby ogromną stratą dla tego kraju i mojego regionu.
Z poważaniem,
Tygrys
p.s. co za bezczelny typ wychlał moją kawę?!?!?!?!
poniedziałek, 27 października 2014
jaka ze mnie fatalna matka...
Dzieci moje, ze szczególnym uwzględnieniem młodszego, przećwiczyły mnie w kwestii chorób dość konkretnie. Zaliczałam szpital, wyspecjalizowałam się w rozpoznawaniu kaszlu, przyczyn gorączek, sposobach ich zbijania, jak były oporne, odróżniam już wysypkę trzydniówkową od rumienia zakaźnego i od szkarlatyny, z ospą jestem za pan brat, zapalenia oskrzeli to dla mnie pikuś. Wyposażona jestem w syropki, wapienka, inhalator - słowem - przygotowana na każdą ewentualność. Jak pani doktor mówi, że dzisiaj taki syrop, ja podaję, jakie mam zamienniki i proponuję ich wykorzystanie (żeby nowych nie kupować). I do tej pory się nie myliłam (noo dobra, raz się machnęłam, ale każdy może).
Aż do zeszłego tygodnia.... ta passa trwała...
Dziecię starsze dostało kaszelku, taki tam mokry, tylko z rana... Piątek był, więc zapodałam pół aspiryny i przetrzymałam w domu przez weekend. Przeszło. W poniedziałek kaszelek był rano i parę razy wieczorem. We wtorek kaszelek był rano, wieczorem i ponoć w ciągu dnia też był (przynajmniej tak dziecię twierdziło...). Z uwagi na stan podgorączkowy, który nagle się objawił (od 37,4 jeszcze nikt nie umarł, nie przesadzajmy...) matkę coś tknęło i zostawiła dziecię w domu i poleciała rejestrować do przemiłej pani doktor. Dziecię pani niemal 2 lata nie widziało... Przemiła pani doktor słuchała, badała, oddychać kazała... długo to trwało... Dziecię wyoglądała i wyszło... że matka dziecko z zapaleniem płuc i oskrzeli przez ostatnie dni wypychała do szkoły. I tym sposobem, dziecię dostało antybiotyki (pierwsze od 2 lat), matka zwolnienie na dziecię owe i wyrzutów sumienia troszkę też dostała... I z tego powodu dziecię dostało na obiad pierożki, i naleśniczki dostało, i lekcje z mamusią odrabiało, i w gry też pograło... Na szczęście wyrzuty sumienia już minęły ;) z dzieckiem obecnie realizuje się tatuś :D
Aż do zeszłego tygodnia.... ta passa trwała...
Dziecię starsze dostało kaszelku, taki tam mokry, tylko z rana... Piątek był, więc zapodałam pół aspiryny i przetrzymałam w domu przez weekend. Przeszło. W poniedziałek kaszelek był rano i parę razy wieczorem. We wtorek kaszelek był rano, wieczorem i ponoć w ciągu dnia też był (przynajmniej tak dziecię twierdziło...). Z uwagi na stan podgorączkowy, który nagle się objawił (od 37,4 jeszcze nikt nie umarł, nie przesadzajmy...) matkę coś tknęło i zostawiła dziecię w domu i poleciała rejestrować do przemiłej pani doktor. Dziecię pani niemal 2 lata nie widziało... Przemiła pani doktor słuchała, badała, oddychać kazała... długo to trwało... Dziecię wyoglądała i wyszło... że matka dziecko z zapaleniem płuc i oskrzeli przez ostatnie dni wypychała do szkoły. I tym sposobem, dziecię dostało antybiotyki (pierwsze od 2 lat), matka zwolnienie na dziecię owe i wyrzutów sumienia troszkę też dostała... I z tego powodu dziecię dostało na obiad pierożki, i naleśniczki dostało, i lekcje z mamusią odrabiało, i w gry też pograło... Na szczęście wyrzuty sumienia już minęły ;) z dzieckiem obecnie realizuje się tatuś :D
Subskrybuj:
Posty (Atom)

