Żyję, jestem (przynajmniej ciałem), tylko mam full roboty i parę rzeczy się wydarzyło. Mocno się namotało, pokręciło, mnóstwo stresu było. Ale jestem, mam się jako tako dobrze, nie śnią mi się już ostre dyżury, mięso na drodze, połamane sosny, wszy na głowie, zaliczenia na studiach oraz inne takie. Teraz to na Frytkę przeszło. Stres ze mnie zszedł (ten największy, powoli wszystko się prostuje i wyjaśnia.
Szczegóły jutro, bo walczę z przetargiem, marketingiem i połową świata :) W ramach relaksu (i dołożenia sobie atrakcji) byłam wczoraj z Młodą na "Zambezii" - panowie z Kabaretu Moralnego Niepokoju w roli marabutów byli wspaniali :) A bajka? Dla dzieci. Nie było haseł rodem ze Shreka, które rozumieją tylko dorośli widzowie.
To pa. Wracam jutro albo w sobotę.
Aha. I proszę ściskać kciuki za Resovię - musimy jeszcze raz rozwalić Skrę :D (sorki fani Skry :P ale Mistrz! Mistrz! Resovia!!!)
czwartek, 21 lutego 2013
poniedziałek, 11 lutego 2013
E.R. - ostry dyżur
Niemal umarłam w niedzielę w nocy. Niemal - bo przeżyłam. Zaczęłam nagle słaniać na nogach, potykać, obraz zaczął być mglisty, niewyraźny, coś było nie tak - chyba straciłam przytomność. Miałam problemy z poruszaniem się, ruszaniem rękami, na nogach nie mogłam ustać, coś było cholernie nie tak. Zabrali mnie do szpitala. Tam zaczęły się badania, a ja straciłam przytomność - obudziłam się za 2-3 dni. Z jakimś "kranem" zamocowanym przy kręgosłupie. Przez to ustrojstwo "spuszczono" ze mnie nadmiar płynu mózgowo-rdzeniowego, którego było za dużo. Odkryli to w ostatniej chwili. Nadmiar płynu i jego wysokie ciśnienie powodowały problemy z poruszaniem i utratę przytomności. Jedną nogą byłam już "TAM". Ale mnie uratowali. A ja się obudziłam.... 5.50, dzwoni budzik.... Czas wstawać i szykować się do pracy...
sobota, 9 lutego 2013
piątek, 8 lutego 2013
tąpnęło i zakręciło
Nie piszę nic, rzadko komentuję, z opóźnieniem odpowiadam.... A to dlatego że się zadziało. W sumie nie miałam weekendu takiego jak zwykle - byłam na wyjeździe. Piątek (zeszły) pakowanie, jazda 5 godzin, w drodze nalewka (a co!), na miejscu szampan, w sobotę impreza, w niedzielę powrót, wieczorem rozpakowanie (którego organicznie nienawidzę), nalot stęsknionych dzieci, a w poniedziałek do pracy. Po pracy szczepienie (i wyzłośliwianie się pani pielęgniarce - goopie pytania zadawała) - wróciłam po 19-tej do domu. Wtorek - fryzjer. Na szczęście udany, ale - wróciłam o 19-tej. We środę wywiadówka - wysłałam męża, a ja z dzieciami. Smażyłam oponki, które schodziły z talerza, ledwie wystygły. A czasami nawet nie zdążyły. Czwartek - kara niebios za obżarstwo, czyli aerobik. Wróciłam o 20-tej. Dzisiaj jest piątek, nie wiem jakim cudem tak szybko..... (ironia). Dzisiaj atrakcją popołudnia jest.... weekend bez męża - cały! Więc w nagrodę za dobre sprawowanie, cierpiąc na obolałość ogólną (popularnie zwaną zakwasami tu i tam, o ile nie wszędzie), muszę sobie pozbierać dzieci, zabrać do domu, potem młodego do fryzjera, aby jutro zabrać je na bal karnawałowy. W sobotę, po balu, jak już ich zagonię do łóżka postaram się przypomnieć sobie, jak się nazywam...
Do tego wszystkiego doszły poważne zawirowania w biurze, co powoduje u mnie stres i wywołuje moją głęboko skrywaną przed światem zołzowatość....
A z pielęgniarką było tak. Zawsze jest taka fajna jajcarska babka. Tym razem był Ktoś Inny. KI nie radził sobie ze szczepieniami - kolejka przed gabinetem rosła w tempie zastraszającym. W sumie czekałam 30 minut, aż pani strzyknie w łapkę 3 osoby przede mną oraz 1 nakłuje testy. Więc gdy wreszcie weszłam, zasiadłam, dialog wyglądał tak:
- Nazwisko? (pyta patrząc w książeczkę szczepień)
- XYZ
- Gdzie to jest ta pani szczepionka???
- W lodówce
- No ja wiem, że w lodówce, wszystkie są w lodówce, ale pani nie widzę...
- Ooo tutaj, koło pani oka.
- ..... (milczenie)
- Którą rękę mam pani podać? (wiedząc, że kolej na lewą, ale nie chciałam zadania ułatwiać)
- No to pani nie wie? To się zaznacza w książeczce!!
- Ale to nie ja ją wypełniam. Zdaje mi się, że dzisiaj kolej na lewą..... (pani wypełniając książeczkę zaznaczyła lewą rękę)
Potem się już nie odzywałam, bo nie miałam powodu - odczekałam swoje 30 minut, pokazałam się, że żyję, nic mi nie jest i poszłam na przystanek. Jak mówiłam - wróciłam po 19-tej.... Wstałam rano o 5.50, jak co dzień.
DOPISEK: zapomniałam dodać, że dziecię starsze oznajmiło mi wczoraj z dumą, że ma chłopaka, że się kochają, że on już ją wcześniej chciał, tylko onieśmielony był, a teraz się już ośmielił i tańczyli na balu... Zachowałam powagę! Tylko ciekawe co z Kacprem, który rok temu miał być jej mężem???
Do tego wszystkiego doszły poważne zawirowania w biurze, co powoduje u mnie stres i wywołuje moją głęboko skrywaną przed światem zołzowatość....
A z pielęgniarką było tak. Zawsze jest taka fajna jajcarska babka. Tym razem był Ktoś Inny. KI nie radził sobie ze szczepieniami - kolejka przed gabinetem rosła w tempie zastraszającym. W sumie czekałam 30 minut, aż pani strzyknie w łapkę 3 osoby przede mną oraz 1 nakłuje testy. Więc gdy wreszcie weszłam, zasiadłam, dialog wyglądał tak:
- Nazwisko? (pyta patrząc w książeczkę szczepień)
- XYZ
- Gdzie to jest ta pani szczepionka???
- W lodówce
- No ja wiem, że w lodówce, wszystkie są w lodówce, ale pani nie widzę...
- Ooo tutaj, koło pani oka.
- ..... (milczenie)
- Którą rękę mam pani podać? (wiedząc, że kolej na lewą, ale nie chciałam zadania ułatwiać)
- No to pani nie wie? To się zaznacza w książeczce!!
- Ale to nie ja ją wypełniam. Zdaje mi się, że dzisiaj kolej na lewą..... (pani wypełniając książeczkę zaznaczyła lewą rękę)
Potem się już nie odzywałam, bo nie miałam powodu - odczekałam swoje 30 minut, pokazałam się, że żyję, nic mi nie jest i poszłam na przystanek. Jak mówiłam - wróciłam po 19-tej.... Wstałam rano o 5.50, jak co dzień.
DOPISEK: zapomniałam dodać, że dziecię starsze oznajmiło mi wczoraj z dumą, że ma chłopaka, że się kochają, że on już ją wcześniej chciał, tylko onieśmielony był, a teraz się już ośmielił i tańczyli na balu... Zachowałam powagę! Tylko ciekawe co z Kacprem, który rok temu miał być jej mężem???
wtorek, 5 lutego 2013
zagadka
Jak odróżnić "kochanie" od "przyzwyczajenia do bycia razem"?
Czy to się da jakoś sprawdzić? Ocenić? Zweryfikować? Poczuć różnicę?
Czy po 10, 15, lub 20 latach bycia ze sobą można nadal się kochać tak jak w czasach młodości szumnej?
Wzięło mnie na takie filozoficzne przemyślenia... nie wiem czemu.
Weekend sobie spędziłam z mężem całkiem miło i przyjemnie, w szczegóły się nie wdając - mieliśmy wielce elegancki pokoik w hotelu, dla siebie i sporo czasu, co najważniejsze - sami (BEZ dzieci). Mam wrażenie, że troszkę odnaleźliśmy siebie. Ale nadal nurtuje mię pytanie, czy to jest miłość, czy to jest kochanie? Rutyna, czy też płomyk nadal się tli, pali, tylko nie jest już taki bujny i daleko mu do ogniska z lat młodości?
Czy to się da jakoś sprawdzić? Ocenić? Zweryfikować? Poczuć różnicę?
Czy po 10, 15, lub 20 latach bycia ze sobą można nadal się kochać tak jak w czasach młodości szumnej?
Wzięło mnie na takie filozoficzne przemyślenia... nie wiem czemu.
Weekend sobie spędziłam z mężem całkiem miło i przyjemnie, w szczegóły się nie wdając - mieliśmy wielce elegancki pokoik w hotelu, dla siebie i sporo czasu, co najważniejsze - sami (BEZ dzieci). Mam wrażenie, że troszkę odnaleźliśmy siebie. Ale nadal nurtuje mię pytanie, czy to jest miłość, czy to jest kochanie? Rutyna, czy też płomyk nadal się tli, pali, tylko nie jest już taki bujny i daleko mu do ogniska z lat młodości?
czwartek, 31 stycznia 2013
runęły ideały?
Oglądnęłam wywiad z Amstrongiem. Ale cholernie bezczelny, arogancki bubek! Takie miałam zdanie po materiale. Upadł ideał, upadła legenda, i zrobiła to w wielgachnym hukiem. Aż tąpnęło i ziemia zadrżała. I jak tu wierzyć w sport? W czystą grę, czystą rywalizację, czystą walkę ze sobą i przeciwnikami? Słyszałam nie raz, jak ciężko mają sportowcy, ciągłe kontrole, "spowiadanie" się, gdzie kto jedzie, gdzie przebywa, naloty i sprawdzanie znienacka oraz przede wszystkim - mało dyskretny sposób pobierania próbek. Szkoda mi było ludzi. Ale... nie byłoby to potrzebne, gdyby wszyscy walczyli fair. A tak nie jest. Ciekawa jestem, jak to na prawdę jest z tą astmą norweskich biegaczek? Bo po obejrzeniu tego wywiadu na prawdę zaczynam w nią wątpić... Jak afera w tym kolarstwie się rozwinie, jak to pierdyknie wszystko, to smród będzie czuć jeszcze bardzo długo. I możliwe, że się rozniesie i na inne dyscypliny.
poniedziałek, 28 stycznia 2013
plaga podkarpacka
I zstąpiła zaraza na dom na prowincji. I nastał okres kaszlu i smarkania. Nawiedził kaszel pierwotnie syna i zasiał spustoszenie w jego oskrzelach. A syn walczył dzielnie, nie poddając się wirusowi. Jednak on się silniejszy okazał i zaczął syn dnia drugiego dudnić i huczeć. I pił on syropy w ilościach przechodzących powoli w litry. I wziewał on specyfiki różne przez maskę, które ulgę przynieść miały. Kaszel nie poddawał się jednak i przywołał do siebie katar. Dnia trzeciego wirus zdobył twierdzę siostrzaną. I zasiał spustoszenie w jej oskrzelach. I wywołał kaszel dudniąco świszczący. I kaszlała ona dniem i nocą, spożywając syropy. Katar również postanowił ją zgnębić i zasiał spustoszenie w jej otworach nosowych, nadwyrężając zapasy chusteczek. I walczyli oni dzielnie, omijając antybiotyki. I nastał dzień siódmy, a kaszel i katar nawiedziły matkę. I dudni ona obecnie i mówi "przeznos"...
CDN.
p.s. we środę kontrola u lekarza, chyba w poszerzonym składzie ;) bo według wszelkich znaków na niebie i ziemi, koło środy powinien paść ojciec...
CDN.
p.s. we środę kontrola u lekarza, chyba w poszerzonym składzie ;) bo według wszelkich znaków na niebie i ziemi, koło środy powinien paść ojciec...
Subskrybuj:
Posty (Atom)


