środa, 12 października 2016

"Jesieniowo"

Ostatnio jakoś doświadczam nadmiaru złych zdarzeń przypadających na jednostkę ludzką. I to był głównie powód mojej ciszy. Po prostu mi się przejadło i musiałam pozbierać się i własny tyłek. Zgodnie z zasadą, że jak się polepszy, to się popieprzy, albo i wręcz „popierd…”, niestety. Rozbite auto, brak AC, wysokie rachunki, 2 tygodnie z komunikacją miejską (niech żyje wracanie autobusem w korkach, z zakupami, parasolem, w deszczu i w najgorszej wersji jesieni, jaka może być w piździerniku), choroba, wyjazdy… ech. Już się wynarzekałam wystarczająco, więc więcej nie będę. Jeśli chciałabym zobrazować depresję, to wystarczy wyjrzeć za okno i zrobić zdjęcie. Albo nakręcić krótki filmik, nawet niemy. Byłoby chyba idealnie, jeśli chodzi o oddanie charakteru oraz mojego stanu ducha we wrześniu i początkiem piździernika. Tak, piździernika. Nie pomyliłam się. Jestem jednostką, która powinna chyba zapadać w sen zimowy, aby nie pogaraszać humoru otoczeniu. Ładna jesień z września ustąpiła miejsca czemuś buremu, szaremu i mokremu. I do tego wieje L Bleeeeee.

Ja chcę wioooooosnę!!!!!!!!!!!!!


Ostatnio obserwowałam nieco dokładniej moje dzieci. I powiem Wam – dziwnie się patrzy w lustro… Oboje mają moje usposobienie, sposób bycia, zachowania i charakter. Syn, jest nieco przerysowaną wersją mnie – bardziej ruchliwy, gadatliwy, wszystkiego musi dotknąć, spróbować, ruszyć, trącić… Lekkie adhd, stwierdzone kiedyś w poradni się potwierdza. Córka – wersja chwilami poukładana, rozolutna, ale równie postrzelona i ruchoma, jak mama. Sto pomysłów na minutę i najpierw robi, potem myśli. Albo czasami i wcale. Patrzę jak na siebie sprzed lat. I nie wiem, co mam myśleć… z jednej strony – rośnie we mnie poczucie wyrozumiałości dla nich. Z drugiej – wiem, że jak nie sprowadzę na ziemię, to się w życiu nie ogarną i będą same kłopoty. Patrzę na siebie i wspominam J Fajnie było być dzieciem. Fajnie byłoby móc znowu być dzieckiem. Przynajmniej na parę dni…

wtorek, 4 października 2016

czarno to widzę

Generalnie nie lubię protestów, strajków, bo niestety niewiele dają. Wczoraj jednak ubrałam się na czarno. I chciałam wyjaśnić dlaczego. Cały ten czarny protest media i zagorzałe feministki sprowadzają do aborcji. A tu nie o samą aborcję idzie. Główna idea – to dać wybór. Nie wiem, czy potrafiłabym dokonać aborcji, gdyby sytuacja mi na to pozwalała. Mówię to oczywiście o sytuacji ekstremalnie wyjątkowej – choroba, zagrożenie zdrowia. Wiem, przynajmniej na ten moment, że gdyby ciąża zagrażała mojemu życiu, to wybrałabym moje chodzące po świecie dzieci. Niestety. To nie jest jakieś hop-siup – zróbmy sobie skrobankę. Absolutnie. To jest mega trudna decyzja, którą kobieta ze swoim partnerem musi omówić i podjąć. I powinna mieć szansę dokonać wyboru. Moje dzieci potrzebują mnie. Żywej. Zdrowej. Ja wiem, że kolejna ciąża u mnie będzie ryzykiem. Już rodząc Kubę dowiedziałam się, że moja blizna na macicy jest bardzo cienka. Że absolutnie nie powinnam rodzić naturalnie. Nie wprost lekarz zasugerował, że już wystarczy [ciąż].
Kolejna kwestia związana z ustawą. Badania prenatalne. Badania, które mogą wykryć u dziecka wady, które można próbować naprawić! Medycyna poszła do przodu, wykonuje się operacje na dzieciach w łonie matki. Takie dziecko można spróbować uratować. Tylko jaki lekarz, przy zdrowych zmysłach, zaryzykuje zabieg, który może się skończyć śmiercią dziecka i, za który może pójść do więzienia? Bo matka jeszcze jest skłonna podjąć ryzyko. Bo to matka. Matka zrobi wszystko dla dziecka. Ale lekarz? W sumie „obcy” człowiek?
Kolejna kwestia. Poronienia. Nie wyobrażam sobie, aby ktoś sprawdzał, czy do poronienia doszło u mnie z przyczyn niezależnych, czy też sama się nie przyczyniłam. Poronienie jest traumą, strachem, smutkiem, jest okropnym przeżyciem. Moje małżeństwo niemal się posypało. Jeśli na to wszystko miałaby się nałożyć świadomość, że ktoś to jeszcze sprawdza, kontroluje… NIE. Mówię stanowcze NIE! Nie zgadzam się na to.
Czym będzie skutkowało zaostrzenie ustawy? Rozkwitem czarnego rynku. Jeżdżeniem do Niemiec, do Czech. Kobiety znajdą sposób. Tylko ryzyko z nim związane będzie duże.

A tak w ogóle i szczególe na marginesie. Jeśli gawiedzi rzucany jest na stół temat aborcji, wywołujący takie dyskusje, protesty, zajmujący sobą wszystkie media…To trzeba zacząć się interesować, czym tak naprawdę zajmuje się rząd… Co chce po cichu przemycić i co chce wprowadzić w życie… Jest temat zastępczy, a w jego cieniu i pod osłoną mają miejsce inne ważne sprawy…

wtorek, 13 września 2016

śliwkowy jam

Śliwkowy dżem dżem dżem
sobie jem jem jem
śliwek ciągle chcem chcem chcem

Okej... więcej już dżemu nie robię, a o śliwkach proszę lepiej przy mnie nie wspominać....... dla dobra zdrowia psychicznego....
dowody w garze - jeszcze, bo właśnie zaczynam pakowanie do słoików; butelka dla porównania

środa, 7 września 2016

Urlop, urlop i po urlopie!

Melduję się ponownie.  Oświadczam, iż byłam na urlopie, potem się musiałam zaaklimatyzować do pracy. A to po urlopie nie jest łatwe.
Ostatnio, niestety, mam jakiś medyczny okres... Sypię się chyba ;)
A tak serio, to naprawiam w sobie pewne zużyte części, bo kiedyś trzeba... planuje dożyć setki! I tak na przykład ostatnio leczyłam u ortopedy haluksa, który okazał się nie być wcale haluksem (na oko to mówią, że chłop w szpitalu umarł, a u mnie własnie na oko chirurg leczył palucha stwierdzeniem "kupi se pani szerokie buty, to nie będzie bolało!"). 2 tygodnie zabiegów i noga boli duuuużo mniej (zeszłam z poziomu codziennego "k..., jak napieprza!" na "oo, coś tam dzisiaj troszkę boli" rzucane co kilka dni raptem). Teraz zajmę się swoimi zatokami - tomografię mam wykonać. I jeszcze czymś, ale to nie na bloga ;)
Byłam, jak pisałam na urlopie. W dniu wczorajszym moje dziecko (pierwszak!!!) miało w szkole zajęcia o wakacjach - gdzie byli, co widzieli, a potem mieli za zadanie stworzyć rysunek "Wspomnienia z wakacji". Co zapamiętało moje dziecko z urlopu? Że był w górach, że "weszedł" na górę, że siostra była na wyższej górze, że tatę jeepem z błota wyciągali (nie ufajcie skrótom i nawigacji!!!) i że w Zakopanym to tylko korki są... Dobrze, że pominął, że jakiś gość się zabił na torach wchodząc pod pociąg, jak wracali do domu... Bo dla niego to niestety była atrakcja - tyle policji, straży i karetka w jednym miejscu...
Urlop generalnie udany, córa kolejny szczyt ma na swoim młodocianym koncie. Weszła, zeszła, sama i o własnych siłach. Chociaż jak ją mąż zobaczył po wszystkim to popatrzył na mnie i rzekł tylko"zarznęłaś dziecko". Ale serio - sama chciała, i była z siebie mega dumna!!! Ja z niej jeszcze bardziej :)
Za parę dni wrzucę jakie fotki. Miejcie jeszcze trochę cierpliwości - po ponad 2 miesiącach przerwy, muszę się przyzwyczaić na nowo robić rano śniadanka, szykować wcześniej obiadki w lodówce i w ogóle całe to zamieszanie poranno - szkolne... jeszcze parę dni dla "starych" na ogarnięcie własnego tyłka ;)

wtorek, 9 sierpnia 2016

adaptacja kulturowa

Rozmowa jegomościów dwóch o zarabianiu na życie i zatrudnianiu się u innego jegomościa. Niestety słownictwo można określić jako wysoko niecenzuralne. Jegomoście dwaj przybyli na przystanek i palili brzydko pachnące papierosy. Pani siedząca na ławeczce zwróciła jegomościom uwagę:
- Panowie, na przystanku obowiązuje zakaz palenia. Proszę sobie odejść z tymi papierosami nieco dalej, poza przystanek.

Nie zrozumieli :(

Ten sam tekst, poddany adaptacji kulturowej, czyli dostosowany do realiów kulturowych panów.

Przyszło dwóch facetów na przystanek. Stoją i kopcą fajki jak parowozy. Śmierdzi masakrycznie! Oni oczywiście mają w doopie wszelkie zakazy. Laska się oburzyła i zwróciła gościom uwagę, stosując obfite w epitety słownictwo tychże facetów:
- Panowie, kur... tu jest zakaz palenia. Może by się, kur... panowie stąd odsunęli, bo śmierdzi. Kur... jak nie kuma, co jest napisane, to ma pismo obrazkowe - może pojmie.

:P


poniedziałek, 25 lipca 2016

o tym, jak się tygrys wyrwał na wolność

Nadejszła wiekopomna chwila... że się wyrwałam. Zerwałam ze smyczy, zerwałąm okowy i "wogle" i poleciałam (dosłownie) w odwiedziny do brata i bratowej. Kraj języka Dreamu zwiedzać pobieżnie. Normalnie SAMA!!! Znaczy, towarzystwo miałam, spokojnie, ale nie męża i nie dzieci :D No normalnie mówię Wam!  O tak to wyglądało: w drodze na lotnisko

I poleciała ja w obce kraje na dni kilka. I dni te spędziła ja very intensywnie. W pierwszym dniu to się do tego angolskiego języka przyzwyczajałam. Bo w pierwszej chwili to ja ich pojąć nie mogła. Ale potem coś nawet nawet zaskoczyło... I nawet ja ich kum-kum - understingowałam. W każdym razie - kawę.. oh sorry, Cafe sobie sama kupić umiałam. I o toaletę zapytać też. I nawet usiłowałam symultanicznie przewodniczkę tłumaczyć, tylko Ci Englisz pipol mają taką straszną manierę bycia przesadnie grzecznym na every kroku i to, co wiekowa pani mówiła w 3 zdaniach, ja robiłam z tego only jedno... Bo ja tak strasznie nie lała wody i czasami nie wszystko rozumiała, bo lady była bardzo, soorry - very wiekowa, i ja ją posądzała o wspomnienia z I wojny światowej.

Dreamu - Ty must obejrzeć Asterix i Obelix w służbie jej królewskiej mości - Ty wtedy know, czemu ja tak writing :D

A poniżej nudna relacja foto - niezainteresowani mogą in this moment wyłączyć pejdża :)


Obowiązkowa wizyta w Londku ;)

 W filmie był dużo przystojniejszy...

 Najstarszy pub w mieście! Obowiązkowe fish&chips

 Ja musiała w budce... I ja się starała nie okazywać nadmiernej radości...

 Parking, a wokół tłum ulotek, plakatów i reklam. Cambridge. 

 Taki sobie mały kasztanowiec, co pół kościoła niemal zasłonił. Cambridge. King's college


 Taki sobie angielski park... z jelonkami.

 Katedra w Lincoln, w tle typowa angielska pogoda (jeden dzień się trafił...)

 Wiekowa przewodniczka, co jak mówiła, to się jej ślina w kącikach zbierała i nie mogłam się skupić...

 Piliście piwo w pubie urządzonym w starym nieczynnym kościele? Ja tak. Dziwne uczucie, ale pub genialny!!!

Angielski lunch w angielskim tee room'ie :) Jesooo, jakie dobre oni mają te bułeczki!!! I to niby - masełko!!!


poniedziałek, 18 lipca 2016

chyba muszę zaktualizować bloga....

Lista czytanych blogów mi się jakoś popsuła... się zdezaktualizowała jakoś... część nie pisze, część poszła gdzieś w nieznane i niewiadome... na razie nie mam czasu, ale postaram się niedługo tym zająć. Aktualnie się rehabilituję, znaczy naprawiam. Puszczają mnie jakieś prąda przez stopę, aż mnie w tyłku niemal mrowi, potem mnie to zamrażają i czekają aż odmarznie (bez sęsu...) i parę innych. I mówiom mi, żebym na falę uderzeniową szła.... nie wiem, o co chodzi, ale bić się nie pozwolę, szczególnie, że mówiom, że to boli trochem. Znaczy generalnie chodzi o to, żebym mogła chodzić jak człowiek, a nie udawała, że mnie nic nie boli, wcale a wcale...
No.. to tak w skrócie.... Idem Was szukać!


czwartek, 14 lipca 2016

Kocham polską służbę zdrowia!

Kocham polską służbę zdrowia! Tylko miłością chyba nieodwzajemnioną, tak sądzę.

Według Słownika Języka Polskiego PWN:
służba
1. praca na rzecz jakiejś wspólnoty, wykonywana z poświęceniem
2. instytucja użyteczności publicznej lub wojsko; też: pracownicy tej instytucji
3. działalność tych instytucji
4. obowiązki pełnione w określonych godzinach pracy w niektórych instytucjach
5. daw. wykonywanie pracy służącego w czyimś domu, gospodarstwie itp. za wynagrodzeniem; też: osoby wykonujące takie prace

No więc, wg powyższego służba zdrowia to instytucja użyteczności publicznej, która swoją pracę powinna wykonywać z poświęceniem. Albo przynajmniej porządnie – już nie oczekuję poświęcenia. Ostatnio służba zdrowia jakoś mnie zawodzi… I ze służbą i poświęceniem nie ma wiele wspólnego – sądzę wręcz, że nie przebywała z poświęceniem nawet w tym samym budynku, nie mówiąc o pokoju. Otóż mam problem natury ortopedycznej, który mnie boli jak cholera przy chodzeniu. Z problemem owym udałam się do ortopedy. Pomijam fakt, że „wcisnęła” mnie tam znajoma pielęgniarka, bo terminy są na „za rok”, więc jest szansa, że do tego czasu noga by odpadła i problem by rzeczywiście znikł. Pan przemiły doktor zapytał mnie, w czym rzecz oraz poprosił o prześwietlenia lub inne badania. Na moje oświadczenie, ze nie posiadam, bo poprzedni lekarz leczył mnie wzrokowo (popatrzył i kazał kupić nowe buty), jednak leczenie nie przyniosło efektów i dlatego tu jestem, pan doktor zrobił okrągłe oczy i wysłał mnie na RTG. W ogóle wizyta w przychodni przyszpitalnej, to niezła szkoła przetrwania, ale nieważne. Co się okazało… Mam jednak dużo poważniejszy problem, niż pan „wzrokowiec” wydedukował. Koleżance pielęgniarce chyba jestem winna przysłowiową flaszkę, że mnie „wcisnęła” i to do miłego pana doktora, który popatrzył, ale i dotykał! W poniedziałek zaczynam maraton zabiegów, na razie chodzę z pięknie obklejoną tejpami nózią, za 3-6 miesięcy kontrola i rozmowa, czy operacja jest potrzebna, czy na razie jeszcze odkładamy. Bo wykluczona całkiem nie jest.
No i teraz podsumowanie. Czas oczekiwania na specjalistę – dramat! Albo prywatnie. Dostać się na zabiegi – dramat! Na NFZ można wykonać jednorazowo 5 zabiegów, więc jeśli lekarz zapisał mi 4 rodzaje na 2 nogi, to daje to w sumie 8 zabiegów na raz, więc za dużo – z czegoś muszę zrezygnować, albo dokupić prywatnie… Wkurza mnie, że za coś, co mi się de facto należy, muszę płacić, albo czekać w nieskończoność. Co miesiąc, od paru lat, płacę niemałe pieniądze w ramach składek. Chciałabym coś z tego mieć! A mam – guzik z pętelką, żeby się nie wyrażać. Bez pomocy, „załatwiania”, wkręcania – człowiek może zejść, kończyny odpaść, rak się poprzerzucać, i nic. Trzeba czekać. Nie lubię!

środa, 13 lipca 2016

tadaaaaam!!!

Cześć.
Chciałam powiedzieć, że żyję. Żyję bardzo intensywnie, zabieganie, w ciągłym ruchu, jeśli nie biegu wręcz.
Chciałam powiedzieć, że u mnie jest okej, chwilami nawet bardzo fajnie. Że momenty gorsze są rzadsze, że robi się fajnie.
Co u mnie? Cieszę się każdym dobrym dniem, staram się zmienić podejście z racjonalnego pesymizmu na racjonalny optymizm. Dostrzegać więcej pozytywów, a negatywami się nie przejmować, przynajmniej nie za bardzo.
Męża mam nadal tego samego, dzieci rosną, a pies… pies urósł, szkód narobił i chyba powoli zaczyna być nawet mądrzejszy. Na pewno jest fajny i za nic bym go nie oddała. Lubię te nasze spacery po łąkach, bocznymi ścieżkami.
Czekam na urlop. Z dużym zniecierpliwieniem. Nie mogę się doczekać. Skreślam już po kolei tygodnie i liczę. A po pracy – jeżdżę palcem po mapie i szukam nowych wyzwań i dróg do pokonania.
No nic. Na początek wystarczy. Obiecuję więcej wpisów J

Buziaki!


p.s. ciekawe ile osób zauważy ten pierwszy, po latach niema, wpis???


środa, 17 czerwca 2015

pojawiam się i znikam

Długo mnie nie było, prawda? Musiałam odpocząć, nabrać dystansu i ochłonąć. Jeszcze mi się nie udało. Mam problemy, również małżeńskie, które rozwalają mnie psychicznie. Stres, nerwy i wkurzające uczucie bezsilności, ostatnio mnie wykańczają. Ale z drugiej strony, jak nie ja, to kto? Tak sobie tłumaczę i tego się trzymam. Damy radę!

Będzie kilkuwątkowo.

Dziwne zjawiska
W moim domu żyją mutanty. Jednostki zmutowane genetycznie. Ale bardzo fajnie zmutowane! Nie brudzą się, nie pocą, nie paćkają. Nie muszą się więc myć. Nie korzystają z łazienki! Nie korzystają = nie brudzą – nie muszą jej sprzątać. Proste! Tylko ja korzystam i używam, to SOBIE sprzątam. To samo toaleta, podłoga (u nas sama się myje) czy lusterko nad umywalką – krasnoludki je czasami myją. One chyba też gotują obiady, wyprowadzają o 6-tej rano psa i dają mu jeść, szykują ubrania, zbierają pranie, wywieszają nowe, zbierają suche z suszarki, myją balkon, żeby można było swobodnie wychodzić, wycierają kurze…. Itp.

Tylko czasem czują się ciut zmęczone i mają ochotę pier……dyknąć tym wszystkim i wychodzą na spacer, albo rower.

Przeładowanie
Mózg mi się zlasował, pamięć RAM została wykorzystana do spodu, więcej nie przyjmie. Wszystko zapisuję teraz na kalendarzu na biurku, inaczej nie zrobię/ nie pójdę/ nie załatwię, bo zapomnę. Wzięłam na siebie ostatnio sporo rzeczy, problemów, za które czuję się odpowiedzialna, a związany z nimi stres powoduje psychiczne wyczerpanie. Objawia się to czasami tym, że w robocie zasypiam na siedząco. Głowa mi leci, oczy się zamykają i odlatuję. Nie potrafię się skupić, bo po głowie krąży mnóstwo spraw, myśli i problemów. Za dużo tego. Ciągle coś robię, o czymś myślę, planuję i kombinuję, jak związać koniec z końcem. Jak załatać wielokrotnie cerowany materiał, gdy kolejne łaty się odpruwają, a materiał już nie wytrzymuje i wszystko się sypie w rękach…

Matka Polka Wyrodna
Nie będę słodzić, nie będę kłamać – moje dzieci są świetne. I ciężko pracują… żeby mnie doprowadzić do stanu szewskiej pasji… Efekty już są. Mam ochotę na urlop od rodziny. Wcześniej chciałam wyjechać bez męża, teraz również i bez nich. Ostatnio moim marzeniem jest wyjechać na wycieczkę objazdową na Chorwację, albo do Hiszpanii. Pojeździć, pozwiedzać, poznać miejsca z marzeń i przewodników. Chcę zobaczyć Dubrownik, chcę pojechać do Dalmacji, chcę zwiedzić Barcelonę, pojechać do Segovii i jeszcze po Francji… Ale BEZ dzieci. Po prostu. Chcę się skupić na miejscu, na relaksie i przyjemności, a nie na soczku, wodzie, lodzie, siku, nudzimisię, czy jeszcze daleko, i całym stadzie innych pierdół. Chcę JA mieć przyjemność. I nie mam z powodu tego chcenia wyrzutów sumienia. Żadnych.

Psowate

Oprócz bycia wredną suką, w domu mamy jeszcze psa, jak wiecie. Małe to, wredne, zgryźliwe i rozszczekane. Rośnie w oczach. Tempo ma niezłe. Ostatnio zwichnął łapę. Zaliczył RTG, opatrunki, weta i…. wszystko spadło, zjechało, zostało zeżarte, itp. Więc łazi bez, w myśl zasady, że goi się jak na psie i że jakoś to będzie, samo mu przejdzie. I przechodzi. A ja staram się kopiąc go nie trafiać w tą podejrzaną o złamanie łapę (żatuję :P nie kopię go……. zbyt mocno :P). Jeśli nadal będzie rokował poprawę i normalniał, jak do tej pory, to jest szansa, że dożyje kastracji za 3-4 miesiące. Jeśli nie….. well……. Zgłoszę go do badań w kosmosie i będzie robił za następcę Łajki :P

piątek, 15 maja 2015

jak fajnie mieć zwierzaka...

Powiem Wam, że może oszalałam, bo nie wiem, jak inaczej to wytłumaczyć, ale fajnie mieć zwierzaka!
Mimo wycierania siusiu z dywaniku w przedpokoju, mimo, przeganiania z rana, mimo wstawania o 5.30 na spacer, mimo szarpania się czasami... o kapcie, o spodnie, o koc...
to jak przyjdzie wieczorem i się ułoży na nogach, czy przytuli, jak się cieszy, jak wracam z pracy, jak mnie rano skubie po uszach... jak patrzę, jak się pociesznie bawi, gania, przewraca, to się uśmiecham.

Może to antidotum na problemy, taka zasłona dymna - skupiam się na psie, zamiast myśleć o innych sprawach. Może to jakiś podświadomy odczuwany brak dziecka, którego de facto nie chcę (żadne ciąże i pieluchy!). Nie wiem.

Ale jest w sumie fajnie :) cieszy mnie, że reaguje na komendę "siad", że słucha na spacerze, że powoli się "układa" i zaczyna być posłuszny, zaczyna znać swoje miejsce w hierarchii. Dumna jestem jak rośnie. I jak się ludzie nim zachwycają również :D jak mamuśka :D

niedziela, 10 maja 2015

taka sytuacja...

No więc... Mam trzecie dziecko! Nowy członek rodziny skończył właśnie 2 miesiące, został już odrobaczony, zaszczepiony, jest aktualnie tresowany i czasami doprowadza mnie do szału. Ale w większości wypadków - jest fajny :)
Mówią, że pies się upodabnia do właściciela, czy jakoś tak. Chyba się muszę zgodzić, bo t niezły kawał cholery! Kręgosłup ma taki sztywny, że za chiny ludowe nie chce zgiąć karku i czasami sobie ostro dyskutujemy...
A teraz wyniki castingu...

The BEST of the BEST of the BEST....
The winner is...



TYGRYS!!!

:P

A to dlatego, że pies został nazwany wg mojego pomysłu, a mianowicie - Rico :) tak, jak ten w słynnych pingwinach. A teraz czas na obiecane i zaległe zdjęcia!
 udaję nieśmiałego, ale niech Was to nie zmyli!

 soooorrry, pani... nie wytrzymałem.... postaram się więcej nie zsikać w domu... obiecuję!

ech... ciężkie to życie...

czwartek, 23 kwietnia 2015

wiosna przyszła, na rowery, bracia i siostry!

Otworzyłam sezon rowerowy. Sezon skrzypiącego siodełka, obcisłych legginsów i użerania się na ścieżkach rowerowych z różnym towarzystwem. Również z rowerzystami :P żeby nie było, że wszyscy tacy święci… Co to, to nie! Wczoraj na przykład ze ścieżki mnie niemal zdmuchnęła dziewczyna na rolkach J Jechała całą sobą, na szerokość ramion wyciągniętych w bok i nóg, które to mocno, zamaszyście i szeroko zarazem, odpychały się na asfalcie. Parokrotnie zastanawiałam się nad tym, co jest na ścieżkach wymalowane. I doszłam do wniosku, że to jednak ma znaczenie. To pismo obrazkowe. I że jeśli namalowany jest na takowej ścieżce rowerek, to ja powinnam poruszać się w tą samą stronę, co on, a nie w przeciwną. Że jak rowerki są dwa, to ścieżka jest automatycznie szersza i wolno jechać sobie w dwie strony. Ma to przełożenie na umiejscowienie ścieżki również. Jak ścieżki są po obu stronach ulic, to zwykle są wąskie i jednokierunkowe. Jak tylko po jednej – to można się poruszać w obie strony. I tak sobie myślę, że jednak spora grupa ludzi poruszających się na rowerach jeszcze nie doszła do tych wniosków. Szczególnie ci, którzy jadą pod prąd i to parami… No trudno… może kiedyś… Ale wiecie – ja jestem nieco rąbnięta, należy na to brać poprawkę. Ja lubię mieć poukładane, symetryczne, zgodne z zasadami i wogle – sztywniara jestem. I nie lubię jak mi ktoś to moje wewnętrzne popaprane fengshui zaburza, znaczy jeździ pod prąd między innymi. No nic, muszę się z tym pogodzić.

I jeszcze jedna kwestia. Co roku obiecuję sobie oddać rower w dobre ręce serwismena. Nie na zawsze, ale celem renowacji, przeglądu i takich tam. Co roku, co sezon, za każdym razem jak mi spadnie łańcuch. Ale wiecznie a) zapominam, b) nie mam kiedy, c) następnym razem na pewno. Efekt jest taki, że regularnie udowadniam sobie i otoczeniu, które nie zwraca na mnie uwagi, że jestem coraz lepsza w zakładaniu spadniętego łańcucha. Dochodzę powoli do perfekcji, ewoluuję niczym człowiek pierwotny i używam już w tym celu narzędzi. Są to najczęściej: liście, patyczki, kawałki kory, co znajdę obok na trawie. Dzięki ich zastosowaniu nie wracam z wycieczki umorusana jak prosię. Muszę przy tym wyglądać nader profesjonalnie, kiedy to jedną ręką podnoszę rower, drugą podwadzam łańcuch, a nogę kręcę pedałem…. Bo dlaczego nikt mi nie oferuje pomocy? Bo od razu widzą, że nie trzeba!

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

casting u tygrysa

No, nareszcie... doczekałam się...
po pierwsze - własnego kompa! Nie muszę już czatować niczym kot w ukryciu na chwilowe zwolnienie kompa mężowskiego, który to sprzęt okupuje częściej i intensywniej niż małżonkę :P ale teraz to może się cmoknąć - mam swój własny! Nieco wiekowy, nieco wolny, ale jak zrobię z nim porządek, będzie działał jak trzeba! Jeszcze tylko muszę opanować inny układ klawiatury i trafianie w alta, zamiast w spację...

po drugie - wiosny!!! Moi Drodzy, musicie wiedzieć, że ja bardzo lubię lato, ale wiosnę wprost uwielbiam! Najfajniejsza pora roku! Wszystko spod ziemi wyłazi! Kwiotki, trowka, pszczoły (się) bzykają... Generalnie - coś bardzo fajnego i wreszcie optymistycznego.

Jak pisałam poprzednio - odbiło nam dokumentnie i zdecydowaliśmy się na psa. Wariaci... Jeszcze odszczekam ten entuzjazm...coś czuję. Na razie intensywnie przeczesuję internet, czytam o rasie, usposobieniu, wymaganiach, karmieniu, itp. Oraz nieco sprzątam mieszkanie. Np. buty z przedpokoju, czy jakieś szpargały z kuchni z podłogi. Przygotowania pełną niemal parą. Ma to być piesek, nie sunia. Odbiór szczęśliwca nastąpi 30 kwietnia. Jak już ogarniemy wszystkie moje służbowe wyjazdy i będzie czas na bieganie z maluchem fafnaście razy na trawkę przed blokiem. 4 dni wolnego... A potem będzie wesoło! Ponieważ młoda wyjeżdża na 5 dni na zieloną szkołę, to ja, jako prowokatorka całego zdarzenia, biorę po pół dnia wolnego przez cały tydzień z tytułu opieki nad tym dzieckiem! Do czego to doszło! Plan zakłada, że młoda wraca między 12-13 ze szkoły i będzie zaraz psa wyprowadzała. Zresztą, wychodzi też najpóźniej z nas wszystkich...Ale skoro jej nie ma.... to ja się zaproponowałam :) Rano będę wychodziła przed pracą (pojadę na rowerze, wtedy zyskuję z pół godziny), a potem po pracy - wyjdę wcześniej specjalnie. Wolne z powodu posiadania psa.... Oszalałam! Powinnam w podaniu o urlop specjalną adnotację zrobić - proszę o urlop, bo nie mogę zostawić psa samego w domu, bo się będzie bał.... Buhahahha! Brzmi cudownie :)

Muszę kupić woreczki na sprzątanie wiadomo czego po piesku i nauczyć tego dzieci.
Muszę zakupić zabawki, aby gryzł kauczukowe kółka i kości, a nie moje buty.
Muszę poszukać odpowiedniej karmy.
I pójść z nim do weterynarza, jak już do nas przyjdzie.

Będzie się działo... Ale powiem Wam - cieszę się! Na prawdę chciałam mieć psa!

A w związku z tym.... Ogłaszam casting na imię dla małej bestii! Wygrany dostąpi zaszczytu ogłoszenia i wyróżnienia w specjalnym poście, dozgonnej wdzięczności, a jego propozycja zostanie wpisana do książeczki psiaka na zawsze! Gotowi? START!

środa, 8 kwietnia 2015

prawdy życiowe wg tygrysa

1. Nie można we wszystko i wszystkim wierzyć, w tym mężowi. Zasada ograniczonego zaufania.
2. Jak się polepszy, to się popieprzy,albo wręcz popierd......
3. Gdyby kózka nie skakała, gdyby łóżka omijała, to by nóżka nie bolała, i by tygrys nie kulała... Wierzcie mi - nie warto... lepiej paczać uważnie pod nogi...
4. Poznałam nieznane dotąd odcienie fioletu i bordo (nastąpiło zaraz po punkcie nr 3).
5. Jestem twarda babka i mam fajnych przyjaciół. Nie tylko kości mam twarde... doopę również.

oraz....



będę miała pieska :D nie, nie próbujcie mnie odwodzić, już za późno... tak, zwariowałam.... na starość mi odbija i mięknę. Oraz potrzebuję psa.

poniedziałek, 16 marca 2015

...

Są takie sytuacje, że mamy ochotę uciec od wszystkiego. Powiedzieć światu i problemom „a idźcie do wszystkich diabłów” i zwiać. Udawać, ze nas nie ma. Dla nikogo, dla niczego.
Są takie granice, których nie umiemy dotrzymać i które ciągle przesuwamy. Mówimy sobie, że więcej nie damy rady, że tyle i dość, stawiamy jakiś limit, a potem… Potem go przesuwamy, bo boimy się być konsekwentni. Boimy się dotrzymać danego sobie słowa. I popuszczamy, żałujemy, wybaczamy, powtarzamy błędne koło. Tylko po co? Bo tak jest bezpieczniej… pozornie bezpieczniej. Mówią, że lepszy stary wróg, a znany, niż nowy… ale czy na pewno? Może lepiej poznać nowego?
Aż przychodzi taki dzień, że się wszystko ulewa, tama puszcza i tym razem mówimy stanowcze „dość!”. Przynajmniej na chwilę, bo po paru dniach nasz opór mięknie i kusi chęć powrotu do starych nawyków… powtarzania starych schematów, które zawiodły, ale… ale są przynajmniej znane… nie wymagają ryzyka. Czy warto? Pewnie nie…
Są sytuacje tzw. bez wyjścia.
Są sytuacje, są ludzie, którzy sprawiają, że robimy się zimni uczuciowo. Wypierają nas z pozytywnych emocji. Sprawiają, że się przez nich przestaje chcieć. Sprawiają, że łamiemy nasze żelazne dotąd zasady, które były takie wspaniałe i proste do zastosowania, ale tylko w teorii. Bo praktyka wygląda zupełnie inaczej.
Są takie związki, w których się tkwi, mimo, że przestaje nam zależeć. Bo tak było, tak jest i pewnie będzie… Póki, nie przestaniemy się bać konsekwencji i dotrzymywania ustalonych granic. Póki wygoda, póki przyzwyczajenie, póki myślenie o innych nie zostanie zwalczone przez myślenie o samym sobie, przez odwagę, by iść na przód, zamiast się cofać, czy stać w miejscu.
Są takie sytuacje, kiedy trzeba sięgnąć dna, żeby się mieć od czego odbić… Inaczej nie ma szans na obranie kierunku ku górze…

Jestem zmęczona.

niedziela, 1 marca 2015

przerwa

Ogłaszam przerwę. Coś ostatnio mi nie idzie, od początku tego roku ciągle pod górkę i pod wiatr. Po prostu muszę odsapnąć i złapać oddech. Wrócę, jak się naprawi. Narka!

wtorek, 17 lutego 2015

z frontu...

Dzisiaj nie będzie tradycyjnego posta. Dzisiaj będzie wstawka. Pracuję z taką osobą i ten artykulik mnie zachwycił - wypisz - wymaluj - moja koleżanka. Ostatnio przeprowadzono z nią rozmowę lekko upominającą - od tygodnia ma focha. Na pytania w większości odpowiada. Nie pytana - nie odzywa się. Ale to i tak lepsze od ostatniego warczenia na wszystko co się rusza.
A teraz artykuł :) miłej zabawy.

Aaa, ustrojstwo w postaci choroby niemal nas opuściło - młody zaliczył po drodze ospę bostońską, rodzice skończyli z antybiotykami i po 3 tygodniach są niemal zdrowi - tak na 90%.... co to za g...o było?!?!

źródło: http://foch.pl/foch/1,142404,17056790,Pieprzony_los_nadwrazliwca__czyli_te_irytujace_typy.html#NiePrzeg

Mój drogi, krytyczny, chłodno oceniający Czytelniku - nie wątpię, że znasz ten gatunek. Niejeden raz jego przedstawiciel stanął ci na drodze. Albo wręcz wpadł pod nogi. Przyznaj, miałeś ochotę dobić celnym kopem, co? Rozumiem Cię. Też tak często mam.
Ooo, jak ja ich nie lubię. Co za pośledni gatunek, co za zawalidrogi, słabsze ogniwa, cholerni ubodzy krewni i drażniące ofiary losu. Stwórca naprawdę był nie w humorze, miał ohydny katar, pmsa, andropauzę i wysypkę, kiedy ich projektował.
Przejmuje się toto literalnie wszystkim. Piegami, okularami, zdechłym kotkiem i losem biednych, małych rysiów. Przy odrobinie niepomyślnej pogody ma łzy w oczach. Krytykę wita rykiem. Nawet ponabijać się z tego czegoś nie można, zabawić, jak to w gronie kolegów, bo wpadnie w histerię i zleci ze schodów, umykając - półślepe od łez.
Chodzisz z tym do klasy? O, zią, współcz. Może od razu, niby przypadkiem, wyceluj dobrze piłką lekarską na WF, bo inaczej, gwarantuję, będzie tylko psuło atmosferę w dobranym towarzystwie. Skrócisz cierpienia sobie i innym.
Zapoznałeś lasię-wrażliwca? Uciekaj, stary. Uciekaj, a szybko. Uwierz mi, te fochy o byle grube słowo, te księżniczkowe wymagania, te drżące bez wyraźnego powodu usteczka i te krótkowzroczne ślepia znienacka pełne łez - to nic zabawnego. Nie masz tu do czynienia z bezradnym, uległym kwiatuszkiem, raczej z obłąkaną pokrzywą, która, wściekła o to, co po innych spływa - rzuci ci się znienacka do gardła. Nigdy nie wiesz, pełnia, czy pyłki. Wiej, póki możesz.
Mieć taką łajzę w zespole - to już lepiej tłuc kamienie w rowie. W Shawshank. Kiedy wy wszyscy z podniesionym czołem i olewaczem nastawionym na maksimum znosicie kiepski dzień szefa - łajza przy byle uwadze czerwienieje, ma łzy w oczach i najczęściej w stylu drama queen wybiega z pokoju, aby szlochać spazmatycznie w pomieszczeniach sanitarnych. Lub w schowku na szczotki, co tam bliżej. Weź teraz, człowieku pracy, przerywaj zebranie, szukaj owcy, pocieszaj, doprowadzaj do stanu używalności (wódką, prośbą, groźbą, egzorcyzmem), żmudnie wznawiaj obrady, w koło Wojtek, co za strata czasu, bue.
Jest jedna dobra strona - nadwrażliwiec jest empatyczny. Wywęszy i wyczuje twój ból, strach i wkurwa omal zanim poczujesz je ty. Nie wykorzysta tej wiedzy przeciwko tobie, a mógłby, nie? A że empatyczny - zawsze wysłucha. Truj mu rzyć długo, obficie i zawsze o sobie, bez strachu, że zechce się zrewanżować. Kiedy rozpacza po ukochanej śwince - pożal się mu na złamany paznokieć, masz spore szanse, że nie potraktuje cię tak, jak powinien. Oczywiście do czasu, nadwrażliwiec kiedyś dorasta, o czym niżej, a gdy raz na ciebie zobojętnieje i zrazi się - nie masz już powrotu, bo jest pamiętliwy. Ale zanim dzbankowi ucho się urwie - używaj bez wahania, przynajmniej jest z łajzy jakiś pożytek.
Wiem, że brzmię ironicznie i wygląda to na podwójne dno, ale nie, wierzcie mi - nie. Nie tym razem. Nadwrażliwiec to zło i kłopoty. Nie zna się na żartach. A żarty są przecież takie zabawne. Chowa urazę, a urazić łatwo. Pamięta, jak słoń, wspominałam, żeby jeszcze miał tego słonia skórę. Boli go krytyka wyglądu, intelektu, dokonań. Wymachując piąstkami domaga się uszanowania swoich wrażliwych miejsc, a tych miejsc jest tyle, że kto by je wszystkie spamiętał i kto ma czas na takie bzdury.
Owszem, owszem, z czasem nadwrażliwiec nieco dorasta, jest o tyle lepiej, że nie rusza go już kąśliwy komentarz pani w warzywniaku, czy ocena koleżanki ciotki szwagra, którą ledwo zna i niewiele mają wspólnego. Prócz szwagra. Nie zwija się z mentalnego bólu po złośliwym podsumowanku, wystosowanym przez kogoś, kim gardzi z wielu i słusznych powodów. Dorosły nadwrażliwiec na co dzień jest agresywnym forfajterem, kopie, gryzie i niszczy całkiem jak ty, oszczędzając tylko, nie wiedzieć czemu, słabsze osobniki własnej, nadwrażliwej rasy. Ale nie daj panbuk, żebyś skrytykował nadwrażliwca, który cię lubi, szanuje, podziwia i ceni. Powiedz mu parę słów prawdy, niby dlaczego to w sobie dusić, przecież szczerość jest dobra. Dajmy na to - nadwrażliwej pani, już od dawna nie dwudziestolatce - wyznaj, że na twoje oko zestarzała się i zbrzydła, ot tak, znienacka jej to powiedz, zza rogu. Powiedz, bo właściwie czemu nie, może jak powiesz, to odmłodnieje i wypięknieje, może robisz jej przysługę, zwłaszcza, że całe życie wygląd był jej czułym punktem, o tak. Kolego, nie dość, że uwierzy, to jeszcze umrze siedem razy na ten temat. Naprawdę, chcesz tego? Nieść ciężar jej zawiedzionego szacunku i skopanej miłości własnej? Nie chcesz, powiadam ci.
Co ja zrobię, że to prawda.
Pocieszę Was, kochani moi, natykający się nieustannie na męczących, drażniących, upierdliwych, chimerycznych, irytujących i kłopotliwych nadwrażliwców. Pocieszę was wszystkich, którzy nie znosicie tego gatunku równie szczerze i z pasją, jak ja go nie znoszę.
Uwaga - oni mają gorzej. Ci nadwrażliwcy. Oni męczą się ze sobą i z wami znacznie bardziej, niż wy męczycie się z nimi. Oni się bardziej przejmują, gorzej się na nich goi, ślady zostają dłużej i trawią z większym trudem. I dobrze im tak. Może w trumnie się nauczą.
Wiem co mówię, użeram się z jednym już trzydzieści osiem lat.

poniedziałek, 2 lutego 2015

o jedności ducha :P

Już od zeszłego tygodnia zbieram się, żeby coś naskrobać, wpisać, może coś poważnego tym razem? Ale... wszystko idzie nie tak.
Osobiście mam doła z powodu nagromadzonych problemów, w które wnikać nie będę. Wystarczy, że są, po co jeszcze roztrząsać? Wystarczy, że nagromadzone stresy obciążyły mi odporność.
Poza tym ogłosiłam strajk z tytułu L4 i nie piszę. I w ten oto sposób nasunął mi się dzisiejszy wpis.
Czy wiecie, jak wspólne chorowanie zbliża do siebie ludzi?
Padliśmy z mężem w zeszły wtorek. Takie totalne kaput na katar (nie, nie mistrzostwa, TEN prawdziwy), kaszel i chrypę. Brzmimy oboje niczym nienaoliwiona szafka, w której złośliwy człowiek bardzo powoli otwiera i zamyka drzwi, sprawdzając reakcję otoczenia. Od tego się zaczęło. Potem katar - wspólne poranki w łazience, smarkanie, chrząkanie, postękiwanie, będące substytutem dosadnego "urwał nać, mam dość". Wspólnie nie śpimy kaszląc, wspólnie dogorywamy, wspólnie chrząkamy nocami, uatrakcyjniając noce również sąsiadom. I te pobudki... o 3 nad ranem, z językiem przyklejonym do podniebienia i to wyskrzypiałe czułe "chcesz soku???? do popicia?" i tu następuje wtedy eksplozja dźwięków, chrząkań, stęknięć, przypieczętowane kiwnięciem głową. Mówię Wam, ta jedność duchowa..... poczucie wspólnoty.... Seks nie jest nam wcale potrzebny :P
Dzisiaj rano obudziłam się z opuchniętymi powiekami, wory pod oczami, czerwony nos i spojówki i mówię "tulaj mnie!", ale mąż mówi, że zombie go nie kręcą, że pozostanie przy oglądaniu "Walking death", zadawać się jednak nie chce :P Zerknęłam w lustro i stwierdziłam, że fakt - pretensji mieć do niego nie mogę żadnych. 
Ale jest lepiej, serio... może jeszcze nie słychać, ale jest.... będzie. W końcu to się musi skończyć, prawda?


Dzisiejszy wpis sponsorował ibuprom, syrop na kaszel, 100-pak chusteczek do nosa.

DOPISEK: Czy widzicie zdjęcie? Bo się pochwalić chciałam...


środa, 21 stycznia 2015

cześć i czołem!

Z góry uprzedzam, że mogą być literówki - tak bywa po 2 nieco obszerniejszych lampeczkach fałszywego martini.... No sorry, musicie wybaczyć! Jest dzień babci, więc mam imieniny :P Pochłonęłam ciastko z gagareką - razy 3 w sumie, orzeszka (i brzuszki poszły w cholerę....) i spożywam napój alkoholowy, zwany czasem wyskokowym, chociaż jakoś nie skaczę... rzekłabym, że bliżej mi do chwiania... ale nie czepiajmy się szczegółów!
W kraju źle się dzieje, ludzie mają problemy z frankiem (ten to dopiero musiał spożyć, skoro tak wyskoczył!), górnicy strajkują, więc co robić? Pić! Przynajmniej jakoś raźniej i luźniej się robi na sercu (i w nogach).
No.
A teraz wprowadźmy odrobinę powagi..... (błehehehehehehhehehehe).... przepraszam, sie mi wyrwało :P

Znalazłam swoje stare zdjęcia. Ze studniówki i liceum... łomatkozcórkombabkom i wszyscy święci! Nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać, więc dolałam fałszywego martini :D
Ale byłam laska! Jacieżniepierdzielę! Tylko styl fryzurowo-odzieżowy jakoś pozostawia nieco do życzenia. Ale w tamtych czasach (nie, wcale nie brzmi to jakbym miała 150 lat!) takie było modne i basta. Nie wnikajmy lepiej. Dla zdrowia psychicznego!

Czymże jest spowodowany mój nastrój? Winem, to fakt. Ano tym również, że roboty mam tyle, że nie nadążam taczek ładować i latam z pustymi :P jak w tym starym dowcipie. Dowcip jest stary, ja jeszcze nie aż tak, gwoli ścisłości.

Niestety, sytuacja się w biurze mym zmieniła nieco i pisać mogę jedynie z domu. A tu się ciężko dobić do kompa, bo chętnych wielu. Poza tym (kurczę, jak mi się literki plączą... dzięki ci, kimkolwiek jesteś, za spelczeka!) po 8 minimum godzinach przed kompem w domu funduję sobie detoks komputerowy. Dlatego rzadziej dużo piszę i pisać rzadziej będę. Następnym razem postaram się pisać sama, bez wina zaglądającego mi przez ramię i poganiającego.

Inna kwestia, że ostatnio staram się wygrać konkurs na najfajniejszego pacjenta chirurgicznego i zbieram ostro punkty na karcie! Uwierzcie mi, staram się jak mogę :P Włączając w to powoli całą rodzinę! Z niusów ostatnich - w piątek idę z młodą zdjąć jej szwy z głowy (jeszcze tylko małż został w kolejce do rozbicia i szycia głowy... a ja mu wcale źle nie życzę, tylko tak uprzedzam... teraz jego kolej). Generalnie, wiem już, z czym i gdzie jechać, żeby zostać profesjonalnie obsłużonym.

Kurczę... muszę dolać, bo się skończył.... momencik..... JUŻ :D

Wbrew pozorom i mojej głupawce, to jest jakoś średnio, ale.... ostatnio otrzymałam tyle pozytywnych znaków, że samej mi ciężko uwierzyć. Z jednej strony - łał!!! z drugiej aż się boję cieszyć, żeby nie zapeszyć. Ale... kto nie da rady iść pod wiatr, jak nie ja? No kto? Ja? Ja nie dam rady?!?! Jestem zajebista i sobie ze wszystkim poradzę! A co!